O pożarze po pożarze

Pożar Biebrzańskiego Parku Narodowego trwał tydzień. Pochłonął obszar około 6 tys. hektarów. Ogień strawił także wiele zwierząt, niektóre gatunki były niezwykle rzadkie. W rozmowie ze strażakiem, który uczestniczył w gaszeniu pożarów dowiadujemy się jak wyglądała akcja gaszenia od kuchni.

 

Co mogło być przyczyną pożaru?

Na sto procent podpalenia.
Jak pracuję 22 lata w straży, to co roku mamy kilka, kilkanaście pożarów, ale małych. Od okolicznej ludności i pracownika parku dowiedziałem się o dwóch typach podpalaczy. Jedni szukają poroży, inni – to prawdopodobnie rybacy, którzy wypalają trzciny, aby mieć lepszy dostęp do brzegu, z którego mogą łowić ryby. Nikogo nie złapano, nikomu nie postawiono zarzutów, bo to rozległy teren, a podpalacze działają o różnej porze dnia i nocy. Pożary zdarzają się zazwyczaj w okresie wiosennym, kiedy topnieje śnieg, a jeszcze nie ma zielonej trawy. Ten okres w innych latach jest krótszy, bo schodzi śnieg, zaraz jest ciepło, mijają 3-4 tygodnie i już jest zielono. W tym roku okres, kiedy trawy są suche, jest bardzo długi, nie mogą przerosnąć. Dodatkowo jest niski poziom wód gruntowych. I tworzy się taki nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Do tego dochodzi bezmyślność ludzka.

 

Wydaje się być nie do pomyślenia, aby pożar mógł wybuchnąć na bagnach. Jak to się stało, że ogniem zajął się akurat taki teren?

Te tereny, po których chodziliśmy i gasiliśmy, normalnie co roku były zalane i nie było możliwości, żeby tam na taką  skalę rozprzestrzenił się pożar. Ale w tym roku z racji tego, że był deficyt wody i nie było zimy, ten obszar był odsłonięty. Traw w określonych rejonach w ogóle się nie kosi, żeby ptaki miały miejsca lęgowe, miały gdzie złożyć swoje jaja, zbudować gniazda. Jest ogromny obszar suchej trawy i wystarczy niewielki pożar. Nawet jak w dzień się go opanuje i się przygasi to w lesie pod powierzchnią, ten pożar cały czas się tli i w najmniej określonym momencie i miejscu może wyjść spod ziemi i się rozpalić. Ostatnio jak byłem w pracy, pożar niby był już ugaszony, ale się tlił pod powierzchnią. Później w dzień zaczęło świecić słońce, wzmógł się wiatr i to rozdmuchał. Znowu zaczęły się palić trzciny w kierunku wiatru, który miał poprzednio inny kierunek, więc pożar rozprzestrzeniał się praktycznie w każdą stronę. Niedaleko tych traw są małe laski, przeważnie brzozowe. Zaczęły się palić, pożar zszedł pod powierzchnię gleby (gdzie są torfy), korzenie drzew zaczęły się palić.

 

Na czym polegały trudności w gaszeniu tych terenów?

Teren jest niedostępny, poprzecinany ciekami wodnymi. Żaden ciężki sprzęt nie może tam wjechać. Miejscami strażacy przeprawiali się promami lub byli przewożeni specjalistycznymi sprzętami, takimi jak ratraki do koszenia trawy na bagnach. Mimo, że w tym roku stany wody na bagnach są niskie, na dole nadal są mokradła. Weszliśmy ostatnio w trzcinę, która się paliła. Wystawała 2 metry ponad lustro wody, także nawet nie można było tam wejść, żeby to zgasić. Poza tym, jak pali się trzcina, to płomienie sięgają nawet 3-4 metrów. Zbliżyć się jest ciężko, nie mówiąc o gaszeniu. Było to niezwykle trudne do ugaszenia, bo żaden samochód z wodą tam nie wjedzie, ewentualnie beczkowozy z ciągnikami, ale po paru przejazdach droga jest już rozwalona i wszystko się zakopuje w bagnie, więc zostają tylko podręczne sprzęty takie jak szpadel, tłumica, ale to niewiele daje. Nawet zrzuty z samolotów były mało skuteczne, bo jeśli płomienie mają nawet 3-4 metry wysokości, to woda, która dolatuje z samolotu, już zamienia się w parę.
W szczytowej fazie rozwoju pożaru, czoło pożaru miało ok. 15 kilometrów. To był ogrom, jeden z większych pożarów w Polsce.

 

A co z zagrożeniami dla samych strażaków?

Byliśmy narażeni, bo gdybyśmy gdzieś za daleko się wypuścili i utknęli w bagnie, pożar rozprzestrzenia się nawet 10-20 km/h przy silnym wietrze, więc można by było nie uciec w tym terenie. Drzewa, które tliły się już od prawie tygodnia, w końcu jak miały już spalone korzenie, zaczynały się przewracać i to stwarzało zagrożenie dla ratowników, strażaków i pracowników parku. Takie drzewo może nawet zabić, czy uszkodzić, więc trzeba było mieć się na baczności.

 

Co stało się ze zwierzętami?

W czasie gaszenia widzieliśmy jak łosica biegała z młodym, bo spalił się jej rewir. Widzieliśmy też dzika, który wyleciał z palących się trzcin. Jest to katastrofa dla zwierząt. Ich siedliska, ścieżki wszystko się pali. Żeremia bobrów, ptaki, które nawet w czasie pożaru nie opuszczają swoich gniazd z jajkami. Płonie całe gniazdo, można powiedzieć, że cała ptasia rodzina.
Akurat w tej części parku jest siedlisko ptaka, który jest w znaku Biebrzańskiego Parku Narodowego – bataliona. To bardzo rzadki ptak, jego gatunek jest zagrożony, endemiczny. Występuje tylko na kole podbiegunowym, na Syberii, a jeżeli chodzi o Europę, to właśnie na biebrzańskich bagnach. Orzeł przedni też miał w tych terenach swoje gniazda.  Są to niepowetowane straty. Sucha trawa odrośnie jak tylko spadnie deszcz, ale to jest nie do odrobienia i nie do wykupienia za żadne pieniądze.

 

Jak wspomagano strażaków w walce z pożarem?

Były prowadzone zbiórki pieniędzy, prowiantu było aż nadto, więc nadmiary zostały przekazane do domów pomocy. Odzew ze społeczeństwa był bardzo pozytywny. Ludzie zgłaszali swoją pomoc w dowiezieniu sprzętu po bezdrożach, kobiety z okolicznych wsi przygotowywały posiłki, okoliczni rolnicy podwozili strażaków na swoim sprzęcie w miejscach, gdzie od drogi głównej trzeba było iść 7-8 km pieszo do miejsca gdzie się gasi.

 

Takie pożary spowodowane wypalaniem mają miejsce nie tylko w okolicach Biebrzy. Co można zrobić żeby takowym zapobiec w swojej okolicy? Uświadamiać?

Ludzie są świadomi, rolnicy także. Tak jak jest problem z kłusownikami, tak samo jest problem z wypalaczami. Do nich niestety żadne apele nie docierają.

 

Obrazek wyróżniający: Rafał Wojczal, Greenpeace Polska /Flickr

Wpisy

Studentka pierwszego roku Dziennikarstwa i Medioznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Kocha teatr nie tylko z perspektywy widza. Lubi tworzyć w materii tekstowej, muzycznej i plastycznej. Gdyby miała powiedzieć co ceni w życiu najbardziej, powiedziałaby, że ludzi.

Twój adres email nie zostanie opublikowany.