Nobel ma w sobie coś z kobiety

Literacką nagrodę Nobla otrzymała w tym roku pisarka z Białorusi, Swietłana Aleksijewicz. Pisały o tym światowe agencje prasowe i media, co pozwoliło Białorusi wyjść poza stereotypowy model jej postrzegania, w którym mówi się wyłącznie o dyktaturze, Łukaszence, sankcjach i traktorach. Nagle okazało się, że na Białorusi nie tylko fałszują wybory, wsadzają do więzienia i kupują tanio rosyjską ropę, ale że mieszkają tam też wybitni pisarze. Dla wielu osób Białoruś pojawiła się więc na nowo nie tylko na literackiej, lecz także na geograficznej mapie świata.

 

Swietłana Aleksijewicz jest autorką sześciu książek: „Urzeczeni śmiercią”, „Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka”, „Czarnobylska modlitwa”, „Cynkowi chłopcy”, „Ostatni świadkowie. Utwory solowe na głos dziecięcy”, „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” (fot. Bartosz Wróblewski) 

 

I podczas gdy dla zagranicznego czytelnika temat Nobla nie jest już aktualny, na Białorusi ostre dyskusje toczą się do dziś.

 

Ksenofob, Białorusinka czy Ukrainka?

 

W pierwszych godzinach po przyznaniu literackiego Nobla wydawało się, że duma z nagrody dla Aleksijewicz w końcu zjednoczy Białorusinów. Tak się jednak nie stało. Dyskusje o tym, czy możemy zaliczać ją do grona twórców białoruskich (przecież pisze po rosyjsku) podzieliły społeczeństwo. Jedni uważają, że nie może reprezentować białoruskiego narodu, ponieważ nie pisze w jego języku. Drudzy twierdzą, że język nie jest kwestią zasadniczą. Najważniejsze, że sama uważa się za Białorusinkę.

 

Do przypisywania sobie noblistki dołączyły Ukraina i Rosja. Ukraińskie media zwracały uwagę na to, że matka pisarki jest Ukrainką, a sama Aleksijewicz urodziła się w Stanisławowie (dzisiejszy Iwano-Frankiwsk). Prezydent Petro Poroszenko napisał na swoim Twitterze: „Gdzie byśmy nie byli, w jakim języku byśmy nie mówili i nie pisali – zawsze pozostajemy Ukraińcami! Gratuluję!”.

 

Rosyjskie społeczeństwo podzieliło się na dwa obozy. Zwolennicy pierwszego pisali w nagłówkach, że Nobla dostała rosyjskojęzyczna pisarka. Informacja o tym, że pochodzi z Białorusi, była dopisywana drobnym drukiem. „W gruncie rzeczy jest to nagroda dla Rosji. Jej niezależności, jej wpływu, jej miejsca w świecie. Chwała Swietłanie Aleksijewicz, towarzysze” – wypowiedział się rosyjski pisarz Zachar Prilepin.

 

Drugi obóz wystąpił kategorycznie przeciwko Aleksijewicz, podkreślając, że nagrodę dostała nie za twórczość, a za antyrosyjskość. Za krytyczne wypowiedzi pod adresem Władimira Putina, potępienie rosyjskiej polityki zagranicznej i nazwanie napadu na Krym aneksją. „Aleksijewicz faktycznie jest histerycznym ksenofobem, który polewa brudem wszystko co rosyjskie” – twierdzi Siergiej Markow, profesor jednego z moskiewskich uniwersytetów.

 

Jeżeli nie brać pod uwagę krytycznych wypowiedzi pod adresem Rosji, można powiedzieć, że Swietłana Aleksijewicz odzwierciedla współczesną Białoruś i jest jej typowym mieszkańcem. Bo przeciętny mieszkaniec tego kraju powyżej 40 roku życia zazwyczaj sam siebie nazywa Białorusinem, ma korzenie ukraińskie (ewentualnie polskie, litewskie lub rosyjskie), na co dzień posługuje się językiem rosyjskim, chociaż potrafi mówić po białorusku, oraz czuje silny wpływ radzieckiej przeszłości na swoje życie i próbuje go zrozumieć.

