Panie Tomaszu, proszę przestać przebierać się za mikołaja, wszyscy już wiedzą, że to Pan!

W cyklu pseudorecezji przyglądaliśmy się już pseudo horrorowi oraz pseudo filmowi erotycznemu. Naturalną drogą wreszcie musiała przyjść kolej także na pseudo komedię romantyczną. Czy „Listy do M. 4” zasługują na ten zaszczytny tytuł? Z bólem serca muszę przyznać, że tak.

No i się doczekaliśmy. A właściwie nie my, tylko tajemnicza M., która kolejny raz otrzymała świąteczne listy. Co prawda w tym roku dotarły one z lekkim opóźnieniem, ale wszyscy wiemy, jak to z tą naszą pocztą bywa. Tym razem przyszło nam więc zmierzyć się z kolejną częścią „Listów do M.” w okresie przedwalentynkowym, a nie świątecznym (choć film wciąż jest utrzymany w wybitnie bożonarodzeniowym klimacie), ale jako że oba te wydarzenia mają całkiem sporo wspólnego z miłością i wybaczaniem, to jak najbardziej można rozgrzeszyć twórców z tego niespełna dwumiesięcznego poślizgu.  Tym bardziej że, jak głosi popularne przysłowie, lepiej późno niż wcale. Choć może jednak w tym przypadku lepiej by dla wszystkich wyszło, gdyby jednak wygrała opcja „wcale”?

Ile tak naprawdę zmienia przemianowanie czwartej części „Listów do M.” z „klasycznego filmu, który publikuje się przed świętami, aby zarobić na naiwnych rodzinach spragnionych świątecznego klimatu” na „klasyczny film, który publikuje się przed walentynkami, aby zarobić na naiwnych parach spragnionych odrobiny romantyczności”? Cóż, niewiele, zwłaszcza że obie te grupy docelowe zapewne w znacznym stopniu pokrywają się. Zanim jednak przejdziemy do omawiania meandrów fabuły i analizowania profilu psychologicznego każdego bohatera (oczywiście tak naprawdę tego nie zrobimy, bo osobowość większości postaci w filmie jest głęboka niczym mijana przez was na spacerze kałuża), to chciałbym się podzielić krótkim, ale szczerym wyznaniem – naprawdę lubię pierwszą część „Listów do M.” i uważam ją za co najmniej znośną komedią romantyczną, a to już całkiem duży komplement z ust faceta. I to wcale nie dlatego, że jedną z ról grała tam Agnieszka Dygant, czyli moja telewizyjna miłość z czasów gimnazjalnych (obejrzałem w swoim czasie 5 sezonów serialu „Prawo Agaty” wyłącznie dla niej, także sami rozumiecie…), ale dlatego, że film ten miał w sobie „to coś”, jak to lubią powiadać recenzenci. Niestety z kolejnymi częściami „Listy do M.” coraz bardziej zmierzały z przyjemnej i niezobowiązującej komedii w stronę tworu pod nazwą „weźmy wszystkie gwiazdy polskich seriali, każmy im biegać bez sensu w jedną i drugą z przerwami na pocałunki (no kto by się spodziewał w komedii romantycznej), dorzućmy trochę pseudoświątecznych ozdób i zobaczymy, co z tego wyjdzie”. Cóż, ku wielkiemu zaskoczeniu przy każdej kolejnej części „Listów do M.” okazywało się jednak, że scenariusza dobrej komedii nie można znaleźć w pudełku płatków śniadaniowych albo w skrzynce pocztowej, ale trzeba samemu go wymyślić, a co więcej (o zgrozo!) przydałoby się jeszcze, żeby nie był bezmyślną kalką oryginału. No ale przecież sztuka obroni się sama, uznali pewnie twórcy, więc czwarta część „Listów do M.” na nasze (nie)szczęście dumnie trzyma się tradycji serii i jest jeszcze gorsza od swoich poprzedników.

Ale drogi autorze, może byś w końcu zdradził nam, o czym opowiadają „Listy do M. 4” i jakie perypetie tym razem spotkały naszych ulubionych bohaterów? Ech, no dobrze, ale sami będziecie sobie winni zmarnowania kilkudziesięciu sekund życia, poświęconych na przeczytanie tego akapitu. Pomysł na fabułę bowiem nie zaskakuje – ponownie mamy do czynienia z kilkoma niepowiązanymi bezpośrednio ze sobą historiami, które krążą wokół mniej lub bardziej skomplikowanego wątku miłosnego i jego konsekwencji. Widzimy więc losy małżeństwa, w którym jedna osoba bezczelnie wykorzystuje drugą (absolutna niespodzianka – na koniec sobie wybaczają!), poznajemy historię matki, która z pewnych powodów zerwała kontakt z synem (absolutna niespodzianka –ostatecznie się godzą!), przypatrujemy się małżeństwu, które pozornie ciągle się sprzecza i zupełnie do siebie nie pasuje (absolutna niespodzianka – w obliczu kłopotów okazuje się jednak, że oboje się kochają i całkiem dobrze dogadują!) czy śledzimy losy zakochanej pary, której szczęśliwe i spokojne życie przerywa pojawienie się byłego męża kobiety (absolut… a nie tym razem! Ta historia bowiem jest lekko odmienna od reszty i naprawdę potrafi zaskoczyć, choć oczywiście żadnych fabularnych fajerwerków się nie spodziewajcie). Przyglądamy się także kontynuacji historii pewnego pracownika przebierającego się za świętego mikołaja (zgadnijcie, jaki aktor ponownie wcielił się w tę rolę), który popada w pewnego rodzaju awangardowy mezalians, nawiązując bliższą relację ze swoją przełożoną (absolutna niespodzianka… dobra, już sobie daruję). Oczywiście na filmowej drodze do szczęścia każdej z tych par pojawiają się liczne przeszkody i spotykają ich mniej lub bardziej (częściej te mniej) śmieszne przygody. Niezmiennie w głównych rolach możemy zobaczyć znane i (chyba) lubiane twarze polskiego kina masowego (w tym kilka takich, którym do tej pory udawało się skutecznie unikać grania w „Listach do M.”, m.in. Cezarego Pazurę, który na oko przez cały film wypowiada z 15 słów, ale za to ma śliczny sweterek!), na czele ze wspomnianymi już Tomaszem Karolakiem oraz Agnieszką Dygant (♥), czy Piotrem Adamczykiem, Danutą Stenką i Borysem Szycem. Całość, tradycyjnie już, rozgrywa się w Wigilię, także naszym bohaterom towarzyszą tony bożonarodzeniowych ozdób, świąteczne jarmarki, liczne okolicznościowe i kolorowe światełka, dumnie ozdabiające Warszawę, trochę śniegu oraz kilka prezentów i jedne pluszowe kajdanki. „Nihil novi”, jak rzekłby polski szlachcic. Lub „ja pierdolę, znowu to samo”, jak rzekłby współczesny polski telewidz.

