Centrum Kapuścińskiego

„Co się zmieniło w trakcie mojego życia? Coraz mniej jestem dziennikarzem, a coraz bardziej pisarzem” – przyznaje Paolo Rumiz. W rozmowie z Magdaleną Bojanowską opowiada o tym, dlaczego pokój nie jest już tematem na czasie, o wpływie wojny bałkańskiej na jego życie i sytuacji młodych reporterów we Włoszech.

 

Paolo Rumiz był korespondentem wojennym w czasie konfliktu zbrojnego w byłej Jugosławii: w Chorwacji oraz Bośni i Hercegowinie. Relacjonował także amerykański atak na Afganistan w 2001 roku (fot. Magdalena Bojanowska)

 

Jak poznał pan Ryszarda Kapuścińskiego?

Dziennik „La Repubblica”, w którym pracowałem zlecił mi przeprowadzenie wywiadu z Kapuścińskim. Zostałem poinformowany, że bardzo trudno jest się z nim umówić, ponieważ ciągle podróżuje. Udało się nam jednak zaaranżować spotkanie na lotnisku w Zurychu. Tam rozpoczęliśmy rozmowę, którą kontynuowaliśmy podczas lotu do Włoch.

 

Jakie było pana pierwsze wrażenie, kiedy go pan zobaczył?

Kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy z daleka na lotnisku, pomyślałem, że to niemożliwe, żeby człowiek, który spędził swoje życie wśród rewolucji i wielkich przemian, był tak bardzo nieśmiały, delikatny i prosty. Nie mogłem sobie tego nawet wyobrazić. Było to dla mnie kompletnie niemożliwe. Zaskoczyło mnie też, że zawsze przyglądał się butom. Miałem wrażenie, że były one dla niego równie ważne co jego notes.

 

Co zmieniło się w pańskim zawodowym życiu na przestrzeni lat?

Muszę przyznać, że jestem prawdziwym szczęściarzem. Dostałem szansę realizacji swoich marzeń. Chciałem podróżować: kiedy byłem dzieckiem to była wręcz moja obsesja (śmiech). Zrealizowałem to dość późno, bo dopiero między 45 a 50 rokiem życia. Wtedy, można powiedzieć, znalazłem pewne okno w moim życiu i wskoczyłem w nie. Tam właśnie czekały na mnie moje marzenia. Minęło już ponad 20 lat, odkąd jestem kompletnie wolny, mogę podróżować i opisywać wszystko to, co widzę.

Coraz mniej jestem już dziennikarzem, a coraz więcej pisarzem. Jestem też mniej nieśmiały w wyrażaniu siebie niż 20 lat temu. Wtedy było to nie do pomyślenia. Teraz mam prawie 70 lat, jestem dziadkiem i piszę opowiadania dla dzieci. Moje małe wnuki są dla mnie najważniejsze na świecie. Staram się dać im coś, co będą pamiętać do końca życia.

 

Przez 10 lat współpracował pan z polską dziennikarką Moniką Bułaj. Czy czegoś się pan od niej nauczył?

Tak, Monika nauczyła mnie tego, jak patrzeć, aby widzieć to, co wcześniej było dla mnie niewidzialne.

 

Przez wiele lat był pan korespondentem wojennym. Czy relacjonowanie konfliktów zbrojnych miało wpływ na pańskie życie?

Tak, szczególnie wojna w Bośni. To było tak blisko Włoch. Wcześniej nie myślałem, że kiedykolwiek będę mógł zobaczyć tyle barbarzyństwa u bram Italii. Ten konflikt sprawił, że byłem fizycznie chory. W zasadzie wciąż czuję w sobie tę chorobę. Wszystko przez to, że najpierw chciałem nie pisać o wojnie, a pomagać poszkodowanym ludziom i walczyć o nich. Jednak było to niemożliwe.

