/

Nieprawdopodobnie prawdopodobna historia


Jak zinfiltrować Ku Klux Klan, jedną z najbardziej niesławnych rasistowskich organizacji na świecie? Jak zrobić to, będąc Afroamerykaninem lub Żydem, czyli kimś, kto przez tę społeczność jest znienawidzony tak bardzo, że już bardziej chyba się nie da? Oto historia dwóch detektywów, Rona Stallwortha i Flipa Zimmermana, którym… zwyczajnie się to udało.



Witaj w klubie

„Czarne bractwo. BlacKkKlansman” to utrzymany w dramatyczno-humorystycznej konwencji biograficzny kryminał w reżyserii Spike’a Lee. Swoją premierę w Polsce miał we wrześniu ubiegłego roku. Na świecie debiutował w maju, na Festiwalu w Cannes, gdzie odniósł sukces. Ale na tym nie koniec. Historia oparta na faktach, opowiadająca o dwóch detektywach przenikających do struktur Ku Klux Klanu zyskała sobie bowiem przychylność zarówno widzów, jak i krytyków na całym świecie. Otrzymała też nominacje do kilku Złotych Globów, które ma szansę zdobyć już 7 stycznia.

Co spowodowało, że produkcja oparta na książce jednego z głównych bohaterów filmu, Rona Stallwortha, stała się tak popularna? Czy to zasługa reżysera Spike’a Lee, gry aktorskiej wcielających się w wyżej wspomnianych detektywów Johna Davida Washingtona oraz Adama Drivera, czy może po prostu nośnego tematu?

Z życia wzięte

Tym, co urzeka w „Czarnym bractwie” jest pewna swoboda w podejściu do tematu. Czy to przez komediowe akcenty, czy też dobry montaż, oferujący porównawcze zestawienia działań różnych bohaterów i organizacji, film jest nieprawdopodobnie wręcz obiektywny. To prawda, że członkowie Ku Klux Klanu pojawiający się na ekranie to w większości dość ograniczeni i przez to niekiedy zabawni ludzie, na których patrzy się z pobłażaniem. Reżyser jednak za punkt honoru obrał sobie potępienie wszelkich przejawów skrajności. I tak, członkowie afroamerykańskiej społeczności powstałej niejako w opozycji do działań rasistowskiego ugrupowania, również nie powinni być przez widza odebrani jako postaci wyłącznie pozytywne. Zadbać ma o to kreacja głównego bohatera, Rona Stallwortha (John David Washington).

Ów bohater, będący pierwszym czarnoskórym policjantem w amerykańskim mieście Colorado Springs, jest bowiem niezwykle rozdartym stróżem prawa. Rozdartym pomiędzy poczuciem obowiązku, a przynależnością do dyskryminowanej społeczności. Tym samym staje się on niejako „ostatnim sprawiedliwym” – robi to, co należy, mimo że niejednokrotnie kosztuje go to sympatię przyjaciół czy przełożonych. Na szczęście w walce o sprawiedliwość nie jest sam. Przynajmniej od pewnego momentu, kiedy na swej drodze spotyka Flipa Zimmermana (Adam Driver) – razem dokonują karkołomnej infiltracji, która pozornie nie miała prawa się udać.


O rzeczach emocjonalnych bez emocji

Wydawać by się mogło, że jak na kryminał przystało, „Czarne bractwo” oferuje sporą dawkę emocji. Niestety, nie do końca. Poza kilkoma scenami napięcia film się dłuży. Winy dopatrywać się można w komediowej otoczce. Bo choć przewijające się w dialogach żarty i przedstawianie niektórych postaci na zasadzie karykatury faktycznie śmieszy, to zarazem prowadzi do znacznego rozluźnienia tonacji filmu. Widz przestaje się martwić o bohaterów, gdy widzi, że mają do czynienia z komicznymi i fajtłapowatymi antagonistami. Wygląda to trochę tak, jak gdyby reżyser nie był do końca pewny, w którą stronę chce poprowadzić swoje dzieło. Dlatego wychodzi z tego sklejka, która w mniejszym lub większym stopniu przysłowiowo „trzyma się kupy”. Świadczy o tym chociażby mnogość gatunków, do których można jego film przypisać.

Nie pomagają tu także aktorzy. Bo choć Washington i Driver tworzą na ekranie zgrany duet, który przyjemnie się ogląda, to jednak ten pierwszy odegrał swoją postać zwyczajnie płytko. Jego obojętny wyraz twarzy i łatwość, z jaką na ekranie podejmuje trudne przecież decyzje, wystawiające na próbę jego lojalność wobec kolegów z pracy czy członków afroamerykańskiej społeczności, sprawiają, że brak mu głębi. Zdecydowanie lepiej wypada Adam Driver jako detektyw żydowskiego pochodzenia, Zimmerman. Z początku znudzony wykonywanym zawodem specjalista w swojej dziedzinie, który nie jest przekonany co do słuszności celu całej operacji, wraz z rozwojem akcji zaczyna odkrywać swoje przywiązanie do własnego pochodzenia i kultury. Postać ta przechodzi w filmie pewną przemianę, która może stanowić zachętę, drogowskaz dla wszystkich innych sceptycznych i obojętnych, którym nie chce się „walczyć o swoje”.

Dobry, zły i… oczywisty

Na zakończenie nie sposób nie wspomnieć o pewnym pogłębieniu zamieszania, które do „Czarnego bractwa” wnosi ostatnia sekwencja filmu. Stanowią ją dokumentalne fragmenty różnych doniesień medialnych na temat szkodliwej działalności członków Ku Klux Klanu. Niektóre są niezwykle dosadne i brutalne. Z jednej strony sprawia to, że odbiorca zaczyna czuć się winnym za to, że podczas seansu niejednokrotnie zdarzało mu się zaśmiać z serwowanych żartów. I to samo w sobie nie jest złym zabiegiem, gdyż w sposób jednoznaczny skłania do pogłębionej refleksji. Jednak z drugiej strony jest to zwyczajne potraktowanie widza jak osoby nieświadomej, której wszystko trzeba „kłaść łopatą do głowy”. Starannie budowana przez cały film narracja, dzięki której odbiorca sam mógł wyrobić sobie opinię na temat prezentowanych problemów, przez końcową sekwencję zostaje zburzona lub przynajmniej znacznie naruszona. A to wielka szkoda.

„Czarne bractwo. BlacKkKlansman” to bardzo nierówny film. Nie jest zły, ale niestety nie jest też tak dobry, jak mógłby być. Wygląda na to, że gdyby reżyser zdecydował się trzymać jednego stylu, to produkcja mogłaby na tym zyskać, tracąc w ostatecznym rozrachunku niewiele. Niewątpliwie wyrazy uznania należą się za poruszenie trudnych problemów o dużym znaczeniu, choć wydaje się, że to głównie dzięki temu o filmie zrobiło się głośno.



„Czarne bractwo. BlacKkKlansman”
Reżyseria: Spike Lee
Produkcja: USA 2018