Grzegorz Szczepaniak: Nie lubię być poważny

Nowy Folder - Grzegorz Szczepaniak

 

Pan Bogdan, jego matka Kazimiera i 51-letni Wartburg to bohaterowie filmu dokumentalnego „Najbrzydszy samochód świata” Grzegorza Szczepaniaka. Z reżyserem o filmie, jego inspiracjach i obawach rozmawiała Karolina Chojnacka.

 

Fot. N. Gruszczyńska

 

Jak Pan dotarł do bohaterów?

Przypadkiem. Kończyłem robić swój pierwszy krótkometrażowy dokument „Ślimaki” i szukałem kolejnego tematu. Zawsze szukam tematu, który ma potencjał komediowy, pewien absurd, coś pozytywnego od czego mogę wyjść. Jeden ze znajomych, który interesuje się motoryzacją retro, powiedział, że jest taki bardzo sympatyczny duet: pani Kazimiera i pan Bogdan. Pojechałem na pierwsze spotkanie i tak się zaczęło…

 

Jak zareagowali na propozycję zagrania w filmie?

Tak już jest, że ludzie myślą, że w takim filmie się gra. (śmiech)Oni też uważali, że grają. To błąd: do tej pory im tłumaczę, że oni nie grali w filmie, bo przecież są w nim sobą. Nie boję się, że to wygląda fabularnie. Nie boję się pytań i posądzeń, że coś komuś kazałem. Wychodzę z założenia, że pewne rzeczy mogę próbować inscenizować, jeśli one są prawdziwe. Spędziłem z bohaterami ponad trzy lata i zaobserwowałem rzeczy, które się nie wydarzyły w obecności kamery. Potem w trakcie zdjęć, chciałem, żeby niektóre z nich się powtórzyły. Na przykład wyliczanka „Raz, dwa, trzy, ty masz wszy”: widziałem ją w różnych sytuacjach, ale nigdy nie było okazji, żeby to nakręcić. W tej scenie po prostu zacząłem razem z panią Kazimierą ją recytować, a potem ona już sama kontynuowała.

 

Jak więc zareagowali na propozycję zrobienia filmu o nich?

Pan Bogdan był bardzo szczęśliwy, bardzo dumny. Cieszył się też, że mama zostanie uwieczniona. Zawsze powtarzał, że to, co robimy, jest dla mamy… Kiedy kończyliśmy zdjęcia, pan Bogdan był bardzo smutny i powiedział, że spokojnie możemy jeszcze przez następne siedem lat kręcić.

 

Fotos z filmu „Najbrzydszy samochód świata”

Skąd wziął się pomysł podróży do Magdeburga?

Wpadł na niego pan Bogdan, a ja go oczywiście podchwyciłem. Odkąd zmarł jego ojciec, czyli od ponad 20 lat, pan Bogdan razem z matką spędzają praktycznie całe swoje życie na zlotach starych samochodów, w podróży. On ma trochę fioła na punkcie jeżdżenia, zlotów i Wartburgów. Czułem więc, że to z pewnością będzie film drogi. Podczas rozmów pytałem pana Bogdana o jego marzenia, cele, rzeczy, które chciałby zrobić z mamą. Powiedział, że bardzo chciałby pojechać do Magdeburga, zobaczyć miejsce, gdzie w czasie wojny jego mama pracowała w obozie pracy przymusowej. No i pojechaliśmy. Nigdy wcześniej nie podjął nawet próby takiej podróży. Teraz pewnie czuł się troszkę pewniej, że ma wokół siebie ekipę filmowców, która w razie potrzeby mu pomoże.

 

Nie obawiał się Pan, że coś się może stać bohaterom? Ich samochód był praktycznie w stanie rozsypki…

Momentami tak, ale po pierwsze pan Bogdan już od 20 lat jeździ tylko Wartburgami, bardzo dobrze je zna i praktycznie nigdy nie miał żadnego wypadku. Po drugie, jeździ dość wolno. Po trzecie zawsze wybiera boczne drogi. Raz tylko była taka sytuacja, że musiałem go stopować, bo nie działał prędkościomierz i nie wiedział, że zbliżał się już do setki. Co prawda na pustej, bocznej drodze, ale i tak… wyprzedziłem go i zatrzymałem. Zazwyczaj jednak jeździł 40-50 km/h.

 

Fotos z filmu „Najbrzydszy samochód świata”

 

A czy Pan przejechał się Wartburgiem?