Kolejna choroba przyszła, kiedy wróciłem do domu. Zdałem sobie sprawę, że to będzie bardzo trudne, aby wytłumaczyć Włochom, że ta wojna wcale nie jest bałkańska, tylko europejska. Że to, co dotknęło Bośniaków, możliwe jest w każdym innym kraju w Europie. Oni nie chcieli mi uwierzyć.

 

Czy to właśnie przez okrucieństwo, które pan widział, zaczął pan uciekać z dziennikarstwa do literatury?

Nie, nie wydaje mi się. Muszę zaznaczyć, że jestem tymi, których spotkałem. W mojej duszy mieszkają tysiące ludzi. Pamiętam o nich, mimo że widziałem ich raz, przez godzinę lub dwie. Ale te relacje, tak bliskie, choć krótkie, były bardzo ważne w moim życiu. Wielu moich rozmówców już nie żyje: część zginęła w krwawej wojnie bałkańskiej, inni w Afganistanie, ale wciąż są tutaj, w moim sercu.

 

Paolo Rumiz był gościem specjalnym tegorocznej edycji Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za Reportaż Literacki. Na zdjęciu z Joanną Malawską, która przełożyła jego książkę „Legenda żeglujących gór” na język polski (fot. Karolina Chojnacka)

 

Czy dzisiaj dziennikarze są wiarygodni?

Wydaje mi się, że nie do końca. W dzisiejszych czasach dziennikarstwo ma coraz mniej wspólnego z prawdą. Staje się zwyczajną rozrywką. Kapuściński kiedyś mi powiedział, że gazety są narzędziem w rękach bogatych ludzi i pomagają im stawać się jeszcze bogatszymi. To droga, aby ukryć rzeczywistość, a nie ją pokazać. Ale należy pamiętać, że wciąż są dobrzy dziennikarze, którzy pamiętają o prawdziwym znaczeniu słowa „dziennikarstwo”.

 

Czy jest możliwe, aby obronić wiarygodność dziennikarską w czasach postprawdy?

Tak, ale dziennikarz musi zdawać sobie sprawę, że może być w obronie tej wiarygodności osamotniony. Musi też znaleźć dobrego wydawcę. W innym razie wypuszczenie takiego materiału będzie niemożliwe. Musi też zdawać sobie sprawę, że jego zarobki nie będą zbyt wysokie i nie będzie mu to pozwalało na opłacenie najważniejszych potrzeb związanych z jego pracą. Dlatego właśnie w tej kwestii jestem pesymistą. Jednak kiedy spotykam młodych ludzi, którzy chcą w przyszłości zostać dziennikarzami, staram się przekazać im wszystko, czego nauczyłem się w ciągu mojego życia. Czuję się trochę ich dziadkiem, bo są tacy wrażliwi (śmiech).

 

Kiedyś pisało się o pokoju, a teraz tylko o wojnach. Czy pana zdaniem tematyka pokoju wciąż jest modna?

Myślę, że ludzie w Europie zapomnieli już, czym tak naprawdę jest wojna. I to jest ogromne zagrożenie, bo możemy docenić pokój tylko wtedy, kiedy pamiętamy wojnę. Nie widzę wokół mnie polityków lub innych osób pracujących w ważnych instytucjach, którzy są w stanie znaleźć odpowiedni sposób, aby zakomunikować ludziom, co stało się w Europie 70 lat temu. Na ten moment nie potrzebujemy książek historycznych, ale czegoś w stylu seansu spirytualnego. Potrzebujemy wywołać duchy naszych dziadków i posłuchać, co oni mogą nam powiedzieć. Oczywiście to nie jest dziennikarstwo. To coś innego. Może teatr? Może baśń? Musimy znaleźć coś innego niż dziennikarstwo, aby odgrzebać historię i wyrazić to, czym jest wojna i w ten sposób ocalić pokój na świecie.

Jak wygląda sytuacja młodych reporterów we Włoszech?

