O tym, że Anglicy wcale nie piją herbaty i inne emigracyjne stereotypy


Podobno ponad milion Polaków przebywa obecnie w Zjednoczonym Królestwie. Tylko podobno, bo komu by się tam ich chciało zliczać. Niemniej, jest nas sporo – nas, bo od kilku miesięcy i ja się do tego niby-miliona zaliczam. W Polsce krąży kilka mniejszych i większych kłamstewek o włościach Elżbiety II, z którymi, z pozycji członka brytyjskiej Polonii, postanowiłam się zmierzyć.


Emigracyjny stereotyp numer 1 – w Londynie ciągle pada. Wcale nie! Anglia powitała mnie słoneczną pogodą, która utrzymywała się jeszcze przez cały miesiąc zanim ustabilizowała się na równym poziomie kilku stopni na plusie, mając do towarzystwa porywisty wiatr i niebo bez śladu słońca. Co ciekawe, lać jak z cebra zaczynało akurat wtedy, gdy odwiedzał mnie ktoś z Polski. Przypadek? Nie sądzę…


Kolejny stereotyp dotyczy poziomu i stopnia wyrafinowania angielskiej kuchni. Tu też muszę rozczarować – fasolki i puddingu nie dodają tu do wszystkiego, fish and chips jadają wyłącznie turyści, a tradycyjne brytyjskie śniadanie złożone z bekonu, kiełbasek, smażonych pomidorów i pieczarek, w czasach wielkiej popularności diety wegańskiej i bezglutenowej, trochę się już przejadło (dosłownie!). Jak na jedno z najbardziej międzynarodowych miast Europy przystało, w Londynie zjesz wszystko co chcesz, o jakiej porze chcesz. Wszystko jest tylko kwestią ceny, zazwyczaj porażająco wysokiej (to akurat sama prawda).


Sprawa z mieszkańcami stolicy Zjednoczonego Królestwa ma się tak, że mało kto jest tutaj „prawdziwym” Londyńczykiem. Dla mnie, z pochodzenia Krakuski, idea pochodzenia „z dziada pradziada” była dość bliska. Tu jednak od rodzinnych koligacji ważniejsze jest spełnianie celów i marzeń – czy jest to praca w City, nadal jeszcze uchodzącym za finansową stolicę Europy, czy studia na brytyjskich uczelniach, które mogą się pochwalić wielką różnorodnością etniczną. Taki w ogóle jest cały Londyn – wielki chaos i tygiel narodów, gdzie na ulicach rozbrzmiewają dziesiątki różnych języków, miliony przechodniów mijają się w zawrotnym tempie, solidarnie przechodząc razem na czerwonym świetle (nie próbujcie czekać na zielone, bo was stratują), a ogólnie panująca zasada to: rób co chcesz i bądź uprzejmy dla innych. Wyjdziecie na ulicę w piżamie i domowych kapciach albo w japonkach i szortach w środku zimy? Nikt się nawet dziwnie nie spojrzy. Zamawiasz kawę w kawiarni? Zapytaj sprzedawcę jak się ma, podziękuj około trzech razy i życz mu dobrego dnia, wtedy masz szansę, żeby zostać uznanym za prawdziwego Londyńczyka.


Kawa i herbata to kolejne ciekawe emigracyjne kłamstwo – angielskie „five o’clock” wydaje się odchodzić do lamusa, bo kawowych sieciówek w przeciągu ostatnich kilku lat powstało tyle, że kawa w papierowym kubku, popijana podczas ulicznego slalomu, w metrze czy na ławce w parku, pokonała porcelanową filiżankę Earl Greya. Ale zamawiając herbatę w Wielkiej Brytanii spodziewajcie się towarzyszącego jej dzbanuszka z mlekiem – w końcu to kraj, dla którego zwyczaje i przywiązanie do tradycji to wartości nadrzędne. Stereotyp angielskich podwieczorków świetnie podtrzymują jednak co elegantsze kawiarnie, oferując wspaniale prezentujące się na Instagramie zestawy herbaciane z małymi kanapeczkami z łososiem lub scones, czyli ciasteczko-drożdżówki, które jada się z serkiem śmietankowym i dżemem. Te wszystkie pyszności za drobną sumę około 20 funtów. Oczywiście, Londyn to nie Anglia, a Anglia to nie Wielka Brytania. Niemniej, choć jestem dopiero na początku mojej przygody z odkrywaniem brytyjskiej kultury, już teraz mogę się zgodzić ze słowami polskiej malarki Meli Muter „(…) wszystkie przeróżne surowce, jakie przywozimy tu ze sobą, ulegają wzmocnieniu i przetapiają się w jednolity stop, rodzaj solidnego i jednorodnego metalu”. Co prawda, artystka opisała w ten sposób nie Londyn, a Paryż, w którym spędziła większość swojego życia, niemniej trafnie ujęła to, czym dla mnie jest emigracja – przybywaniem z nadzieją, pomysłami i marzeniami, zderzaniem się z inną rzeczywistością niż ta, którą znaliśmy do tej pory, przewartościowywaniem na nowo swoich celów i podejmowaniem kolejnych prób.