 

 

23 sekundy sławy

 

Na dzień ogłoszenia decyzji Komitetu Noblowskiego nie była gotowa ani władza białoruska, ani państwowe media. Prezydent Aliaksandr Łukaszenka pogratulował Swietłanie Aleksijewicz osiem godzin po ogłoszeniu wyników. Możliwe, że mógłby nie pogratulować wcale, gdyby nie jeden drobiazg: wybory prezydenckie, które miały się odbyć na Białorusi za kilka dni. Musiał więc wyglądać godnie w oczach opinii publicznej. Skomentował więc białoruskiego Nobla, podkreślając rolę państwa w tym sukcesie: „Na Białorusi można pracować i tworzyć, pisać, wypowiadać swoje opinie, niezależnie od pozycji, którą się zajmuje”.

 

Prawdziwy stosunek do pisarki pokazał nieco później, kiedy wspominał o twórcach, „którzy nie zdążyli jeszcze jej (nagrody Nobla) otrzymać, a już wyjechali za granicę, skąd wylewali wiadro pomyj na swój kraj”. Aleksijewicz odpowiedziała, że nigdy nie krytykowała narodu, lecz zawsze samego Łukaszenkę.

 

Telewizja państwowa też nie była przygotowana na Nobla. Pierwsza (i ostatnia) wzmianka o Aleksijewicz pojawiła się w wieczornych wiadomościach. Harmonogram był następujący: wiadomość o tym, że Łukaszenka wręczył nagrody państwowe wybitnym Białorusinom – 3 minuty 22 sekundy. Informacja o tym, że Swietłana Aleksijewicz otrzymała nagrodę Nobla – 23 sekundy. W tym czasie prowadząca nie powiedziała ani jednego słowa na temat biografii pisarki, nie wymieniła też  tytułu żadnej z jej książek.

 

W pierwszej konferencji prasowej noblistka wzięła udział w redakcji niezależnej gazety „Nasza Niwa” w Mińsku. Redakcja mieści się w kilku pokojach zwykłego mieszkalnego bloku. Chętni do złożenia gratulacji i zadania pytań nie mogli się tam pomieścić. Oficjalnego przyjęcia czy konferencji prasowej w warunkach odpowiednich dla laureatki nagrody Nobla Aleksijewicz się na Białorusi nie doczekała.

 

Swietłana Aleksijewicz dwukrotnie została laureatką Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki. Tu na zdjęciu, razem z Martinem Pollackiem (po lewej) i Michałem Olszewskim (po prawej), podczas gali wręczenia Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego w maju 2015 roku (fot. Bartosz Wróblewski) 

 

Więcej uwagi poświęcono jej jedynie w niezależnych mediach, takich jak „Nasza Niva”, „Narodnaja Vola” czy „BelSat”. Tam przyznaną jej nagrodę uważano za najważniejsze wydarzenie. Wspominano mało znane fakty z biografii Aleksijewicz, cytowano ją, publikowano archiwalne wywiady i nagrania, a każda nowa wypowiedź pisarki do dziś pojawia się wśród głównych wiadomości.

 

Możliwe, że Białorusini oglądający tylko państwowe media, do dziś nie wiedzą, że Białoruś ma laureata nagrody Nobla.

 

Jeden Nobel dla trzech osób

 

Rozmowy o Noblu zaczęły się na Białorusi jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, gdy w dziedzinie literatury nominowany był pisarz Vasil Bykau. Nagrody jednak nie doczekał – zmarł w 2003 roku po długiej chorobie.

 

Bykau pisał o Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej, ale nie podobało się to najpierw władzom radzieckim, później – obecnym białoruskim. Przedstawicieli rządu nie było na jego pogrzebie. Nie mogli sobie pozwolić na przejście ulicami Mińska pod biało-czerwono-białą flagą – białoruską flagą z czasów Wielkiego Księstwa Litewskiego, która obowiązywała do 1994 roku, a obecnie podlega nieoficjalnemu zakazowi użycia.

 

Stosunek do pisarza pokazuje nawet toponomastyka. Na całej Białorusi tylko jedyna ulica nosi jego imię – w miasteczku Żdanowiczy pod Mińskiem. Nie ma żadnego pomnika. Natomiast ulice i pomniki Lenina to obowiązkowy atrybut prawie każdego miasta i wsi.

 

Białoruska noblistka wspomina Vasila Bykaua jako swojego nauczyciela. Łączy ich wyostrzone poczucie sprawiedliwości.

