Nawias, gwiazdka, nawias. Czy żałoba stała się wirtualna?

Obraz Myriam Zilles z Pixabay


Ola to cudny Anioł, który choć był tutaj krótko, pozostawił głęboki ślad w sercach wielu… – piszą bliscy na profilu zmarłej Oli Rumak na stronie kupamieci.pl. Wstawiają ikonki zniczy i aniołków. Nawias, gwiazdka, nawias symbolizują właśnie znicz.


Internetowe randki, portale służące do szukania partnerów na wesele, sieci kontaktów zawodowych, jak LinkedIn, wszechobecne zdjęcia ze ślubów, chrztów czy 18-stek, fotografie szczęśliwych absolwentów uczelni i wiele innych pamiątek z ważnych momentów w życiu człowieka – do tego już przywykliśmy. Wirtualne nagrobki są nieco mniej popularne, ale też przestały już dziwić czy zaskakiwać. Pierwsza strona internetowa służąca wspominaniu zmarłych powstała w 2004 roku. Dziś na kupamieci.pl płonie ponad 2 322 700 wirtualnych zniczy. A wirtualny nagrobek w swojej funkcji nie różni się tak bardzo od tego prawdziwego – jest miejscem spotkań żywych ze zmarłym oraz z tymi, którzy ponieśli tę samą stratę.


Nie ma już sfer życia, których odbicie nie znajdzie się w Internecie. Czy sukces mediów społecznościowych i zaangażowanie użytkowników oznacza, że odpowiadają one na nowe, niezaspokojone dotychczas potrzeby człowieka? A może potrzeby pozostały te same, ale ponowoczesny człowiek Zachodu w czasach wielkiej mobilności oraz kultu indywidualizmu został zmuszony zaspokajać je inaczej?


Rosnąca popularność internetowych stron funeralnych zmusza do ponownego zadania sobie pytania o rolę mediów społecznościowych w życiu (i jak się okazuje – także przy okazji śmierci) człowieka. Wirtualna rzeczywistość to obecnie nie tylko strefa kreowania własnego wizerunku i spotkań z żywymi, lecz także przestrzeń obcowania z tymi, których już nie ma; zachowywania o nich pamięci. Okazuje się jednak, że strony funeralne pełnią dokładnie takie same funkcje, jak „tradycyjne” media społecznościowe: komunikacji, tworzenia grup, prezentowania własnego statusu czy kreowania wizerunku.


Serwer trwalszy niż ludzka pamięć

Z wirtualnymi cmentarzami i nekrologami po raz pierwszy zetknęłam się w liceum. W wypadku samochodowym zginęła moja rówieśniczka. Rodzice dziewczyny postanowili pochować ją w swoim rodzinnym mieście, 250 kilometrów od miejsca, w którym mieszkałam. Choć wszyscy przyjaciele uczestniczyli w pogrzebie, jako szesnastolatkowie nie mieli możliwości późniejszego odwiedzenia grobu zmarłej. Przez kilka miesięcy po jej śmierci na stronach z e-epitafiami, na kanałach YouTube, w mediach społecznościowych mnożyły się strony poświęcone nastolatce, a znajomi i rodzina codziennie zamieszczali tam zdjęcia, filmiki i wspomnienia. Śledząc rozwój wydarzeń, szybko trafiłam na wirtualnycmentarz.pl.


Wirtualnycmentarz.pl to pierwsza na polskim rynku strona internetowa, który służy wspominaniu zmarłych. Dariusz Pałęcki, który założył ją w 2004 roku, zainspirował się amerykańskimi internetowymi Memorial Books (tłum. Księgi Pamięci). Postanowił jednak rozszerzyć swój projekt w taki sposób, aby silniej oddziaływał na wyobraźnię. Stworzył platformę imitującą prawdziwy cmentarz.


