Olly Lambert: Patrzeć szerzej, widzieć głębiej

Nowy Folder - Olly Lambert 2

Film dokumentalny ma za zadanie uczyć ludzi wrażliwości, postrzegania świata szerzej i głębiej. Twórcy stają przed trudnym dylematem: zyskać większą publiczność czy uznanie bardziej wyrobionych widzów. Z Ollym Lambertem, reżyserem współpracującym m.in. z BBC oraz Channel 4 i autorem wielokrotnie nagradzanego filmu dokumentalnego „Syria: Across the Lines”, rozmawia Bartosz Wróblewski:

 

Olly Lambert

 

Kręcisz filmy w warunkach wojennych. To przeszkoda czy wykorzystujesz okoliczności, by pokazać coś, czego nie da się pokazać w normalnych warunkach?

Przeszkodę stanowi niebezpieczeństwo. Najlepiej kręcić film samemu lub z niewielką ekipą, by narażać jak najmniej osób. Kilkakrotnie otarłem się o śmierć. Raz znajdowałem się pod ostrzałem snajpera; kiedy indziej podczas ostrzału artyleryjskiego wioski, w której kręciłem, pocisk wybuchł około 40 metrów ode mnie. Próbowano też nas porwać. Pewnej nocy, było już bardzo późno, przyszli do naszego mieszkania jacyś ludzie i powiedzieli, że nie będziemy tu bezpieczni i powinniśmy iść z nimi. Odmówiliśmy. Na szczęście nie próbowali zabrać nas siłą. Jeżeli chce się robić filmy tego typu, trzeba nieustannie troszczyć się o każdy szczegół wyprawy, zastanawiać się nad każdym kolejnym krokiem i liczyć się z niebezpieczeństwem. Jest też wiele przeszkód wynikających z warunków, które panują w krajach objętych konfliktem, ale one zazwyczaj czynią tę pracę i jej efekt bardziej interesującymi.

 

Mimo niebezpieczeństwa interesują cię jednak sytuacje ekstremalne?

Nie, interesują mnie zwyczajni ludzie, którzy są w ekstremalnych sytuacjach. To nie muszą być wojny. Nakręciłem m.in. film o młodych londyńczykach, którzy wzięli udział w zamieszkach i nagle stali się kryminalistami („My Child the Rioter: A Wonderland film”); albo o rodzicach, którzy żyją w separacji, a ich dziecko nie potrafi sobie z tym poradzić („Mum and Dad are Splitting Up”). Syn wykorzystuje to, że wreszcie jest uważnie słuchany i przed kamerą przeprowadza pierwszą szczerą i poważną rozmowę z rodzicami. Obserwowanie, jak ludzie radzą sobie z sytuacjami ekstremalnymi, jaki nadają im sens i jak one na nich wpływają, daje mi satysfakcję. To często nieprzyjemne, ale zarazem bardzo interesujące. Konflikt zbrojny to tylko jeden z przykładów niezwyczajnych sytuacji. Ale nakręciłem też filmy o postaciach, które doświadczyły trudnych sytuacji w Londynie lub nawet we własnych głowach. I właśnie to łączy wszystkie moje filmy – zwykli ludzie w niezwykłych sytuacjach. Skupiam się na człowieku, a nie na nietypowej sytuacji.

 

Interesuje cię człowiek, ale w Syrii („Syria: Across the Lines”) po ostrzale nie pomagasz rebeliantom szukać rannych wśród gruzów, tylko chodzisz za nimi z kamerą i nagrywasz.

W Syrii ludzie byli na mnie źli, gdy przestawałem kręcić. Często ktoś podchodził, kładł mi rękę na ramieniu i mówił: filmuj, filmuj! Oni rozumieją, na czym polega moja praca. Są rebelianci, kierowcy, lekarze, a ja jestem człowiekiem, który ma powiedzieć światu, co u diabła się tu dzieje. Miałem apteczkę, której wyposażenie było wystarczające tylko dla mnie, montażysty i kierowcy. Gdybym ją oddał, naraziłbym zdrowie i życie mojej ekipy i musiałbym wrócić do Anglii. Miałem wybór – mogłem im pomóc i opuścić Syrię lub nagrać to, co się tam dzieje i pokazać to światu. Gdybym im pomógł, nie rozmawialibyśmy teraz, bo nigdy byś tego nie zobaczył. Film „Syria: Across the Lines” obejrzało kilka milionów osób. Uważam, że to ma wartość. Decyzja była trudna, ale sądzę, że postąpiłem właściwie.

