Centrum Kapuścińskiego

Bardzo łatwo i trudno zarazem było być jego przyjacielem: w obecności Ryszarda każdy czuł się ważny, doceniony, wyróżniony. A jednocześnie czuło się rodzaj zobowiązania – Marek Kusiba, dziennikarz, poeta i tłumacz, opowiada o przyjaźni z Ryszardem Kapuścińskim i pracy nad książką o nim.

 

Fot. Diana Kuprel

O mojej twórczości możesz pisać wszystko, o moim życiu dopiero po mojej śmierci – powiedział Panu Ryszard Kapuściński. Dlatego książkę „Kapuściński z daleka i z bliska” napisał Pan i wydał dopiero teraz?

 
Książka ukazała się 11 lat po śmierci Kapuścińskiego, a pisałem o nim sporo zarówno za jego życia, jak i po śmierci: po polsku i angielsku, w Stanach, Kanadzie i Polsce. Zresztą to zdanie nie jest żadnym kluczem do rozwiązania „zagadki” napisania przeze mnie tej książki. Pisanie samo w sobie jest tajemniczym procesem. A jeśli ktoś siada do komputera z zamiarem napisania „książki z tezą” o znanym pisarzu, to przegrał z kretesem na samym wstępie. Po śmierci Ryszarda ukazało się kilka książek, liczących na zainteresowanie zmarłym niedawno pisarzem. A moja książka, jeśli w ogóle miała jakieś zadanie, to jedynie potwierdzić zainteresowanie jego z gruntu uniwersalną twórczością. Dlatego nie spieszyłem się: pisałem ją dla siebie, powoli, bez umowy z wydawnictwem. Dopiero kiedy skończyłem ów długodystansowy proces, złożyłem ją w Znaku i spokojnie czekałem na odpowiedź. Gdyby Znak książkę odrzucił, wysłałbym ją gdzie indziej. Jednak Znak nie odrzucił, a zaproponował skrócenie książki o połowę. I słusznie, bo w oryginale miała blisko 700 stron – nikt przy zdrowych zmysłach by tego nie przeczytał! Poza tym miałem szczęście, że redaktor Jerzy Illg zlecił redakcję książki Agnieszce Kosińskiej – wieloletniej współpracowniczce Czesława Miłosza i znakomitej pisarce zarazem. Minął kolejny rok, zanim skróciliśmy książkę i prawie następny, zanim trafiła do księgarń.

 

 

Z Pana książki wyłania się obraz Ryszarda Kapuścińskiego jako osoby bardzo łagodnej, dobrodusznej. Jak to się stało, że taki człowiek znaczną część życia spędził na wojnie i radził sobie w tak trudnych warunkach?

 
Właśnie dlatego, że był dobrym, łagodnym i dobrodusznym człowiekiem, przeżył te wszystkie zagrożenia. Niech sobie Pani wyobrazi chama i brutala, któremu z oczu źle patrzy. Zatrzymuje go patrol powiedzmy w Angoli: dostałby kulkę zanim zdążyłby otworzyć buzię! A Ryszard patrzył łagodnym wzrokiem, uśmiechał się do tych zbirów, często pijanych, i ich „rozbrajał”.Łagodził napięcie, w końcu częstował papierosami, dogadywał się. To był człowiek kompromisu, a tylko tacy mieli szanse przetrwania. Innymi słowy reporter promieniejący dobrocią, łagodnością ma większe szanse przeżycia. I zdobycia materiału. Poza tym Ryszard z ducha i praktyki pisarskiej był poetą, także poetą reportażu. Korespondentem wojennym został trochę z przypadku. A poeci też brali udział w wojnach i pisali potem o tym najlepsze książki czy poematy.

 

 

Z Pana książki wynika też, że Kapuściński nie lubił pisać… Dlaczego więc poświęcił temu życie?

 
Nie pisałem, że Ryszard nie lubił pisać. Streściłem jedynie jego rozmowę na spotkaniu w Nowym Jorku, gdzie pół żartem, pół serio wyznał, że nie lubi i nie chce pisać długich książek. Że pisanie przychodzi mu z trudem, że to katorga, że po 60-80 stronach kończy mu się wena, że po wyjściu z pracowni może wykręcać koszulę, itd. Fakt, harował jak wół, pracował bardzo intensywnie, rzeźbił w słowie z wielkim wysiłkiem, ale kochał to, był rzemieślnikiem słowa w najlepszym tego słowa znaczeniu. Pisanie długie, kwieciste i puste na każdy temat kochają tylko grafomani. Im słowa leją się ciurkiem na ekran ale i szybko wyparowują z pamięci czytelnika. Natomiast Ryszard był wybitnym pisarzem i pracował nad każdym zdaniem, akapitem z wielkim mozołem. To oznaczało szacunek dla języka, dla czytelnika.

