Nie lubię chodzić do teatru

„Gdybym z różnych powodów był zmuszony wybrać inną drogę, jestem przekonany, że i tak szukałbym czegoś związanego z kreacją.” Z Marcinem Zbyszyńskim o przypadku, inspiracjach i tworzeniu własnego teatru rozmawia Marysia Wróbel.


Jaka była Twoja pierwsza styczność z teatrem?

Są dwie historie. Pierwsza zaczyna się w przedszkolu. Pani obsadzała nas w przedstawieniu o zwierzątkach. Nie pamiętam jak to dokładnie wyglądało, ale bardzo chciałem grać króliczka. Wszyscy dostali role króliczków, a ja byłem kimś innym, z czego byłem bardzo niezadowolony. Podobno było tak, że kiedy stałem na scenie, to nie grałem swojej postaci, tylko cały czas mówiłem do tych, którzy wchodzili jako króliczki: „Idźcie stąd! Idźcie stąd! Nie lubię was”. Prawdopodobnie to był moment, w którym stwierdziłem, że zamiast graniem, będę zajmował się obsadzaniem ludzi (śmiech).

A druga historia?

Druga historia też jest z wczesnego dzieciństwa. Jak byłem mały, z pospawanych rurek i kawałka kurtyny mój tata zrobił mi teatrzyk dla lalek. Sprzedawałem w domu bilety, zapraszałem rodzinę na spektakle, moja babcia robiła kukiełki, ja wymyślałem historie, a rodzice musieli to wszystko oglądać. Nie pamiętam pierwszego wyjścia do teatru. Na pewno nie zrobiło to na mnie większego wrażenia. Pamiętam głównie te chwile, kiedy robiłem coś związanego z teatrem. Zaczęło się we wczesnym dzieciństwie, a potem w Ognisku (Ognisko Teatralne „U Machulskich”-przyp. red.) już na bardziej świadomym poziomie. To był czas, w którym zrozumiałem, że to jest to, co chcę robić w przyszłości.

Później przyszedł czas wyboru liceum. Wybrałeś klasę o profilu artystycznym czy kompletnie innym?

Generalnie bardzo nie lubiłem szkoły. Dopiero jak poszedłem na studia, to ta forma nauczania zaczęła mi odpowiadać. Poszedłem do liceum im. Fredry, do klasy historycznej. Była ciekawa, kładła bardzo duży akcent na historię Warszawy. Ponieważ ta szkoła mieści się na terenie getta warszawskiego, dowiedzieliśmy się bardzo wiele o zagładzie Żydów – mieliśmy o tym osobny przedmiot. Było to bardzo wartościowe, natomiast artystycznie szkoła mnie nie rozwijała. Organizowano tam dni teatru, ale starałem się nie brać w nich udziału, żeby nie patrzeć na to, co się tam działo (śmiech).

Czy wśród Twoich rówieśników, jeszcze w czasach szkolnych, dużo osób interesowało się teatrem?

Z moich szkolnych znajomych mało kto szedł w stronę artystyczną, ale z Ogniska masa osób podążyła tą ścieżką i z wieloma z nich mam do dzisiaj kontakt. Czasem nawet zdarza się, że z nimi pracuję. W tamtym czasie miało to dla mnie bardzo dużą wartość, ponieważ nawzajem się inspirowaliśmy i wspieraliśmy.

Jakie umiejętności, wartości, które wykorzystujesz teraz w swojej twórczej pracy dało Ci Ognisko Teatralne „U Machulskich”?

Ognisko było dla mnie miejscem, które pokazało mi horyzonty i możliwości twórcze. Nauczyło mnie jak pozwalać sobie na odważne i szalone pomysły, potem wierzyć w nie, a na końcu je realizować. Teatr Potem-o-tem, który założyłem, jest w zasadzie bardzo ‚ogniskowy’. Gramy spektakle w nieteatralnych przestrzeniach, tak samo jak w Ognisku, gdzie sztuki wystawialiśmy w urokliwych pałacach, nad jeziorem, albo w środku lasu. Ognisko nauczyło mnie też działania zespołowego, szacunku do innych i wspólnej pracy. Poszerzyło moje horyzonty intelektualne i odkryło przede mną wielu reżyserów i niezliczoną liczbę filmów, spektakli, książek, które były dla mnie ogromnie inspirujące. Rozwijały mnie także spotkania z ludźmi, ich inny punkt widzenia, bliskość relacji i możliwość rozmowy o wszystkim. To od zawsze stanowiło dla mnie ogromną wartość.

