Nieznośny brak pomysłu

[spider_facebook id=”2″]

 

„Gottland” nie jest pierwszą próbą sfilmowania reportażu. Po m.in. oscarowych „Wszystkich ludziach prezydenta” czy zainspirowanym tekstem Hanny Krall filmem „Daleko od okna” Jana Jakuba Kolskiego studenci czeskiej FAMU postanowili przenieść na ekran reportaże Mariusza Szczygła.

Efektem ich pracy jest pięć dokumentalnych nowel, których nie łączy nic poza tytułem bestsellerowej książki. Co więcej, można odnieść wrażenie, że znany i nagradzany w Europie tytuł zbioru reportaży posłużył młodym filmowcom za chwyt marketingowy. Wśród pięciu filmów nie znajdziemy bowiem nic o Karelu Gocie, poświęconym mu muzeum czy fascynacji Czechów tą postacią. Ba, nie usłyszymy nawet jednej piosenki Czeskiego Słowika.

Zobaczymy za to filmową historię fabryki Baty, której twórca skupił się na czeskiej taśmie produkcyjnej, kosztem człowieka, który ją do Czech sprowadził. W efekcie powstała naskórkowa impresja na temat upływającego czasu. Z literackim pierwowzorem nie może się też równać opowieść o Lídzie Baarovej – w wersji filmowej to niechlujna próba rekonstrukcji spotkania, podczas którego aktorka tłumaczy się przyjacielowi z przedwojennego romansu z Göbbelsem.

gott

Najlepiej wypada etiuda o pomniku Stalina, bo Rozálie Kohoutová kontynuuje opowieść, którą zaczął w swoim reportażu Szczygieł. Słuchamy o pracy nad pomnikiem, o jego zniszczeniu oraz o losach miejsca, w którym stanął. Głos zabiera nawet prostytutka, która opowiada o pracy w przestrzeniach pod pomnikiem. Ale ponadto oglądamy współczesność – młodych ludzi, którzy jeżdżą na deskorolkach przy stojącym tu dzisiaj ogromnym metronomie. Dzięki skontrastowaniu starego z nowym udało się odtworzyć na ekranie tożsamość tego miejsca i twórczo rozwinięto pracę reportera. Przemycono także wątki o kondycji współczesnych Czechów i braku poczucia wspólnoty.

Z kolei animowana etiuda o Eduardzie Krichbergerze nie zachwyca ani estetycznie ani merytorycznie, ale wykreowana rzeczywistość jest formą odpowiednią do przedstawienia historii konfabulanta i fantasty. W jego życiu nic nie było do końca pewne. Zupełnie odwrotnie niż w przypadku części o Zdenku Adamcu, który w 2003 roku, tak jak Jan Palach w 1969, dokonał aktu samospalenia. Zamiast refleksji na temat wyobcowania i trudności z dostosowaniem się ludzi do otaczającej ich rzeczywistości, dostajemy w niej powierzchowną i nużącą narrację przybliżającą fakty z życia chłopaka.

Zarówno czescy dokumentaliści, jak i polski reporter proszą, aby nie porównywać książkowego oryginału do wersji filmowej. „Gottland” jest bowiem odrębnym dziełem zainspirowanym tekstami Mariusza Szczygła. Problem w tym, że bez Szczygła i jego tekstów ten film nie istnieje. Jeśli nie znamy książki to dostajemy proste etiudy, które prześlizgują się po temacie. To zaczyny do filmów, a nie w pełni rozwinięte historie. Z kolei gdy znamy pierwowzór, cała zabawa polega na tropieniu bohaterów i miejsc, które opisał Polak. Konfrontowanie, porównywanie i uzupełnianie, od których odżegnują się młodzi filmowcy, mogły stanowić clue ich dzieła.

gott2

Wydaje się, że młodym Czechom zabrakło dystansu do własnego kraju i jego historii, na które zdobył się człowiek z zewnątrz. Z powagą (czasami zbyt wielką) próbują sportretować swoich rodaków. Słusznie uciekają od narracji i wniosków Mariusza Szczygła, aby pokazać własne obserwacje i stosunek do historii. Zabrakło im jednak pomysłu, świadomej konfrontacji i dyskusji z reporterem. Wielkie tematy i przekonanie, że „Gottland” to samograj, sprowadziły ich na filmowe manowce. Najlepszym komentarzem wydają się słowa Jerzego Morawskiego, który w tekście „Spojrzenie z boku” napisał: „Po zebraniu materiału czy napisaniu reportażu dziennikarze mówią nieraz: to jest gotowy scenariusz, to się nadaje na film. Nie ma nic bardziej błędnego niż taka konkluzja. Z żadnego reportażu prasowego nie powstanie w miarę dobry film czy rokujący scenariusz! Co najwyżej tekst może stanowić tworzywo, punkt wyjścia albo można w nim poszukać zaledwie pomysłu na film”.

Milena Ryćkowska