Normalnie żeśmy żyli

 

Kolejny fragment reportażu z naszej książki „Bratanki? 11 niezwykłych portretów”. Tym razem prezentujemy historię pani Rozalii, która w czasie wojny jako nastolatka musiała uciekać z Krakowa i zawędrowała aż na Węgry, gdzie spędziła resztę życia.

 

W czasie bombardowań wraz z rodziną szukała schronienia w piwnicach krakowskich kamienic lub wyjeżdżała na wieś. W obliczu niepewności jutra wszyscy żyli bieżącą chwilą. – Trudno sobie teraz ludziom wyobrazić, jak my żeśmy się męczyli – mówi Rozalia Leśniak (fot. Bartosz Wróblewski) 

 

Wojenna zawierucha

 

SS-mani to byli przeważnie Ukraińcy (W Waffen SS służyło 25 tys. Ukraińców, którzy tworzyli 14. Dywizję Grenadierów SS). Co oni wyrabiali, to nie sposób opowiedzieć. Getto było zamknięte i zabierali ludzi do obozów. Stamtąd nikt nie wracał. Ani jedna z moich koleżanek nie przetrwała.

 

W czasie bombardowań wraz z rodziną szukała schronienia w piwnicach krakowskich kamienic lub wyjeżdżała na wieś. W obliczu niepewności jutra wszyscy żyli bieżącą chwilą. – Trudno sobie teraz ludziom wyobrazić, jak my żeśmy się męczyli – twierdzi.

 

Pewnego dnia we wrześniu 1943 roku Rozalia usłyszała od rodziców, że musi zostawić wszystko i ruszyć w drogę; że są ludzie, którzy przewiozą ją oraz Helenę przez granicę. Najpierw pojechały pociągiem do Koszyc. Było z nimi jeszcze ośmioro młodych ludzi. 21-letnia Rózia była jedną z najstarszych. Wysiedli z pociągu nocą i zostali zaprowadzeni do lasu, gdzie kazano im czekać. Okradziono ich tam ze wszystkiego, co mieli. Rozalii został tylko jeden dokument, który trzymała w kieszeni. Po kilku godzinach przyjechał bus, którym pojechali do polskiej ambasady w Budapeszcie. Tu kończył się strach, a zaczynało zmartwienie. Nikt z dziesięciorga uciekinierów od momentu wyjazdu nie miał kontaktu z rodzicami. Do dziś nikt nie wie, co się z nimi stało. Po wojnie nie było po nich śladu.

 

Do obozu

 

Uchodźców ugoszczono w polskiej ambasadzie, ale nie mogli tam zostać na dłużej. Odesłano ich do tzw. obozów – czyli rozwieziono do prywatnych domów, w których mieszkający tam Węgrzy opiekowali się Polakami i ich utrzymywali. Trafili do wioski Dusnok, niedaleko miejscowości Baja na południu Węgier. W kościele ksiądz zapewniał mieszkańców, że nie muszą obawiać się Polaków, i zachęcał, by im pomagać. Byli tam pierwszymi uciekinierami z Polski. Później przybywali następni. Rozalia z Heleną zamieszkały u słowackiego małżeństwa w podeszłym wieku. Pokrewieństwo języków pozwalało im się komunikować. Szybko nawiązali nić porozumienia i darzyli się wzajemną sympatią.

 

Uchodźcy z Polski zaczęli przybywać na Węgry już w roku 1939. Początkowo przez przywróconą w marcu tego roku około 180-kilometrową polsko-węgierską granicę. Różne źródła podają, że przekroczyło ją od 50 do nawet 140 tysięcy Polaków. Najbardziej prawdopodobna wydaje się jednak wersja, że było ich od 50 do 80 tysięcy. Uchodźców wojskowych kierowano do obozów internowania, natomiast cywilnych do ośrodków miejskich, dworów i prywatnych gospodarstw. Początkowo Węgrzy organizowali spontaniczne zbiórki pieniędzy, odzieży i innych środków, by pomóc emigrantom. Wkrótce wzięły ich pod swoją opiekę Ministerstwo Spraw Wewnętrznych (cywile) oraz Ministerstwo Obrony Narodowej (mundurowi). Działania węgierskiej administracji mające na celu pomoc Polakom nadzorował József Antall, którego zaangażowanie i duże zasługi sprawiły, że zyskał przydomek Ojca Polaków. Uchodźców kierowano najpierw do Budapesztu, ale ze względu na szybko rosnącą liczbę przybywających już w 1939 roku utworzono 47 obozów poza stolicą, głównie na obrzeżach Balatonu w południowo-zachodniej części kraju. W kolejnych latach obozów było coraz mniej. W roku 1940 zostały 42, a w 1942 było ich już tylko 20. Ponowny wzrost liczby obozów odnotowano w roku 1943, w którym było ich 37. Jeden z nich utworzono w Dusnoku, gdzie wraz z innymi uchodźcami przybyły Rozalia z Heleną.