Przy wyborze studiów rodzice często nakłaniają młode osoby do wyboru kierunków, które zapewnią im dobrze płatną, stabilną pracę. Czy obierając drogę filmowo-teatralną spotkałeś się ze wsparciem od bliskich?

Ciężko było mnie przekonać do czegoś innego (śmiech). Moi rodzice od zawsze wspierali mnie w artystycznej ścieżce. Nigdy nie sygnalizowali, że to zły pomysł. Oczywiście martwili się o mnie, ponieważ to dość trudna droga i zachęcali do tego, żebym miał plan „B”. Pamiętam, że mama przyniosła mi wielki biuletyn z informacjami o uczelniach i kierunkach studiów. Wybrałem jeden, którym była Wiedza o kulturze na Uniwersytecie Warszawskim. Studiowałem tam przez trzy lata i był to bardzo wartościowy czas. Rodzice nigdy nie podważali wartości decyzji o studiowaniu reżyserii, mimo że w mojej rodzinie nikt nie jest związany z artystycznym światem.

Co dały Ci studia teatralne i filmowe?

Studia artystyczne uczą praktyki, pozwalają zdobyć warsztat. To miejsce, gdzie można popełniać błędy, zetknąć się z różnymi formami sztuki i się w nich sprawdzić. W tej kwestii szkoła dała mi bardzo dużo. Wyreżyserowałem tam około 20 etiud i spektakli, w których musieliśmy obsadzać studentów lub zawodowców i przeprowadzić cały proces prób. Przejście z reżyserowania swoich rówieśników do współpracy z aktorami z 30-letnim doświadczeniem było dla mnie ogromnym przeskokiem. Takie konfrontacje wiele uczą. W artystycznej szkole na rozwój sfery intelektualnej nie ma już czasu. Szkoła filmowa, którą kończyłem, wcześniej działała w podobny sposób, chociaż paradoksalnie dała mi więcej pod względem ogólnorozwojowym niż Akademia Teatralna. Uczelnia umożliwia też nawiązanie znajomości, które są w tym środowisku bardzo ważne. Nie chodzi o załatwianie czegoś na skróty, ale o poznanie ścieżek, którymi można dotrzeć do aktorów i realizatorów. Poszerza się spektrum możliwości i kontaktów. Mówię to z żalem, ale bez tego nie ma szans na przebicie się. W polskim środowisku kultury nie zostanie się zauważonym, jeżeli nie skończyło się odpowiedniej szkoły albo nie poznało się odpowiednich ludzi. Pewnie istnieją wyjątki, ale jeśli przyjrzeć się temu dokładniej, to jest to bardzo zamknięte środowisko.

Jak powstało Potem-o-tem?

Trochę przez przypadek. Na II roku reżyserii robiliśmy egzamin u Piotra Cieplaka pod tytułem Śmiech. Oznaczało to, że musieliśmy zrobić spektakl komediowy (w szerokim tego słowa znaczeniu). Bardzo długo szukałem tekstu i w końcu zdecydowałem, że zrobię Pierwszą lepszą Aleksandra Fredry. Zaprosiłem do tego czwórkę bardzo młodych aktorów, którzy albo byli świeżo po szkole, albo dopiero ją zaczynali i byli ze mną na roku. Byli to: Filip Kosior, Piotrek Piksa, Agata Różycka i Marta Wągrocka. Zrobiliśmy wspólnie egzamin, który został odebrany bardzo pozytywnie, ale przede wszystkim poczuliśmy między sobą wyjątkową energię do współpracy. Stwierdziliśmy, że tych kilka tygodni to zbyt mało i musimy zacząć tworzyć coś razem. Dostaliśmy taką możliwość, gdy tata jednej z aktorek zaproponował nam zagranie Pierwszej lepszej w swoim garażu na Powiślu. Była tam mała galeria, całość w ogóle nie była ogrzewana. Z początku wydawało nam się to trudne, ale zagraliśmy tam kilkanaście spektakli i tak właśnie powstał nasz teatr. Co ciekawe, nosi nazwę od jednej z kwestii w dramacie Fredry, która brzmiała właśnie „Potem o tem”. Nasze początki miały miejsce w tym zimnym garażu, docieplanym klimatyzatorem, gdzie ludzie siedzieli często w kurtkach. Z czasem przychodziły kolejne projekty, a z każdym spektaklem nasza grupa rozwijała się coraz bardziej. Potem dostaliśmy szansę grania w nowej przestrzeni. Tym razem było to dwupiątrowe mieszkanie, w którym graliśmy #NaDorosłego. Teraz działamy już 4 lata i cały czas idziemy do przodu.