Nawet próbowałem nim kierować. Odpaliłem go sam, co było dość trudne: ten samochód nie miał kluczyka i stacyjki, więc pan Bogdan odpalał go jak złodziej, po kablach, i musiał mnie tego nauczyć. Potem jednak sytuacja się skomplikowała, bo biegi zmienia się taką wajchą przy kierownicy. Próbowałem tym szarpać, ale bałem się, że coś zniszczę, więc szybko się poddałem. Ale jako pasażer jeździłem wielokrotnie. Są w filmie nawet sceny, kiedy leżę z tyłu pod kocami i nagrywam dźwięk. Nie było to jednak najprzyjemniejsze doświadczenie, bo pan Bogdan jest strasznym bałaganiarzem i różne rzeczy można było tam znaleźć…

 

Miałam właśnie takie wrażenie, że pan Bogdan bardzo kocha ten samochód, ale jednak kompletnie o niego nie dba…

On tak naprawdę kocha Wartburgi: to jest miłość do marki, a nie konkretnego samochodu. Lubi konkretne modele, którymi jeździ. Wygląda to tak, że pojeździ nim przez parę lat, on się zużywa przez to, jak je traktuje i wtedy jakimś cudem znajduje kolejnego Wartburga. Ten z filmu umarł po zakończeniu zdjęć. Został odstawiony na plac, gdzie pan Bogdan ma już kilka innych Wartburgów i… zastąpiono go kolejnym.

 

Skąd ta miłość do Wartburgów?

Pan Bogdan wyznał mi, że jego ojciec zawsze marzył o Wartburgu, bo w latach 60. i 70. mieć taki samochód to było coś. Więc dla niego posiadanie Wartburga to też pewien luksus i realizacja marzenia ojca. Zawsze mówiąc o samochodzie, opowiadał o swoim ojcu.

 

Fotos z filmu „Najbrzydszy samochód świata”

 

Naprawdę uważa Pan, że to najbrzydszy samochód świata?

Nie, najbrzydszy jest Fiat Multipla (śmiech). Zawsze mam problem z tytułami i ten pomogli mi wymyślić znajomi. Roboczy tytuł brzmiał „Bogdan i Kazia”, ale był tak mało ciekawy, że został zmieniony na „Najbrzydszy samochód świata”. Ale Wartburg oczywiście nie jest najbrzydszym samochodem świata. Uważam, że to najpiękniejszy samochód świata.

 

Poprzedni film, „Ślimaki”, to także dokument komediowy…

Moje filmy są jak ja, a ja nie lubię zbyt długo być poważny. Uważam, że można rozmawiać o poważnych rzeczach, ale – z dystansem. I takie filmy chcę robić. W dokumentach podoba mi się to, że możemy kręcić naszą rzeczywistość, nasz świat i z tego powstaje film. Czasami jednak dokumenty są zbyt poważne, przez co robią się nudne i oglądając je, mam wrażenie, że robię to za karę. Ja nie chcę robić takich filmów. Teraz pracuję nad filmem o wiejskich muzykantach samoukach, którzy sami potrafią zbudować skrzypce. A koniowi obcinają ogon i robią z niego smyczek. Tak jak poprzednio i w tym doszukuję się absurdu i humoru.

 

Nie obawia się Pan zarzutów, że wyśmiewa bohaterów?

To są po prostu zabawne sytuacje, jak np. jedna z moich ulubionych scen, kiedy pan Bogdan miesza benzynę i potrząsa całym samochodem. Na pewno jednak nie mają wyśmiewać bohaterów. Przed pokazami publicznymi oba filmy zostały im wyświetlone i jeżeli mieliby jakiekolwiek obiekcje, przyjąłbym je. Zresztą Andrzej i Konrad ze „Ślimaków” nie chcieli dwóch scen i ich nie pokazałem. Uwielbiam moich bohaterów, spędzam z nimi czas wolny: chłopaki-ślimaki to moi przyjaciele, a pana Bogdana i panią Kazimierę regularnie odwiedzam.

 

Fotos z filmu „Najbrzydszy samochód świata”

 

A dlaczego zdecydował się Pan na robienie filmów?

Bo to jest najlepsze, co można robić na świecie! Mam wykształcenie muzyczne, ale pod koniec studiów poczułem, że granie na gitarze trochę mnie ogranicza i zacząłem szukać czegoś innego. Tak trafiłem do szkoły Wajdy. Kiedy mając 23 lata pierwszy raz w życiu zobaczyłem film dokumentalny – „Człowiek z kamerą filmową” Dżigi Wiertowa – to rozwalił mnie kompletnie. To była miłość od pierwszego wejrzenia.

 

Czy jest jakiś temat, który chciałby Pan nakręcić, ale nie znalazł jeszcze odpowiedniego bohatera?

Ja szukam bohaterów, nie tematów, szukam ludzi, którzy mnie inspirują. Jest taki świetny gość, szef warszawskich Wikingów, ale niestety nie zgodził się, by nakręcić o nim film. Dwa razy próbowałem do niego dotrzeć, z trzyletnią przerwą, ale nie zmienił zdania… W takich sytuacjach zastanawiam się, czy nie powinienem jednak zabrać się za fabuły. Bo są takie postacie, które nie chcą się zgodzić na film, a są warte, by opowiedzieć ich historię.

 

Fotos z filmu „Najbrzydszy samochód świata”