Po wejściu na stronę internauta widzi dużą cmentarną bramę, której strzegą dwa posągi lwów, a obok mniejszą, która prowadzi na cmentarz dla zwierząt. Istnieje możliwość wyboru muzyki, pory dnia, a także pogody, która będzie towarzyszyć odwiedzinom na cmentarzu. I na tym możliwości wyboru wcale się nie kończą. Trzeba bowiem zdecydować, czy udajemy się na cmentarz: komunalny, anglikański, ateistyczny, katolicki, luterański, muzułmański, prawosławny, protestancki, żydowski, wojskowy, dziecięcy, romski, na groby specjalne czy jeszcze inne. Do każdego z nich studenci Akademii Sztuk Pięknych zaprojektowali specjalne wzory nagrobków z odpowiednią symboliką. Na każdym grobie widnieje imię i nazwisko zmarłego, data urodzenia i śmierci. Po kliknięciu w nagrobek pojawiają się pozostałe dane (miasto, państwo, religia) oraz zdjęcie. Można dodawać wpisy pamiątkowe, stworzyć album zdjęć, pisać wspomnienia i zapalać znicze. Poza pojedynczymi grobami cmentarz oferuje także możliwość stworzenia katakumb, aby w jednym miejscu pochować całą rodzinę. Podobnie wygląda to na cmentarzu zwierząt. Jednorazowa opłata za stworzenie nagrobka wynosi 20 złotych plus VAT. Grób VIP, zaprojektowany przez grafika na specjalne życzenie, kosztuje od 300 złotych wzwyż. Płaci się także za zapalenie znicza czy złożenie kwiatów. Liczba grobów na tej witrynie to obecnie około 3,5 tysiąca.  U szczytu popularności cmentarz odwiedzało około 30 tysięcy osób miesięcznie. Najwięcej wejść na stronę odnotowuje się 1. listopada (około 100 tysięcy wejść).


Od 2004 roku powstało wiele stron pełniących podobne funkcje (ogrodywspomnien.pl, odeszli-pamietamy.pl, nekrologi.net, swiatelkapamieci.pl). Jedną z najbardziej popularnych jest kupamieci.pl. Na stronie głównej znajduje się wyszukiwarka stron pamięci konkretnych osób zmarłych, a poniżej wyszczególnione kilka profili osób znanych, które odeszły. Wyróżnia się także ostatnio zapalony znicz oraz listę osób, które danego dnia obchodzą rocznicę urodzin wraz z informacją, ile miałyby lat, gdyby żyły. Można tu też znaleźć poradnik, który odpowiada na pytania dotyczące: postępowania w przypadku zgonu, dokumentów niezbędnych do organizacji pochówku, zasiłku pogrzebowego, testamentu, renty, kremacji i innych pokrewnych tematów. Na stronie znajduje się również wyszukiwarka usług pogrzebowych oraz księga pamięci, w której można szukać zmarłych na podstawie imienia i nazwiska, województwa lub alfabetycznie – na wybraną literę. Takich stron założono do tej pory ponad 6,5 tysiąca.


Od wspólnoty tradycyjnej do wirtualnej

W zalewie zmian, jakie przyniosły społeczeństwu mass media i Internet, przeobrażeniu uległy także związki międzyludzkie, a co za tym idzie – wspólnoty. W jaki sposób i w jakim stopniu zmieniły się communities, nad którymi socjologowie główkują niemal od początku istnienia nauk społecznych? Czy to możliwe, że współczesny człowiek pod wpływem urbanizacji, technologii i mediów masowych stał się skrajnym indywidualistą i po raz pierwszy w historii przestał potrzebować wspólnoty? A może nie odrzucił jej zupełnie, a jedynie zmienił jej charakter?


Tradycyjna community nie posiada jednej powszechnie obowiązującej definicji. Analizy dotychczas powstałych podjął się G. A. Hillary, wyszczególniając trzy elementy znajdujące się w każdej z nich, są to: przestrzeń, wspólne powiązania (więzi) oraz społeczne interakcje. Czy można więc nazwać wspólnotą grupę, która nie potrafi nawet wymienić swoich imion, nie rozpoznaje w tłumie swoich twarzy? Benedict Anderson uważał, że jak najbardziej, tworząc pojęcie „wspólnoty wyobrażonej”. Zjawisko to pokazuje on na przykładzie narodu, który określa: jest to wyobrażona wspólnota polityczna, wyobrażona jako nieuchronnie ograniczona i suwerenna. W tym wypadku „wyobrażona” nie znaczy bynajmniej tyle, co zmyślona czy nieprawdziwa. Wyobrażanie sobie to nie fałszowanie, ale tworzenie. Członkowie choćby najmniejszego narodu nigdy nie znają wszystkich jego członków, nie spotykają się z nimi, nie mają o nich żadnych informacji, a i tak czują się z nimi wspólnotą i w swoich umysłach kreują obraz jedności. W tym wypadku mamy jednak także czynniki ograniczające, jak choćby terytorium: wspólnota narodu żyje na określonym terenie, poza którym są już inne narody. Co zatem z ludźmi żyjącymi na emigracji? Anderson idzie dalej, twierdząc, że wszystkie wspólnoty większe od pierwotnej wioski tak naprawdę są wspólnotami wyobrażonymi. Kontakty nie muszą być bezpośrednie, aby wiedzieć, że z pewną grupą jest się związanym przez kontakty, które kiedyś zostały wyimaginowane (właśnie członkowie narodu na emigracji, członkowie danej klasy społecznej, itd.).