Potem-o-tem, jak już wspomniałeś, jest po części dziełem przypadku. Czy mimo to wcześniej pojawiały się plany założenia własnej grupy teatralnej?

Dość podobna sytuacja miała miejsce w Ognisku. Po ostatnim roku, w klasie maturalnej, zrobiliśmy większy projekt, którym był spektakl na podstawie Zbrodni i zbrodni Strindberga. Postanowiliśmy, że założymy swoją grupę teatralną, która nosiła nazwę Synergia. Działała mniej więcej przez 2 lata i zagraliśmy wspólnie kilkadziesiąt spektakli, co jak na oddolną inicjatywę nastolatków było gigantyczną liczbą. To była pierwsza przygoda związana z robieniem swojego teatru. Innym bodźcem były asystentury, które odbywałem na studiach. Dość długo pracowałem z Michałem Walczakiem przy Pożarze w burdelu. Praca z Michałem była inspiracją do tworzenia swojego zespołu teatralnego, ale też pozytywnym bodźcem do pisania własnych tekstów dramatycznych. Nie wiem czy bez tej współpracy odważyłbym się zacząć pisać własne scenariusze do teatru.

Jakie wspomnienia wiążą się z pierwszą premierą Potem-o-tem?

Pierwsza premiera w garażu nie była aż tak spektakularna, ponieważ, po prostu, przełożyliśmy ten sam spektakl na inną przestrzeń i przedłużyliśmy go o 20 minut. Było to wydarzenie na granicy teatru i spotkania ze znajomymi. Na początku nie było nawet biletów, bo nie mogliśmy prowadzić sprzedaży. Stała tylko puszka, do której można było wrzucić nawet złotówkę, żeby obejrzeć spektakl. Samo przedstawienie trwało 50 minut, a impreza po nim 5 godzin. Wspominam to jako spontaniczne wydarzenie (oczywiście z wcześniejszymi próbami), jednak to nie była premiera z krwi i kości. Taką premierą był #NaDorosłego, wystawiany w mieszkaniu. Wtedy ten spektakl był bardzo długi – trwał dobre dwie i pół godziny. Obecnie gramy go w mocno zmienionej wersji. Natomiast jego tworzenie, czyli napisanie scenariusza, piosenek, prace realizatorów, równolegle z całym okresem prób, zajęły nam 3 tygodnie. Gdyby cały ten proces trwał 3 miesiące, to można by było to uznać za szybkie tempo… Oczywiście, wiązało się to z brakiem snu i skrajnym wyczerpaniem, biorąc pod uwagę, że nie mieliśmy całych dni wolnych i niektóre próby trwały do 4 rano. Pewnie dlatego pamiętam tę premierę jak przez mgłę, jakbym był w innym świecie. Nadszedł w końcu dzień premiery. Widzowie zostali podzieleni na dwie grupy. Filip Kosior szedł ze swoją częścią widowni, zaczął mówić monolog, zapalił światło w pokoju i w tym momencie wysiadł prąd w całym mieszkaniu. Rozpoczęła się 30-minutowa akcja szukania korków. Ludzie cały czas się śmiali, bo byli przekonani, że to element spektaklu. W związku z tym premiera trwała nie 2,5, a ponad 3 godziny. Co zabawne, ta scena na stałe wpisała się do naszego spektaklu i już za każdym razem wyłączaliśmy w tej scenie korki. Każda premiera w Potem-o-tem wiąże się z dużym stresem i jest inna od spektakli, które gramy później.

