Nic z tego, Pani Blanko. Anja Rubik wciąż pozostaje królową polskiej seksualności.


W poprzedniej pseudorecezji zastanawialiśmy się, czy Polacy umieją nakręcić dobry horror. Dla tych, którzy nie czytali, krótkie streszczenie: nie umieją. Nie jest to jednak jedyna śmiała próba naszej kochanej rodzimej branży filmowej w ostatnim czasie. Dzisiaj spróbujemy się dowiedzieć, czy Polacy potrafią stworzyć solidny film erotyczny. Spojler: nie potrafią.


Tak to już bywa, że w niektóre dni kina są szczególnie oblegane. Wiecie, różne święta, sylwestry i inne Dni Dziecka. Wśród nich są i walentynki. Dzień, w którym mniej więcej połowa Polaków, mających (niekiedy wątpliwą) przyjemność być w związku, wpada na niepowtarzalny pomysł, aby na randkę udać się do kina. Biednej branży filmowej nie pozostaje więc nic innego, jak dostosować się do swoich odbiorców i dostarczyć solidny (albo i nie) produkt, w okolicy tego wyjątkowego dnia. Tym razem, jednak, Polacy nie zostali uraczeni kolejną częścią „Planety Singli” z wiecznie uśmiechniętym młodym Stuhrem. Co więcej, nie dostaliśmy nawet jakiegokolwiek filmu z Karolakiem! „Skandal!”, zakrzyczą jedni. „Hańba!”, dopowiedzą drudzy. Trzeci pewnie głęboko odetchną z ulgą. Ale nic straconego, branża nie znosi próżni, więc walentynki Polaków w tym roku postanowiła uratować Blanka Lipińska. A dokładnie tą deską ratunku miała być ekranizacja jej powieści z 2014 roku „365 dni”. Deska ta jednak okazuje się mieć całkiem sporo wystających drzazg, a samą farbę też należałoby już dawno odnowić…

 
Film „365 dni” do kin wszedł bez zbędnej gry wstępnej i już w ciągu trzech tygodni od premiery zdobył ponad 1.5 miliona widzów. Niestety podbijanie kolejnych serc przerwało pojawienie się koronawirusa i przymusowe zamknięcie wszystkich kin. Wydawało się wiec, że w takich okolicznościach tony wyjątkowo dorodnych ogórków wylądują w śmieciach, a tłumom spóźnionych widzów pozostanie jedynie ocieranie rzewnych łez. Niespodziewanie okazało się jednak, że chusteczki przydadzą się także w innym celu. Bowiem niezastąpiony Netflix uraczył swoich widzów takim oto komunikatem:


Ja pewnie się domyślacie, niestety nie było nam dane zobaczyć żółtej odsłony portalu. Co więcej, całość nie okazała się być kreatywnym dowcipem. A mogła…


Przejdźmy szybko przez formalności. „365 dni” to w założeniu polska odpowiedź na słynne „50 twarzy Greya”. O ile jednak podobno część widzów była zawiedziona ilością „konkretnej akcji” w amerykańskim pierwowzorze, tak nasza rodzima wersja miała w założeniu zaspokoić każdego. Mieliśmy zobaczyć sceny, jakich jeszcze nie było. Wszelkie granice miały zostać przekroczone. Polacy mieli odkryć nową definicję seksu i erotycznej rozkoszy. Blanka Lipińska miała oficjalnie zastąpić Anję Rubik na stanowisku zwierzchniczki polskiej seksualności. Liczba urazów, powstałych we wstydliwych do wyjaśnienia w szpitalu okolicznościach, miała gwałtownie wzrosnąć. Film ten miał sprawić, że „przy każdym głębszym oddechu głównej bohaterki, widownia też będzie łapać głęboki wdech”. No i żeśmy się, kurwa, zapowietrzyli…


Fabuła „365 dni’ doskonale wpisuje się w gatunkowy standard. Czyli w sumie udaje, że istnieje i ma jakiekolwiek znaczenie, ale właściwie nie wiadomo za bardzo, po co to robi. Jest sobie Pan i jest sobie Pani. Dodatkowo, rzeczywiście, są w sobie zakochani, jak pewnie by zaśpiewała w tym momencie Anna Wyszkoni. On bogaty, władczy, przystojny, pewny siebie i mający wszystko, czego tylko zapragnie. Spadkobierca fortuny, otoczony służbą, kochający elegancję i przepych. Ona niespełniona, znudzona szarym życiem, mająca dość nierozgarniętego chłopaka, lekko feministyczna, z silnym temperamentem, czy może raczej charakterkiem. No i kochająca pierogi. On zakochany porywa ją do swojego zamku… Nie ma co się czarować, wszyscy od początku wiemy, w którą stronę zmierza akcja filmu. Może nie od razu, ktoś niby próbuje stwarzać jakieś pozory, ale nie ma co się oszukiwać – szybko dostajemy to, czego każdy się spodziewał.