 

Poniżej prezentujemy sondę na temat Ryszarda Kapuścińskiego zrealizowaną przy okazji II Festiwalu Natura-Kultura-Media

 

Czy jako przyjaciel Ryszarda Kapuścińskiego był Pan obiektywny, opowiadając o nim?

 
Byłbym złym przyjacielem opowiadając stronniczo, naginając fakty. Poza tym w tej książce nasza znajomość, przyjaźń są na drugim planie: na pierwszym są rozmowy o zawodzie, o pisaniu, a te są czysto warsztatowe. Nie mnie zresztą oceniać, ale dostaję sygnały od czytelników, że udało mi się w tej książce zachować balans.

 

 

Ryszard Kapuściński zwłaszcza na Zachodzie był i jest bardzo szanowany, uznawany za „guru” dziennikarzy, nazywany „tłumaczem kultur”. Jak radził sobie z popularnością?

 
To było na pewno miłe, ale jako skromny człowiek czuł się skrępowany. Podczas wizyty Ryszarda w Toronto miejscowi dziennikarze dosłownie bili przed nim pokłony, chwalili się jego książkami w redakcjach. Nie były to czcze wyrazy szacunku: po prostu znali i nad wyraz cenili tę twórczość. W Polsce nie było – i nadal nie jest – tak różowo. Najcelniej ten typ polskiej bezinteresownej zawiści wobec wielkiego rodaka cenionego w świecie ujął Franciszek Piątkowski: – To nie Polacy uznali Ryszarda Kapuścińskiego najwybitniejszym dziennikarzem XX w. To na wniosek Salmana Rushdiego stało się tak na zlocie gwiazd Pen Clubu w Nowym Jorku. To nie Polacy uznali Ryszarda Kapuścińskiego za jednego z najwybitniejszych myślicieli XX w., to się stało także w Nowym Jorku na zlocie gwiazd Pen Clubu – napisał. Nad Wisłą nigdy nie nadawano jemu, ani jego pisarstwu, należytej rangi: nie dostał Nike ani żadnej większej nagrody literackiej, nie mówiąc już o Orderze Orła Białego. – Nie ma w Warszawie ulicy Ryszarda Kapuścińskiego (w Pińsku jest). Nie ma pamiątkowej marmurowej tablicy na domu, w którym mieszkał (w Pińsku jest) – zwróciła uwagę Elżbieta Sawicka.

 

 

Trudno było być przyjacielem Ryszarda Kapuścińskiego?

 
Bardzo łatwo i trudno zarazem było być jego przyjacielem: w obecności Ryszarda każdy czuł się ważny, doceniony, wyróżniony. A jednocześnie bycie blisko tego jednego z najwybitniejszych ludzi, jakich wydała kultura polska, zobowiązywało. Ryszard był wyjątkowo lojalny w przyjaźniach, był niejako żyjącą realizacją zdania-syntezy i dewizy życiowej Cypriana Norwida z wiersza „Czy podam się o amnestię”: „Bo jam nie zdradził – nawet nieprzyjaciół”…

 

 

Czy w Waszej przyjaźni było miejsce na rozmowy o zwykłych rzeczach, codziennych problemach?

 
Oczywiście. O sobie wprawdzie opowiadał niechętnie, ale za to zawsze wypytywał o moją rodzinę i znajomych w Toronto. Interesowało go dosłownie wszystko: pytał, pytał, pytał… O sprawy często banalne, to nie były tylko i wyłącznie dywagacje o literaturze: żartowaliśmy z kolegów, bywał zgryźliwy, nie znosił grafomanów, pisarzy niedouczonych, leniwych, zarozumiałych i nadętych. Litościwie w książce pomijam te nazwiska.

 

 

Fot. Marek Kusiba

 

Czy były między Wami konflikty?

 
Było kilka zatargów, nieporozumień na tle zawodowym, o czym piszę, ale konfliktów jako takich po prostu nie było. To nie był człowiek konfliktu, a kompromisu.