 

Rozalia żałowała, że siostra wyszła za mąż, ponieważ w czasie wojny liczyła na powrót do Polski. Większość osób, z którymi uciekły z kraju, wyjechała do Kalifornii lub Meksyku. Nikt nie chciał wracać do miejsca, w którym wszystko stracił (fot. Bartosz Wróblewski) 

 

 

Dziesięcioro młodych Polaków, którzy wspólnie opuścili kraj, mieszkało w Dusnoku niespełna rok. Podczas pobytu w obozie nie mogli się uczyć ani pracować. Emigracja upływała zatem pod znakiem permanentnej nudy, którą urozmaicały spotkania z innymi młodymi uchodźcami. Istniały jednak obozy, w których panowały bardziej liberalne zasady. W Zamárdi nad Balatonem już w listopadzie 1939 roku rozpoczęto nauczanie na poziomie podstawowym i średnim. Rok później placówkę tę przeniesiono do Balatonboglár i było to jedyne polskie gimnazjum w Europie istniejące w okresie drugiej wojny światowej (polskie szkoły podstawowe istniały w wielu miejscowościach). Jego absolwenci nazywają się boglarczykami, mają swoje stowarzyszenia i do dziś organizują spotkania, wystawy i pielęgnują przyjaźń polsko-węgierską. W czasie wojny na węgierskich wyższych uczelniach studiowało także kilkuset Polaków. Po 19 marca 1944 roku, gdy wojska niemieckie zajęły Węgry, sytuacja uchodźców uległa zmianie. Siostry musiały przenieść się do Szentendre – niewielkiej miejscowości na północ od Budapesztu. Wciąż mieszkały w prywatnych domach, ale mogły już pracować. Ponieważ znały języki angielski i niemiecki, otrzymały posady w biurze Piatnika – firmy produkującej karty do gry.

 

Układanie życia

 

W 1944 roku Helena poznała przyszłego męża, Gábora. W tym samym roku zostali małżeństwem. Rozalia żałowała, że siostra wyszła za mąż, ponieważ w czasie wojny liczyła na powrót do Polski. Większość osób, z którymi uciekły z kraju, wyjechała do Kalifornii lub Meksyku. Nikt nie chciał wracać do miejsca, w którym wszystko stracił.

 

W roku 1945 Rozalia wyszła za mąż za kolegę Gábora – Lajosa (polski odpowiednik tego imienia to Ludwik). Wybranek Rozalii mieszkał razem z Gáborem. Poznała go, gdy odwiedzała siostrę. – Mieszało się języki i jakoś udawało się nam porozumieć. Człowiek się przyzwyczai do wszystkiego, a jak się kogoś lubi, to żadna bariera nie jest straszna. Spotykaliśmy się rok, a potem on mi się oświadczył. Myślałam sobie, że mam jeszcze czas i znajdę kogoś innego, ale gdy przyszli tu Rosjanie, to mówili, że bez obywatelstwa będę musiała wracać do Polski. Wyszłam więc za mąż za Lajosa, przyjęłam jego nazwisko i węgierskie obywatelstwo. Nie można było brać ślubu w kościele, więc wzięli cywilny. Było skromnie – bez wesela i ślubnej sukni. Rózia miała na sobie białą bluzkę i czarny kostium. Dostała obrączkę, a później odbył się rodzinny obiad.

 

Na początku mieszkali z rodzicami Lajosa, ale jeszcze w trakcie wojny przeprowadzili się do XII dzielnicy Budapesztu. Siostra mieszkała z mężem niedaleko, więc pozostawały w bliskich kontaktach. Musiały też nauczyć zażyłości swoich mężów, ponieważ… – Węgrzy nie są tacy jak Polacy. Rodziny nie trzymają się z sobą tak blisko i tak bardzo o siebie nie dbają. Nauczyłyśmy ich polskich zasad i naszej pielęgnacji więzów rodzinnych. Nie mieli nic przeciwko, bo wiedzieli, że chcemy dobrze – twierdzi Rozalia, a po chwili dodaje: – Normalnie żeśmy żyli. I tak przeszło wszystko.

 

 

Bartosz Wróblewski

 

 

Cały reportaż oraz inne teksty w książce:

„Bratanki? 11 niezwykłych portretów”

Autorzy: Agnieszka Czapla,  Alicja Karasińska,  Anna Kiedrzynek, Oliwia Siwińska,  Bartosz Wróblewski,
pod red. Stanisława Zawiślińskiego
Wydawnictwo: Fundacja Centrum Badań i Edukacji im. Ryszarda Kapuścińskiego

 


 

 

„Bratanki? 11 niezwykłych portretów” to efekt  współpracy warszawskiego  Centrum Badań i Edukacji im. Ryszarda Kapuścińskiego oraz Instytutu Polskiego w Budapeszcie. Stanowi zbiór reportaży i sylwetek, przygotowywanych przez studentów Uniwersytetu Warszawskiego przez dwa lata.  Autorom książki, z nieocenionym wsparciem dziennikarza i dokumentalisty Stanisława Zawiślińskiego i Małgorzaty Takacs z Instytutu Polskiego, udało się znaleźć  11 wyjątkowych osób, które zgodziły się opowiedzieć o sobie i swoim życiu w dwóch światach – polskim i węgierskim. Wśród nich znaleźli się m.in. Krzysztof Varga, Tadeusz Olszański, Gabor Zsille, Erzsébet Szenyán.

 

 

„Bratanki?…” to opowieści 11 różnych ludzi: tłumaczy, pisarzy, wykładowców akademickich, uchodźców, studentów…  To historie ich życia: radosne i smutne perypetie, momenty w którym skrzyżowały się losy dwóch narodów. Każdego z bohaterów w inny sposób urzekła Polska lub zaczarowały Węgry. I każdy przyznaje, że dziś już ciężko wybrać, który kraj jest im bliższy. Ta książka coś więcej niż hasło: „Polak, Węgier – dwa bratanki”… To nawiązywana przez młodych dziennikarzy nić porozumienia między dwoma nacjami, tak bliskimi, a tak nieznanymi sobie jednocześnie.