Nietypowe przestrzenie do grania spektakli są cechą charakterystyczną dla Potem-o-tem. Dlaczego nie zwykły teatr z regularną sceną i widownią?

Wbrew pozorom w Warszawie bardzo ciężko jest wynająć scenę do grania spektakli. Każdy z teatrów ma swój repertuar i niespecjalnie zależy im na tym, żeby wynajmować komuś scenę, a jeżeli nawet, to przeważnie na komercyjne wydarzenia. W naszym przypadku nie było to możliwe, szczególnie na początku, więc wiedzieliśmy, że musimy kombinować w inny sposób. Chcieliśmy być zupełnie niezależni i mieć możliwość robienia tego, co czujemy, bez żadnych ograniczeń. Nie zamierzaliśmy więc wiązać się z żadną instytucją, która narzucałaby nam masę restrykcji i ograniczeń. Nad pierwszymi spektaklami pracowaliśmy często w godzinach nocnych, a to nie byłoby możliwe w żadnej instytucji. Kolejną przyczyną jest to, że od początku chcieliśmy zajmować się czymś innym, niż zwykły teatr. Pragnęliśmy skupić się na innego rodzaju relacji z widzem i budowaniu wspólnoty z ludźmi, którzy przychodzą na spektakl, tak, żeby czuli się jego częścią. Przestrzeń, w której gramy, ma pod tym względem bardzo duże znaczenie. W momencie, gdy wsiadamy razem do autokaru i jedziemy do pałacu, w świadomości odbiorców już coś się zmienia. To nie oznacza, że już do końca życia będziemy grać w parkach, na plażach, czy w taksówkach. Bardzo możliwe, że następna premiera odbędzie się w przestrzeni teatru.

Czy jesteś obecny na każdym spektaklu Potem-o-tem?

Potem-o-tem zagrało ponad 100 spektakli. O ile dobrze pamiętam, to nie było mnie na połowie jednego. Staram się być zawsze obecny, to dla mnie bardzo ważne. Naturalnie, im świeższe jest przedstawienie, tym więcej mam komentarzy do aktorów i realizatorów. Później, z każdym kolejnym spektaklem, aktorzy naprowadzają już wszystko na właściwe tory. Mimo to dalej jestem na miejscu, bo wiąże się to ze specyfiką Potem-o-tem. To nie jest tak, że aktorzy są tylko od grania, reżyser wyłącznie od reżyserowania, a scenograf tylko od robienia scenografii. Granie spektaklu oznacza bycie dzień wcześniej tragarzami, którzy wnoszą dziesiątki pudeł i muszą instalować teatr w nietypowym miejscu. To jest istotne także dla mnie osobiście. Są reżyserzy, którzy robią premierę, a potem nie pojawiają się na żadnym spektaklu, a są tacy, którzy starają się być zawsze. Ja należę do tej drugiej grupy.

To trochę jak Kantor.

Być może, aczkolwiek ja podczas spektaklu wolę zajmować się techniką. Lubię oglądać spektakl, notować sobie uwagi i przy okazji realizować światło lub puszczać muzykę. Jest to mniej stresujące, niż samo oglądanie spektaklu, przy którym skupia się uwagę na reakcjach ludzi i cały czas się je analizuje. Kiedy realizuję spektakl, z jednej strony jestem widzem, a z drugiej strony mam wpływ na to, co się dzieje. Lubię oglądać spektakl z tej perspektywy.

W spektaklach Potem-o-tem pojawiały się takie osoby jak Wojciech Malajkat czy Jerzy Radziwiłowicz. Jak wspominasz współpracę z tak znanymi aktorami?

Gdy pracowaliśmy nad spektaklem Gluten Sex, Wojciech Malajkat był opiekunem roku Agaty Różyckiej i Elizy Rycembel, zaczynał też swoją kadencję rektora na Akademii Teatralnej. Daliśmy mu do przeczytania scenariusz. Był zachwycony tekstem i z wielką chęcią zgodził się na współpracę. Podobnie było z Jerzym Radziwiłowiczem. Proces pracy nad spektaklem w obu przypadkach przebiegł bardzo sprawnie. Było to bardzo budujące doświadczenie. Obaj dali nam duże wsparcie na początku działaności, firmując to co robimy swoim nazwiskiem. Świadomość tego, że taka osoba nam ufa i chce z nami współpracować dała nam dużo pewności siebie, ale podziałało to też na  świadomość widza, który widzi na afiszu konkretne nazwisko i pod wpływem tego zmienia się w jego oczach postrzeganie spektaklu i całego teatru Potem-o-tem.