Michel Maffesoli zamiast pojęcia wspólnot, mówi o plemionach. Uważa on, że społeczeństwo indywidualistów się kończy. Ludzie potrzebują siebie nawzajem i znów łączą się w grupy, ale już na innych niż te tradycyjne zasadach. Zjawisko to nazywa neotrybalizmem. Pod tym pojęciem rozumie sieci opierające się na integracji emocjonalnej i odrzuceniu. W grę wchodzą nowe, wcześniej nie brane pod uwagę czynniki, takie jak: wspólne zamiłowania, pasje, hobby (np. gracze, cosplayerzy), wspólnota przekonań (np. weganie, antyszczepionkowcy) albo wspólnota emocjonalna – wspólność przeżyć, kryzysy, udział w protestach, itp. Wspólnoty te, podobnie jak u Andersona, mogą nie znać większości, a nawet żadnego ze swoich członków. Utożsamianie się z danym plemieniem nie wymaga fizycznego bycia gdziekolwiek ani bezpośredniego kontaktu. Siła i trwałość grupy tworzy się przez wzajemne zaufanie, kontakt często zapośredniczony, np. przez Internet, wspólny system kodów, znaków i znaczeń (choćby język cosplayerów).


Podczas gdy plemiona Maffesoliego tworzyły się w oparciu u różnorakie kanały komunikacji, socjologowie wyróżniają jeszcze jeden typ wspólnot, do których powstania i istnienia niezbędny jest Internet. To nowe medium, znoszące ograniczenia czasu i przestrzeni, przyczyniło się do powstania nowych, odmaterializowanych sposobów komunikacji. Nowo wykreowane typy interakcji i społeczności po raz pierwszy otrzymały swoją nazwę – wspólnoty wirtualne – od Howarda Rheingolda. Definiuje je on jako grupy ludzi, którzy mogą, ale nie muszą spotkać się twarzą w twarz, oraz którzy wymieniają słowa oraz idee za pośrednictwem klawiatury i sieci. I choć definicja ta, tak jak pędzące wciąż udoskonalenia technologiczne, wciąż ulega zmianom, to zakłada konieczną obecność cyberprzestrzeni oraz uzależnienie od infrastruktury technologicznej. Autor definicji uważa, że wirtualne spotkania i wspólnoty w sieci służą dokładnie temu, co znane z tradycyjnej społeczności – ludzie wymieniają poglądy, kłócą się, prowadzą burze mózgów, dzielą się zainteresowaniami, prowadzą interesy, robią plany, wymieniają wiedzę. Nie potrzebują jednak do tego swoich ciał. Choć twierdzenia Rheingolda spotkały się z krytyką niektórych badaczy, niezaprzeczalnie pojawienie się nowych mediów zmusiło specjalistów nauk społecznych do przedefiniowania tego, czym jest community i jakie są jej cechy w nowej rzeczywistości, jaką jest rzeczywistość wirtualna ze swoim nowym typem kontaktów i stosunków międzyludzkich.


Lepiej nam razem?

Mimo kilku prac badawczych i licznych teorii, które powstały na ten temat, wspólnoty wirtualne oraz ich rola w życiu człowieka są na tyle różnorodne, że trudno mówić o jednoznacznych i pewnych wnioskach, ponieważ pytań wciąż jest więcej niż odpowiedzi. Nas nurtuje jednak pytanie, czy grupa użytkowników stron funeralnych może poczuć się wspólnotą. Maffesoli z pewnością by potwierdził – są przecież plemieniem, które łączy poczucie straty i żałoba po bliskiej osobie. Tak samo jak założyciel wirtualnycmenatrz.pl Dariusz Pałęcki, który zauważył, że nie tylko ludzie odwiedzający ten sam grób się znają, ale na forach nawiązują się nowe znajomości. – Zdarzało się też tak, że pani Nowak zostawiała na grobie pana Iksińskiego powiedzmy znicz z dedykacją, a później druga osoba dziękowała pani za zostawienie znicza przy pomniku – opowiada.


Mogłoby się wydawać, że społeczeństwa zachodnie hołdują indywidualizmowi i odchodzą od praktyk religijnych. Rosnąca popularność wyżej opisanych stron świadczy jednak o tym, że ludzie wciąż odczuwają potrzebę kolektywnego przeżywania i uczestniczenia w życiu innych ludzi. Ze względu na zmieniające się warunki i specyfikę życia w XXI wieku niemożliwy jest powrót do dawnych tradycji małych społeczeństw. Zmuszeni jesteśmy więc znaleźć inne miejsce, aby spełniać te potrzeby. Tym miejscem może być Internet i wirtualna rzeczywistość, która nie zastępuje realnego świata, ale w pewien sposób go uzupełnia i staje się jego nieodłączną częścią.