Pączek bez marmolady

Błyszczący, pełen życia ,,Bal” jest jak polukrowane ciasteczko, które przyjemnie zjeść po postnym 2020 roku. Mimo wielu gagów i świetnej muzyki, chciałoby się aby w środku było coś jeszcze, ale twórcom zabrakło marmolady.

Film przedstawia historię czterech broadwayowskich gwiazd, na czele ze znaną Dee Dee Allen (dwie nagrody Tony!), które opłakują kryzys w swoich karierach. Krytycy wystawiają negatywne recenzje, a świat zarzuca im, że troszczą się tylko o siebie (co absolutnie nie jest prawdą). Ratunkiem może być głośna sprawa lesbijki z Iowy, która nie może zaprosić swojej dziewczyny na bal maturalny. Czy nie jest to idealna okazja by pokazać swoje społeczne zaangażowanie? Gwiazdy jadą do konserwatywnego miasteczka Edgewater w Indianie, aby pomóc sobie… tzn. dziewczynie, oczywiście.

Muzyka

Ryanowi Murphy’emu, odpowiedzialnemu między innymi za serial Glee, na ekran udało się przenieść radość broadwayowskiego musicalu z 2018 roku (nominowanego do Tony). Powiodło się, nawet mimo trudności w realizacji  i przerwania zdjęć w marcu przez pandemię koronawirusa (“Bal jest odwołany” okazał się popularnym nagłówkiem w marcu). To co najważniejsze dla gatunku, czyli choreografia i muzyka, wypadło świetnie. Piosenki wpadają w ucho, są taneczne, a niektóre mają nawet ciekawe przesłanie. Usłyszymy 16 piosenek z oryginalnego musicalu (muzyka Matthew Sklara i słowa Chada Beguelina), a także oryginalny utwór „Wear Your Crown” z rapującą Meryl Streep. Bez wątpienia największymi hitami są piosenki “Tonight Belongs to You” oraz “It’s Time to Dance” wykonane przez obsadę filmu oraz “The Lady’s Improving” Meryl Streep i “Zazz” wykonane przez Nicole Kidman i Jo Ellen Pellman.

Fabuła

Gorzej poszło, jeśli chodzi o samą fabułę. Historia ma ogromny potencjał komediowy, którą w pełni wykorzystuje jedynie postać Dee Dee Allen, grana przez Meryl Streep. “Gorzej tu niż w autobusie” – mówi, wchodząc do zarezerwowanego hotelu w Iowie. Gwiazdy generalnie dobrze się spisują (Nicole Kidman w roli szeregowej chórzystki Angie Dickinson, James Corden jako przyjacielski, niespełniony życiowo Barry Glickman oraz Andrew Rannells jako gospelowy śpiewak Trent). Zestawienie kolorowych nowojorskich postaci z konserwatywną Iową aż prosi się o gagi, tym bardziej żałuje się niewykorzystanych szans. Bo choć gwiazdy błyszczą, to fabuła ma swoje mielizny, co szczególnie widać w historii Emmy (Jo Ellen Pellman), która choć ma być twarzą konfliktu z miasteczkiem, jest całkiem bez wyrazu. Twórcom można też zarzucić pewne stereotypy w portretowaniu osób LGBT – mamy radosnego geja, lesbijkę, która nie nosi sukienek. A na koniec jeszcze zafundowano nam słodziutki happy-end, od którego może zawrócić się w głowie.

Kochaj bliźniego

Jeśli mówimy o szczęśliwym zakończeniu, jest w “Balu” jeden szczególny moment. ,,Nie możesz czytać Biblii, wybierając część, w którą chcesz wierzyć” – mówi śpiewak Trent do młodzieży w centrum handlowym i rozpoczyna piosenkę “Love Thy Neighbour”. W jej refrenie możemy usłyszeć – ,,Jest jedna zasada, która je wszystkie przewyższa – kochaj swojego bliźniego”. Trudno pozbyć się wrażenia, że wiele osób w naszym kraju, mogłoby wziąć sobie te słowa do serca.

Choć oryginalny musical ,,The Prom” otrzymał tytuł „New York Times Critics Pick”, w przypadku filmowej adaptacji oceny krytyków są mniej entuzjastyczne. Sami widzowie zdają się być jednak dla “Balu” bardziej wyrozumiali. Mimo, że zabrakło marmolady, i tak dobrze takie polukrowane ciasteczko zjeść. 

,,Bal”, reż. Ryan Murphy, 2020, Netflix

(ilustracja mat. dystrybucja)

Twój adres email nie zostanie opublikowany.