W skład Potem-o-tem wchodzą także słynne aktorki, takie jak Eliza Rycembel i Maria Sobocińska. Jak ich sukcesy filmowe wpływały na działalność Potem-o-tem?

Specyfika pracy teatralnej i filmowej jest zupełnie inna. Eliza i Marysia miały w sobie dużo pokory względem teatru, mimo że wchodząc do Potem-o-tem miały już za sobą doświadczenia w głośnych filmowych produkcjach. Dla nich to było coś zupełnie nowego – bezpośredni kontakt z widownią, szczególnie w takiej interaktywnej formie, której w kinie zupełnie nie ma. Są osobami, które odnoszą duże sukcesy, ale nie dają tego po sobie poznać i nie spoczywają na laurach.
Wiele osób przychodzi na spektakle dla konkretnych aktorów, co pod względem marketingowym jest dla Potem-o-tem bardzo korzystne. Działa to na podobnej zasadzie, co współpraca z Wojciechem Malajkatem czy Jerzym Radziwiłowiczem. Ale z Elizą i Marysią znamy się od czasów zanim powstało Potem-o-tem i nasze relacje są na zupełnie innym poziomie. Nie postrzegamy się poprzez zawodowe sukcesy.

Drugą częścią zarówno twojego wykształcenia, jak i twórczej działalności jest film. Z pewnością przeplata się z działalnością twojego teatru, ale czy postrzegałeś go kiedyś w kontekście osobnej artystycznej ścieżki?

Nieustannie (śmiech). Równoległe tworzenie filmu i teatru to bardzo skomplikowany rozkrok. Kiedy ma się swój teatr, znalezienie czasu i przestrzeni na produkcję własnych filmów jest dość trudnym zadaniem. O ile na poziomie krótkich metraży jest to prostsze, bo nie pochłania aż tyle czasu, o tyle przy pełnym metrażu oznacza, że trzeba się wyłączyć z teatru na dłuższy czas. Bardzo intensywnie myślę o ścieżce filmowej. Szedłem do szkoły teatralnej z myślą, aby zebrać doświadczenie pogłębionej pracy z aktorem, bo filmy pod względem technicznym nauczyłem się robić w szkole filmowej. Myślę o teatrze jako o drugim domu i teraz jest go w moim życiu więcej, niż filmu, także zdecydowanie między jednym a drugim byłoby trudne. To nawet nie jest kwestia decyzji, bo myślę, że obie te dziedziny sztuki pozostaną ze mną na zawsze. W przyszłości chciałbym mieć lata filmowe i lata teatralne na przemian. Mam nadzieję, że uda mi się utrzymać taki balans.
Jest wiele przykładów wśród reżyserów, którzy zaczynali w teatrze, a kończyli na planie filmowym lub na odwrót i niewykluczone, że tak będzie w moim przypadku. Póki co, myślę o tym z pokorą, ponieważ cały czas uczę się jednego i drugiego i nie jestem zmuszony do radykalnej decyzji.

W ostatnim czasie pojawiło się także kilka realizacji telewizyjnych, w których brałeś udział. Film Haiku – Grochowiak to nie tylko twoja reżyseria, ale też Twój scenariusz. Czy widzisz swoją filmową przyszłość, albo jej część, właśnie w realizacjach telewizyjnych?