 

 

Pod koniec życia Ryszard Kapuściński udzielał coraz więcej wywiadów, odbierał coraz więcej nagród, ale coraz mniej pisał. Nie chciał tego przerwać i skupić się na pracy?

 
Nie mógł – to cena, jaką się płaci za sławę. Bolał nad tym, ale nie miał wyjścia, musiał reprezentować samego siebie, własne pisarstwo. – Ja ostatnio nic nie piszę, tylko reprezentuję siebie – narzekał.

 

 

Co Kapuściński powiedziałby, gdyby obserwował dzisiejsze podziały w Polsce i taką niechęć wobec inności?

 
Ryszard od pierwszych tekstów, że wspomnę reportaż „To też jest prawda o Nowej Hucie” z 1955 r., kontestował polską rzeczywistość nacechowaną próbami niszczenia myślących inaczej, rodzimych Innych. – U nas człowiek musi być jednoznaczny. Albo biały, albo czarny. Albo tu, albo tam. Albo z nami, albo z nimi. Wyraźnie, otwarcie, bez wahań! Nasze widzenie jest manichejskie, frontowe. Denerwujemy się, jeżeli ktoś zakłóca ten kontrastowy obraz. Wynika to z braku tradycji liberalnej, demokratycznej, bogatej w odcienie. W zamian mamy tradycję walki, sytuacji skrajnych, gestu ostatecznego – pisał o tym „fenomenie”. A prawie dwie dekady temu w ten sposób upominał Polaków przed pokusą kulturowej izolacji i zamykania się na Innych (w tym i granic Polski): – Czy tego chcemy, czy nie, musimy się pogodzić z faktem, że żyjemy w świecie wielokulturowym, który będzie się stawał jeszcze bardziej różnorodny. Dzisiaj nie da się już pozostawać w kulturowej izolacji. Naszym zadaniem jest więc znalezienie sobie w tym świecie miejsca, a pierwszą zasadą owego poszukiwania jest zasada tolerancji, uznania, że – jak mówił Bronisław Malinowski – nie ma kultur wyższych i niższych. Zasadzie tolerancji musi towarzyszyć poznawcza ciekawość – musimy zdobyć elementarną wiedzę o kulturze islamu – i życzliwość. Taka postawa nie jest jedynie odruchem dobrego serca, ale od niej zależy sam byt naszej cywilizacji, w tym i naszego kraju.

 

Fot. Diana Kuprel

 

Czy odnalazłby się w dzisiejszym świecie, w którym wszystko coraz bardziej przyspiesza, również media?

 
Na pewno, z łatwością by się odnalazł, bo on to przewidział i o takim obrocie spraw uprzedzał w wywiadach i książkach. Już dwie dekady temu pisał i mówił o zaniku dziennikarstwa jako powołania, pasji i formie (oraz sztuce) życia, o zalewie mediów przez tzw. „media workers”, którym wszystko jedno, czy pracują w periodyku, czy butiku, byleby dobrze płacili… Dla niego to było niepojęte, że można pisać o ludziach, nie darząc ich miłością.

 

 

Powstało wiele książek o Ryszardzie Kapuścińskim. Czy jest jeszcze coś, czego o nim nie wiemy? Jeśli tak, to co?

 
Jak na pisarza światowego formatu, o tak ogromnym wkładzie w literaturę i wiedzę o Trzecim Świecie, tych książek, prawdziwie wartościowych, jest naprawdę garstka. My naprawdę niewiele wiemy o Ryszardzie Kapuścińskim. Zrozumiałem to po napisaniu własnej książki o nim.

 

Fot. Diana Kuprel

 

 

Rozmawiała Lena Gontarek

 

Zobacz też:
Chłopiec z Placu Broni

Chłopiec z Placu Broni

Prezentujemy pierwszy fragment naszej książki "Bratanki. 11 niezwykłych portretów"
Paweł Cywiński: Biedak ubrany w ideały

Paweł Cywiński: Biedak ubrany w ideały

„Duży Format zmonopolizował reportaż” – rozmowa z Pawłem Cywińskim
Nobel ma w sobie coś z kobiety

Nobel ma w sobie coś z kobiety

O Swietłanie Aleksijewicz, Nagrodzie Nobla i Białorusi pisze Alesia Ptushka...

Name required

Website