I tutaj, niespodziewanie, pojawia się… pewne rozczarowanie. To, że „365 dni” jest słabe jako film, to nic zaskakującego. Naiwna fabuła, płaskie, często wręcz rujnujące jakikolwiek nastrój, dialogi, kiepawa gra aktorska. Tego wszystkiego mogliśmy się jednak spodziewać. Ale to, że ekranizacja książki (dopiero, o zgrozo, pierwszej z trzech) Bianki Lipińskiej rozczarowuje jako film erotyczny, to już znacznie większa niespodzianka. Zwyczajnie brakuje w nim kontrowersji. Jest niby silna dominacja i w jakimś stopniu uprzedmiotowienie drugiej osoby, ale… Czy naprawdę w żadnym filmie jeszcze tego nie widzieliśmy? Gdzie te wszystkie sznury, kajdanki, dyby, karły i sztuczne ognie? Albo chociaż bicze, przebrania czy inne piloty od telewizora (nie próbujcie tego w domu…)? Zdaję sobie sprawę, że film wyświetlany w kinie jest związany różnymi normami prawnymi i etycznymi ograniczeniami, ale naprawdę nie spodziewałem się, że można zmarnować TAKI potencjał w TAK nijaki i mało spektakularny sposób. Zwyczajnie nie ma w tym filmie sceny, która z jakiegokolwiek powodu zapadłaby na dłużej w pamięci, mogła się z tym filmem kojarzyć i w jakiś sposób tłumaczyć przedpremierowe kontrowersje wokół „365 dni”. Nawet kiedy w jednej scenie pojawiają się łańcuchy, to zostają wykorzystane w taki sposób… A, szkoda gadać. Naprawdę nie oczekiwałem wiele… A i tak poczułem się rozczarowany, czy wręcz zawiedziony. Czy może być większy grzech filmu erotycznego, niż znudzenie odbiorcy? Szanowna Pani Blanko, obawiam się, że rząd polskich dusz może wciąż pozostać po stronie Anji Rubik.


Jako, że pojedynczych głupotek fabularnych i niezbyt oryginalnych pomysłów nawet szkoda wymieniać i próbować ośmieszyć (chociaż kilkukrotne zapędy twórców, aby z filmu erotycznego przejść w sensacyjny, czy udawany angielski akcent, usilnie się o to proszą), to postanowiłem zastąpić je mała autorefleksją. Choć główna bohaterka (zapomniałbym, grana przez Annę Marię Sieklucką) stara się być nowoczesną i niezależną kobietą, stawiającą swoje warunki i niepoddającą się męskiej tyranii, to, niestety, ostateczny odbiór jej postaci jest całkowicie odwrotny. Z każdą minutą filmu główna bohaterka coraz bardziej wpisuje się we wszelkie stereotypy na temat relacji damsko-męskich, ostatecznie w pełni oddając się mężczyźnie i stając się jedynie obiektem pożądania. Postać grana przez Seklucką wydaje się zaprzepaszczeniem wszystkich zmian kulturowych, do jakich doszło w ostatnich latach. Jeśli ten film miał być jakimś głosem w sprawie kobiecej emancypacji, to jego właściciel ewidentnie czymś się krztusi.


Naprawdę nie widzę sensownych powodów, aby ktoś oglądał ten film. Jeśli chcecie szukać w „365 dniach” miłosnego wątku, włączcie sobie dowolną komedię romantyczną (tak, nawet z Karolakiem) – niewątpliwie lepiej spożytkujecie przy niej swój czas. Jeśli chcecie obejrzeć ten film dla scen erotycznych, to zwyczajnie włączcie sobie dowolne porno, a też będziecie się bawić zdecydowanie lepiej. Innych rodzajów potencjalnych widzów, mam nadzieję, nie ma. W jednym z wywiadów autorka książkowego oryginału podziewała: „Polska, o czym jestem przekonana, nie jest gotowa na ten film. Nie była też gotowa na moje książki i Blankę Lipińską w ogóle”. Ma Pani rację, nie jesteśmy gotowi. I obawiam się, że nie będziemy.

Wpisy

Student drugiego roku dziennikarstwa i medioznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna pełnoprawny warszawiak. Fan piłki nożnej i kibic pewnej stołecznej drużyny kojarzonej z literą L w kółeczku. Miłośnik Star Wars oraz prozy Stephena Kinga.