 

Aleksijewicz wspomina jeszcze jedno nazwisko – Alesia Adamowicza. Autora książek dokumentalnych. W literaturze białoruskiej to właśnie Adamowicz zaczął tworzyć nowy styl łączący literaturę z dziennikarstwem. Pisarz nie był nominowany do Nobla, stał się jednak białoruskim klasykiem. I tak jak Bykau – dobrze znał radziecką cenzurę. Nowej, białoruskiej poznać nie zdążył – zmarł w 1994 roku.

 

Aleksijewicz współpracowała z tymi pisarzami, obaj wpłynęli na jej osobowość i twórczość. – Dla naszej literatury, i ogólnie dla całej przestrzeni postradzieckiej, Adamowicz i Bykau to moim zdaniem najważniejsze postaci. Aliaksandr Michajłowicz (Adamowicz) rzeczywiście był moim mentorem, ponieważ na jego przykładzie zobaczyłam rozwój ludzkiego myślenia. Równego jemu człowieka w naszej białoruskiej kulturze nie ma do dziś. Jeżeli chodzi o Bykaua, to powiem, że Vasil Uladzimirawicz jest nauczycielem całego pokolenia. Jego imię nie tylko na Białorusi, ale i w całej kulturze radzieckiej, związane jest z nowym podejściem do tematu wojny – opowiadała pisarka.

 

 

Po przyznaniu Aleksijewicz Nobla na Białorusi można było usłyszeć, że to „Wspaniała wiadomość, ale pierwszego Nobla u nas miał dostać Bykau…”. Później zaczęto uważać, że Nobel 2015 to wyraz uznania dla talentu nie tylko Aleksijewicz, lecz także jej nauczycieli – Bykaua i Adamowicza.

 

Oficer we Francji, zwykły pisarz w Białorusi

 

Niestety Aleksijewicz przejęła od Bykaua nie tylko podejście do literatury, lecz także model stosunków z białoruskim systemem państwowym. W ciągu ostatnich 20 lat nie publikowała w żadnym białoruskim wydawnictwie państwowym. Oficjalnego zakazu druku jej książek nie było, ale każde wydawnictwo miało swoje powody, żeby tego nie robić – z obaw przed  zamknięciem czy innymi sankcjami. Po 1993 roku jej książki wychodziły tylko za granicą, a parę lat temu jedną książkę wydrukowało prywatne wydawnictwo na Białorusi .

 

Pisarka nie otrzymała na Białorusi żadnej nagrody literackiej. Otrzymała natomiast nagrodę imienia Ryszarda Kapuścińskiego w Polsce, nagrodę czytelnika rosyjskiej „Wielkiej książki”, tytuł oficera Orderu Sztuki i Literatury we Francji oraz nagrodę księgarzy niemieckich. W grudniu odbiera nagrodę Nobla w dziedzinie literatury. Wydaje się jednak, że nie będzie to impuls do uznania pisarki na szczeblu oficjalnym w ojczyźnie.

 

 

Po przyznaniu Nobla książki Aleksijewicz zniknęły z białoruskich księgarń – zostały wykupione w ciągu kilku dni. Obecnie w Mińsku można znaleźć tylko „Czasy second-hand” w tłumaczeniu na język białoruski. Jej książki wrócą jednak do obowiązkowego programu w białoruskich szkołach. „Cynkowych chłopców” i „Czarnobylską modlitwę” uczniowie będą czytać w ostatnim roku nauki. Ale czytać będą na lekcjach… literatury rosyjskiej, w rozdziale „Rosyjskojęzyczna literatura Białorusi”. Nawiasem mówiąc, w latach dziewięćdziesiątych książki Aleksijewicz omawiane były na lekcjach literatury białoruskiej w tłumaczeniu na język białoruski.

 

Po jedenastu latach emigracji pisarka wróciła na Białoruś w 2013 roku. Zimą żyje w stolicy, latem – w domku pod Mińskiem. Jak sama mówi – wyjeżdżać ponownie nie zamierza – Nie wyjadę z Białorusi. Jest to mój kraj, moi ludzie, chcę żyć z nimi, chcę żyć tu.

 

Swietłana Aleksijewicz zrobiła dla Białorusi praktycznie wszystko, co może zrobić pisarz dla kraju. Piłka jest teraz po drugiej stronie. O ile społeczeństwo jest gotowe do odpowiedzi i pokazuje to, kupując książki i dziękując za twórczość, to nie można tego powiedzieć o władzy. Bo białoruska władza nie ma czasu na grę w piłkę.

 

Alesia Ptushka