Ten film był bardzo nietypową realizacją. Była to artystyczna etiuda filmowa. Jej produkcja nie przebiegała w pośpiechu, który często towarzyszy telewizyjnym projektom. Z pracą w telewizji zetknąłem się już nie raz – pracowałem też jako drugi reżyser przy realizacji teatru telewizji. W świecie ambitnych produkcji telewizyjnych na pewno widzę się w przyszłości, dobrze się w tym odnajduję. Były to projekty, w których staraliśmy się w możliwie przystępnej formie zaproponować widzom coś bardziej ambitnego pod względem tematu czy stylistyki, niż typowe produkcje telewizyjne, z jakimi mamy do czynienia na co dzień. Jeżeli chodzi o tego typu przedsięwzięcia, to nie rozróżniam czy to jest radiowa, filmowa, reklamowa, telewizyjna czy teatralna realizacja. Bardziej zastanawiam się nad tym, jaką ma to wartość i czy mam coś do przekazania w danym temacie.

Jak już wspomniałeś, byłeś drugim reżyserem przy realizacjach teatru telewizji – WeselaListów z Rosji. Czy myślisz, że teatr telewizji to złoty środek pomiędzy teatrem a filmem, w którym mógłbyś się realizować na dłuższą metę?

Może się wydawać, że teatr telewizji to coś na pograniczu teatru i filmu, jednak dla mnie to osobna dziedzina sztuki. Przy tworzeniu teatru telewizji ważne jest to, żeby z jednej strony wykorzystywać ‚teatralne’ myślenie pod względem kreacji świata, a z drugiej strony, aby zgrabnie posługiwać się filmowymi środkami, na których opiera się przekaz w produkcjach tego typu. Ja w tej formie dobrze się odnajduję, jednak bardziej traktuję to jako odrębną formę artystycznego wyrazu, niż coś pomiędzy teatrem a filmem.

Oprócz kręcenia filmów i robienia spektakli, zajmujesz się także pracą z młodymi ludźmi. Prowadziłeś zajęcia w Ognisku Teatralnym „U Machulskich”, współtworzyłeś także projekt Story Lab w ramach Festiwalu Korczak. Co daje Ci praca z młodymi ludźmi?

Bardzo lubię uczyć i uczyć się od młodych ludzi. Przy projekcie Story Lab, gdzie ta współpraca była bardziej pogłębiona, niż cotygodniowe zajęcia w Ognisku, dostałem dostęp do świata, do którego na co dzień nie ma się dostępu – bo jak inaczej poznać punkt widzenia młodszego pokolenia, jeśli nie przez współpracę i przebywanie z tymi ludźmi? W swoim myśleniu o teatrze czy filmie staram się wybiegać myślami w przyszłość i zastanawiać się do czego zmierzamy jako społeczeństwo. Praca z młodymi ludźmi odświeża tę perspektywę, szczególnie pod względem rzeczywistości internetowej czy emocjonalnej, ponieważ punkty widzenia w tych sferach życia bardzo szybko się zmieniają. Pokolenie 5 lat młodsze ma już inne podejście do mediów społecznościowych, niż moje. Dodatkowo ważne jest dla mnie to, żeby trafiać do młodych ludzi z tym, co robię. Bardzo trudno to osiągnąć, kiedy nie zna się pokolenia, do którego chce się trafić. Kiedy byłem nastolatkiem, nie widziałem nigdy spektaklu zrobionego dla szesnastolatków czy osiemnastolatków. Raczej zachwycałem się przedstawieniami dla czterdziestolatków. Mimo że nie do końca rozumiałem o czym były, to poruszała mnie ich atmosfera albo tematyka, która ze mną rezonowała. Wydaje mi się, że jest duża nisza w tworzeniu sztuki, której odbiorcami nie mają być dzieci ani dorośli, a nastolatkowie lub młodzi ludzie wchodzący w dorosłość. To bardzo długi okres i ja sam się zastanawiam, czy już wszedłem w dorosłość, ale chyba jeszcze nie (śmiech).

Czy często bywasz w teatrze jako widz?