Problem polega na tym, że największe gazety szukają sławnych nazwisk, ale nie są wystarczająco zaangażowane w poszukiwania młodych talentów, których we Włoszech jest bardzo dużo. Dostaję wiele listów od osób, które chciałyby zostać dziennikarzami. Piszą do mnie, aby zadać pytania na najróżniejsze tematy, a ja spędzam wiele czasu na odpisywaniu. Ale widzę, że mimo tego oni są bardzo samotni w dążeniu do odniesienia sukcesu w dziennikarstwie. Gdybym był bogatym człowiekiem, założyłbym instytucję, która miałaby na celu chronić młode talenty i dawać im pieniądze, aby tacy ludzie mieli szansę podróżować i oglądać, jak naprawdę wygląda świat.

 

Czy książki Ryszarda Kapuścińskiego są popularne wśród włoskich dziennikarzy?

Oczywiście, on dla nas jest taką mityczną postacią. Nie tylko dzięki wydarzeniom, które widział w swoim życiu, ale także przez sposób, w jaki je opisał. Szczególnie przez jego mimetyczną technikę. Był w Afryce i Ameryce Południowej i właśnie dzięki próbie naśladowania tamtejszych ludzi łatwo nawiązywał z nimi relacje. Jego najważniejszą umiejętnością było to, że dowiadywał się o różnych rzeczach, nie zadając pytań. Nawiązywał jedynie przyjacielski kontakt z ludźmi i dostawał wtedy wszystkie informacje. I tego właśnie się od niego nauczyłem: żeby nigdy nie zadawać pytań, tylko słuchać.

 

Paolo Rumiz (ur. 1947) – włoski dziennikarz i pisarz. Związany z takimi tytułami jak „Il Piccolo” oraz „La Repubblica”. Były korespondent wojenny w czasie konfliktu zbrojnego w byłej Jugosławii: w Chorwacji oraz Bośni i Hercegowinie. Relacjonował także amerykański atak na Afganistan w 2001 roku. Polskim czytelnikom znana jest jego książka „Legenda żeglujących gór”, będąca zapisem jego podróży po Alpach i Apeninach. Jest laureatem wielu nagród, m.in. Nagrody im. Ernesta Hemingwaya za reportaże z Bośni, Nagrody im. Maxa Davida dla włoskiego korespondenta roku oraz Nagrody „Złote gołębie” za zasługi na rzecz krzewienia pokoju.

 

Czytaj także recenzję książki Paolo Rumiza „Legenda żeglujących gór”.

 

Please Enter Your Facebook App ID. Required for FB Comments. Click here for FB Comments Settings page

Zobacz też:
Paweł Cywiński: Biedak ubrany w ideały

Paweł Cywiński: Biedak ubrany w ideały

„Duży Format zmonopolizował reportaż” – rozmowa z Pawłem Cywińskim
Chińskie duchy jedzą ananasy

Chińskie duchy jedzą ananasy

"Chińska herbata i tradycyjne pao na śniadanie, po południu zwiedzanie...
Chemik schodzi na złą drogę

Chemik schodzi na złą drogę

O Kacprze Choromańskim, który zawodowo analizuje krwawe ślady, pisze Anna...

1 comment

  1. Katemeika says:

    Mar 28, 2017

    Odpowiedz

    Najbardziej przerażające jest to że nikt nigdy nie poniósł kary. Była śmierć, było mataczenie, było łamanie życia wielu osobom w celu wplątania ich w to morderstwo. Szczęśliwie ocalały akta sprawy. I co? I nic. III RP sobie z tą zbrodnią nie poradziła. Nie była w stanie czy nie chciała? Na to pytanie książka nie daje odpowiedzi.
    Ojciec Grzegorza – Leopold Przemyk wnosi skargę do Europejskiego Trybunału Spraw Człowieka a Trybunał orzeka, że Polska jest winna i zasądza odszkodowanie dla ojca. Może to jest odpowiedź?

Name required

Website