/

Na ławę

Nowy Folder - #BananowaNiedziela


Cisza wyborcza zakończona, exit poll wszedł, więc można na gorąco spojrzeć na pierwsze wyniki po I turze tych wyborów prezydenckich. Mam jednak poczucie, że są to bardziej wybory przegranych, niż zwycięzców.


Do PO (czy KO) i PiS-u na szczycie się już przez półtorej dekady przyzwyczailiśmy. Możemy się tylko zastanawiać, czy 41% z maszynką mediów publicznych jest dobrym wynikiem. Zapomnieć można o tym, że niczym nowym nie jest „świeżak” na miejscu trzecim i tyczy się to tak wyborów prezydenckich, jak i parlamentarnych. Trzy pierwsze miejsca nie są więc żadnym zaskoczeniem, chociaż patrząc na wynik Kukiza z 2015 r., Szymon Hołownia jakiegoś cudu nie osiągnął. Ważniejsze jest jednak spojrzenie na dalszą część wyników.


Szokiem może być dla niektórych wynik Krzysztofa Bosaka. Schowali (mniej więcej) Korwina, nie dali się rozgadywać Braunowi, a, co najważniejsze, sam Bosak wygładził się, schował rodowód Młodzieży Wszechpolskiej i brunatne przekonania. Po prostu na czas kampanii udawał grzeczniejszego, niż jest. Najważniejsze jest jednak nie te 7% z hakiem, a wyniki wśród młodych. Tam z Rafałem Trzaskowskim biją się o pierwsze miejsce, a obaj zdobyli ponad 20%. Wyborcy poniżej trzydziestki to połowa głosów Bosaka. Obserwując okołokorwinowe ugrupowania, które zmieniały nazwę praktycznie co wybory, w sumie tylko wśród młodych niezmiennie było nieźle, ale nie pamiętam, żeby było tak dobrze.


Największym przegranym wyborów jest zdecydowanie Władysław Kosiniak-Kamysz. I nie tylko dlatego, że poniósł sromotną klęskę w całej Polsce. On przegrał nawet na wsiach, gdzie zdobył 3%. Koniec końców i tak poszło mu lepiej, niż Adamowi Jarubasowi pięć lat temu (ktoś go jeszcze pamięta?), ale to marne pocieszenie. Czy poprą z Kukizem któregoś z kandydatów w II turze, to się okaże, ale jeżeli PSL nie osiągnął dobrego wyniku dynamicznym jak na nich Kosiniakiem-Kamyszem, to może go już nie osiągnąć w wyborach prezydenckich nigdy.


Im wyższe się ma oczekiwania, tym bardziej boli upadek. Kiedy Robert Biedroń rządził w Słupsku, chciano go ściągać do Warszawy, do której miał wjechać na białym koniu. Co tam, ja sam widziałem w nim szansę, może nie na lidera, ale na jakąś świeżość. Tymczasem sam sobie zrujnował poparcie od razu po eurowyborach, a teraz osiągnął wynik na poziomie Magdaleny Ogórek (jeszcze raz dziękujemy, panie Miller). W stosunku do wyborów parlamentarnych sprzed roku lewica straciła 10 punktów procentowych. Biedroń wróci więc do Brukseli dokończyć swoją kadencję, a co po niej, tego nie wiadomo. Na pewno trzeba się jednak ostatecznie pożegnać z postrzeganiem go jako nadziei lewicy, pomimo wszystkich zalet, jakie ma.


Moim okiem sytuacja wygląda następująco: pomijając kolejność, a patrząc na miejsce w wyborach w stosunku do potencjału, pierwszą turę wygrał Krzysztof Bosak, neutralnie wygląda sytuacja Szymona Hołowni, który od razu zapowiedział tworzenie ugrupowania oraz Andrzeja Dudy i Rafała Trzaskowskiego, których przez dwa tygodnie czeka tytaniczna praca. Takiej straty, jaką ma Trzaskowski, jeszcze nikt nie odrobił, ale wszystko się może zdarzyć. Władysław Kosiniak-Kamysz przegrał co mógł. Robert Biedroń przegrał sam siebie – nie dość, że na wejściu był do tyłu przez niedotrzymanie własnych obietnic, których nikt od niego nie oczekiwał, to w samej kampanii był niewidoczny, a jak już się wychylał, to nie mógł się wybić. Najważniejsze jest to, że nie zawiedli wyborcy. Już jedynie niecałe 40% Polaków ma swój los w czterech literach, a mam nadzieję, że w przyszłości będzie ich tylko mniej.

Wpisy

Liberalny pozytywista stale walczący z tkwiącymi w nim pokładami romantyzmu. Feminista. Miłośnik polityki, muzyki i NBA (od lat wierny fan Boston Celtics). Entuzjasta badań medioznawczych i socjologicznych. Redaktor naczelny magazynu Nowy Folder i autor rubryki felietonowej #BananowaNiedziela. Laureat Nagrody "Nadzieja mediów" 2019.