Co ciekawe, nie lubię chodzić do teatru. Nie przepadam za oglądaniem spektakli i bardzo często w teatrze jestem znudzony. Może się to wydawać dziwne w przypadku człowieka, który spędza w teatrze tak wiele czasu. Zmuszenie mnie, żebym poszedł zobaczyć spektakl, jest już trudne, a jak go zobaczę, to przeważnie nie jestem zadowolony z tego, co obejrzałem. Odwrotnie mam z filmami, których potrafię oglądać nawet kilka dziennie. Być może to, że tyle czasu poświęcam na tworzenie teatru sprawia, że nie znajduję go na oglądanie spektakli. Może być też tak, że w tym, co obecnie dzieje się w teatrze, nie odnajduję czegoś, co by do mnie przemawiało. Stąd zapewne bierze się potrzeba tworzenia własnego teatru. Są oczywiście twórcy teatralni, których ogromnie cenię i których spektakle z przyjemnością oglądam. Twórczość Krystiana Lupy, Grzegorza Jarzyny czy Jana Klaty już od nastoletnich lat miała na mnie bardzo duży wpływ. Bardzo lubię oglądać także zagraniczne spektakle, kiedy tylko są grane w Warszawie. Zawsze wydaje mi się to świeże i nowe, nie jestem gotowy na to, co zobaczę.

W takim razie kto z filmowych twórców inspiruje cię najbardziej?

Na pewno jednym z czołowych nazwisk jest Stanley Kubrick. Jego filmy mają dla mnie ogromną wartość i są dla mnie wzorem do naśladowania, zarówno pod względem skrupulatnego przygotowywania realizacji i dopracowania filmu w każdym calu, jak i pod względem rozmachu, oryginalności i różnorodności. Każdy jego film był tak naprawdę innym gatunkiem i na każdy z tych gatunków wywarł ogromny wpływ. Kubrick za każdym razem stawiał sobie zupełnie nowe wyzwanie i poświęcał czas na zgłębienie nieznanego sobie świata. Staram się trzymać to ciągle w pamięci, ponieważ w pracy reżysera bardzo ważne jest wychodzenie ze strefy komfortu. Są twórcy trzymający się formy, która raz już się sprawdziła, jednak potem bywa tak, że spektakle robią się do siebie podobne i tracimy potrzebę oglądania po raz dziesiąty tego samego. Filmową inspiracją są dla mnie też filmy Hitchcocka, Kieślowskiego, Polańskiego, Finchera, Nolana, Lyncha, Scorsese i wielu innych. O inspiracjach filmowych mógłbym opowiadać bardzo długo, jednak w teatrze ta lista jest dość krótka.

Gdybyś nie poszedł w stronę teatralno-filmową to jaką inną ścieżkę byś wybrał?

Boję się o tym myśleć (śmiech). Nie miałem żadnego planu „B”. Od pierwszej klasy liceum nie brałem pod uwagę innej opcji. Gdybym z różnych powodów był zmuszony wybrać inną drogę, jestem przekonany, że i tak szukałbym czegoś związanego z kreacją. Nie wiem czym dokładnie by to było, natomiast szukałbym czegoś, w czym jest sztuka i proces tworzenia. Na pewno nie chciałbym siedzieć gdzieś i rozmyślać o tym, by jak najszybciej wrócić do domu. Musiałbym mieć poczucie, że tworzę coś wartościowego dla innych, a poza filmem i teatrem niewiele więcej mam do zaoferowania.

Rozmawiała Marysia Wróbel.


Marcin Zbyszyński – reżyser teatralny i filmowy, założyciel niezależnego teatru Potem-o-tem, który działa od 2016 roku w Warszawie. Studiował reżyserię teatralną na Akademii Teatralnej im. A. Zelwerowicza w Warszawie oraz reżyserię filmową na Akademii Filmu i Telewizji. Zdobywca między innymi nagrody ZAiKS na Forum Młodej Reżyserii w Krakowie 2019 za autorski spektakl Powierzchnie gładkie. Jego film Powrót był wyświetlany w ramach Short Film Corner na Festiwalu Filmowym w Cannes 2019. Obecnie kontynuuje swoją działalność zarówno reżyserską, jak i scenariopisarską w teatrze Potem-o-tem.
Zapraszamy do odwiedzenia strony Marcina Zbyszyńskiego: https://www.marcinzbyszynski.com


Obrazek wyróżniający: fot. Darek Redos

Wpisy

Studentka pierwszego roku Dziennikarstwa i Medioznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Kocha teatr nie tylko z perspektywy widza. Lubi tworzyć w materii tekstowej, muzycznej i plastycznej. Gdyby miała powiedzieć co ceni w życiu najbardziej, powiedziałaby, że ludzi.

Twój adres email nie zostanie opublikowany.