Paradoksalnie największym problemem „Listów do M. 4” jest to, że, mimo wszystko, nie są one jakimś spektakularnie złym filmem. Wtedy można by chociaż wprost go wyśmiać na każdej płaszczyźnie, a skrajnie zła sława filmu mogłaby szybko rozejść się pocztą pantoflową i ostatecznie przysłużyć się popularności filmu, nawet jeśli nie w taki sposób, jaki zapewne planowali jego twórcy. „Listy do M. 4” są jednak filmem nie tyle beznadziejnym, co niesamowicie wręcz przeciętnym. Długimi momentami wręcz nijakim, co przy takiej obsadzie aktorskiej mogłoby wydawać się nierealnym wyczynem. Twórcy chyba sami nie mogli zdecydować się, czy ich film ma być płytką komedią dla zakochanych par, świąteczną rozrywką dla całej rodziny czy jednak dziełem z głębszym przekazem dla bardziej uważnego odbiorcy. W efekcie mamy do czynienia z tworem skierowanym pośrednio do każdej z tych grup, a więc tak naprawdę do nikogo. Oczywiście trudno oczekiwać po „Listach do M.”, aby były fabularnie polską odpowiedzą na „Incepcję” Nolana, ale ich czwarta część momentami ociera się wręcz o profanację umysłu odbiorcy, sprowadzając swój przekaz do jakże odkrywczych i życiowych prawd typu: „miłość zawsze zwycięży”, „należy sobie przebaczać”, „każdy z nas jest niezwykły” czy „a kto umarł, ten nie żyje”. Nawet luźny i pogodny klimat znany z poprzednich części, w tej wydaje się lekko wymuszony, a aktorzy myślami zdają się już być w domu pod ciepłym kocykiem i z herbatą w ręku, a nie na mroźnym i szarawym planie filmowym. No może poza Tomaszem Karolakiem, który kolejny raz świetnie się bawi, radośnie biegając w stroju świętego mikołaja i rzucając na lewo i prawo żarcikami o niezwykle kreatywnym i jakże sugestywnym podtekście seksualnym.

Czy warto więc obejrzeć „Listy do M. 4”? No tak średnio bym powiedział, tak średnio – cytując klasyka polskiego Internetu. Natomiast, czy można zobaczyć tenże film, chociażby z nudy? A no można, tak samo, jak nikt nikomu nie broni odśnieżać ogródka grabkami z piaskownicy czy gotować makaronu w czajniku. Pozostaje jednak pytanie, po co? Nie zrozumcie mnie źle, pewnie widzieliście w życiu przynajmniej kilka gorszych filmów niż czwarta część „Listów do M.”, ale nie zmienia to faktu, że jesteście w stanie bez większego wysiłku znaleźć setki ciekawszych pozycji, które warto w zamian obejrzeć, a już szczególnie takich na walentynkowy wieczór. Trzeba jednak docenić to, że „Listy do M. 4” ominęły kinowy ekran i trafiły prosto na TVN-owski Player, do którego dostęp na pierwszy miesiąc możecie uzyskać za dosłownie kilka złotych. Pytanie, na ile szanujecie własne drobniaki, a przede wszystkim dwie godziny swojego życia, zostawiam już wam. Oby kolejne listy do tajemniczej M. [bo (nie)stety wiele wskazuje, że listonosz już szykuje takowe] były napisane na zdecydowanie lepszym papierze i opakowane w znacznie ładniejszą kopertę. Inaczej jedyną opcją może okazać się zwrot do nadawcy. I to priorytetem.

„Listy do M. 4”

reż. Patrick Yoka

Polska, 2021

Wpisy

Student trzeciego roku dziennikarstwa i medioznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna pełnoprawny warszawiak. Fan piłki nożnej i kibic pewnej stołecznej drużyny kojarzonej z literą L w kółeczku. Miłośnik Star Wars oraz prozy Stephena Kinga.

Twój adres email nie zostanie opublikowany.