/

Nieustraszeni żyją wiecznie

 

Nieczęsto zdarza się, by w kinie, po zakończeniu filmu znaczna część widowni długo siedziała i czekała w ciszy, aż do ostatnich napisów końcowych. A tak właśnie, jeśli wierzyć dyskusjom na forach internetowych i relacjom widzów, dzieje się na „Bohemian Rhapsody. Oglądających do domu odprowadzają bowiem piosenki zespołu Queen, historię którego film ten przybliża.

 

 

Królowa może być tylko jedna

Film, będący romantyczno-biograficzną opowieścią o życiu Freddiego Mercury’ego (w tej roli Rami Malek), w Polsce miał premierę w listopadzie tego roku. Głównemu bohaterowi na scenie towarzyszyli Brian May (Gwilym Lee), Roger Taylor (Ben Hardy) oraz John Deacon (Joseph Mazzello). Razem, dzięki różnorodności brzmienia tworzonej przez nich muzyki, stanowili jeden z najbardziej rozpoznawalnych zespołów rockowych wszech czasów.

 

Akcja najnowszego filmu Bryana Singera rozpoczyna się w latach młodości ambitnego Parsa, Farrokha Bulsara. Zafascynowany życiem gwiazdy rocka, pragnący śpiewać, grać i szokować, wiąże swój los z trzema innymi niespełnionymi muzykami. Przybierając pseudonim artystyczny – Freddie Mercury – młody chłopak powoli pnie się w górę wraz ze swymi przyjaciółmi, którzy po pewnym czasie stają się mu bliscy, jak rodzina. Pełna wzlotów i upadków kariera Queen prowadzi do pamiętnego koncertu Live Aid –występu, który przyniósł Freddiemu oraz całemu zespołowi wieczną sławę…

 

Nie biografia, lecz romantyczna opowieść

Zdawać by się mogło, że „Bohemian Rhapsodybez problemu wpisze się w ramy filmu biograficznego. Nie jest to jednak prawdą. Przynajmniej nie do końca. Bryan Singer nie tworzy bowiem dzieła silącego się na obiektywizm, pokazującego brutalną prawdę o życiu osobistym Mercury’ego. Owszem, to ukazane w filmie nie jest usłane różami, a on sam nie jest bohaterem bez skazy. Nie zmienia to jednak faktu, że historia zaproponowana przez reżysera przypomina bardziej legendę, romantyczną opowieść o nieustraszonym śmiałku, która, przekazywana z ust do ust, trafia do słuchaczy zniekształcona, odpowiednio ubarwiona. Za odbieganie od obrazu przebijającego z książkowych biografii Queen i „złagodzenie” kilku wątków biograficznych legendarnego wokalisty zespołu film został negatywnie odebrany przez niektórych krytyków.

 

Jednak, jak to z romantycznymi balladami bywa, film został przyjęty pozytywnie przez szerokie grono widzów. Świadczą o tym chociażby wysokie oceny na serwisach społecznościowych poświęconych ogólnie pojmowanej kinematografii czy sukcesy finansowe. Już po około trzech tygodniach od amerykańskiej premiery, „Bohemian Rhapsody” stał się drugim najbardziej dochodowym filmem w historii biografii muzycznych.

 

 

Historia jak z obrazka

Od strony technicznej film Singera wypada dobrze, a nawet bardzo dobrze. Imponuje nie tylko Rami Malek, który niesamowicie wczuł się w graną przez siebie, charakterystyczną przecież postać. Także pozostali aktorzy, wcielający się w członków zespołu, unoszą ciężar swych ról. Pomaga w tym fakt, że są niezwykle podobni do pierwowzorów. Podczas niektórych ujęć ma się wrażenie, że to sami muzycy, ponownie młodzi, grają dla widzów. Stroje (w tym oczywiście zwariowane kreacje samego Mercury’ego) i klimat lat minionych, wylewający się wręcz ze srebrnego ekranu, niejednego mogą pchnąć do przepełnionych tęsknotą westchnięć. Dbałość o szczegóły, takie jak ustawienie kubków z napojami na fortepianie Mercury’ego podczas Live Aid, jest godna podziwu. Dynamiczny montaż i żywa praca kamery sprawiają, że historia się nie dłuży i nie nuży. Choć film trwa ponad dwie godziny, to na sam koniec aż chce się, by trwał jeszcze dłużej, by usłyszeć jeszcze jedną piosenkę Queen.

 

Pojawia się jednak pytanie – w jak dużej mierze efekt ten jest zasługą reżysera, a w jak dużej –bohatera, o którym opowiada? Uczciwym byłoby przyznać, że uznanie należy się i temu i temu. Być może to właśnie dzięki takiemu połączeniu „Bohemian Rhapsodyzachwyca. Bo choć to w piosenkach Queen zawarta jest magia, to doświadczony Bryan Singer wiedział, jak przelać ją na ekrany kin.

 

Diabeł tkwi w… muzyce

Na zakończenie nie sposób nie wspomnieć, że najmocniejszą stroną filmu jest właśnie muzyka, co nie powinno nikogo dziwić. Końcowa rekonstrukcja koncertu Live Aid może wiele wynagrodzić niezadowolonym widzom. I to choćby dla niej warto obejrzeć „Bohemian Rhapsody” w kinie – by choć w niewielkim stopniu poczuć się jak uczestnik tego pamiętnego wydarzenia.

 

„Bohemian Rhapsody”
Reżyseria: Bryan Singer
Produkcja: USA, Wielka Brytania 2018