 

Local fighters had taken over a local school

 

Jaka jest twoim zdaniem rola filmu dokumentalnego we współczesnym świecie?

Film dokumentalny zazwyczaj daje ludziom wgląd w coś, czego normalnie nie mogliby poznać, doświadczyć. W związku z tym sądzę, że rolą dokumentu jest sprawiać, by ludzie uczyli się myśleć o świecie w inny sposób; by dostrzegali więcej punktów widzenia i byli na nie wrażliwsi. Na przykład swoim najnowszym filmem o Syrii chciałem pozwolić widzom odczuć, co się tam dzieje, poczuć osobisty stosunek do tej sytuacji i przestać myśleć o niej w kategoriach abstrakcyjnych. Mam nadzieję, że ci, którzy widzieli „Syria: Across the Lines”, odbierają wszelkie informacje płynące z Syrii z większym zaangażowaniem.

 

W swoich filmach nie tylko informujesz o tym, co się dzieje, lecz także za ich pośrednictwem próbujesz wpływać na opinię publiczną. Zajmujesz stanowisko wobec przedstawianych wydarzeń.

Tak, dążę do tego, by zmienić ludzkie myślenie. Ale moje filmy rzadko zawierają program polityczny. Nie chcę skłonić ludzi, by myśleli konkretną rzecz w określony sposób. Zależy mi na tym, by zaczęli o czymś myśleć więcej. Nie interesuje mnie, czy się ze mną zgodzą czy nie. Chcę tylko pobudzić ich do myślenia o pewnych rzeczach w nowy sposób, czasem też o rzeczach dla nich nowych; pomóc im to zrozumieć, a nie narzucić moje rozumienie. To jest moim zdaniem cel dokumentu.

 

Granica wydaje się bardzo subtelna. Czy to nie grozi popadnięciem w manipulację?

Każdy dokument to manipulacja. Mam 60 godzin materiału, które redukuję do 60-minutowego filmu. Montaż, wykorzystanie muzyki, ale też każde wykorzystane ujęcie, każdy wywiad, każdy dźwięk to moja decyzja. Można mi słusznie zarzucić, że w ten sposób nie opowiadam prawdy. Jeżeli ktoś jej chce, powinien sam pojechać w miejsce przedstawione w filmie i wyrobić sobie zdanie. Ja usiłuję jedynie przekazać moje rozumienie tej prawdy na tyle jasno, na ile to możliwe. Jest istotna różnica między manipulacją a kłamstwem. By opowiedzieć prawdę, manipuluję materiał filmowy.

 

Ale przy pomocy kłamstw również można mówić o prawdzie.

Oczywiście. I nie dotyczy to tylko filmu. Wystarczy poczytać „Middlemarch” czy twórczość Fiodora Dostojewskiego. Wszystko zależy od tego, co masz na myśli, gdy mówisz: prawda. Film fabularny może służyć opowiadaniu prawdy. Dobra fikcja to właśnie nieprawdziwa historia, która opowiada prawdę o świecie.

 

Filming a friday demonstration. The placard reads Terrorist

 

Skoro dobre kino to takie, które opowiada prawdę o świecie – fabuły przy pomocy kłamstw, a dokumenty przy pomocy manipulacji – to wszystko sprowadza się do opowiadania historii.

Ludzie lubią historie. Gdy zapytasz kogoś: jak było w Syrii? i usłyszysz odpowiedź: pięknie, świetnie, groźnie lub smutno, to nic się nie dowiesz. Trzeba opowiedzieć o podróży, przyjeździe, jakimś przeżyciu czy przygodzie. Najlepiej zacząć od historyjki w stylu: Once upon a time… Na przykład film o nielegalnych imigrantach na Lampedusie („The Invasion of Lampedusa”) zacząłem od paru ładnych obrazków i wypowiedzi mieszkańców, którzy zachwalają wyspę. A gdy widz już wie, jak wspaniałe to miejsce, gdy jest zaangażowany, przechodzę do meritum – przedstawiam mu dramat Lampedusy. Widz lubi być prowadzony za rękę. Dokument musi mieć ciekawy i interesujący temat, ale to jeszcze za mało. Gdy znajdę temat, muszę pomyśleć nad tym, jak go przedstawić, opowiedzieć widzom, zmanipulować.

 

Opowiadanie historii zmienia świat?

Opowiadanie historii to domena artystów. A opowiada się je po to, by czynić świat miejscem bogatszym i lepiej ukazywać jego złożoność. Artysta stawia ludziom wyzwanie, by zaczęli myśleć o świecie w nowy sposób, postrzegać go szerzej i głębiej. Też stawiam sobie taki cel, chociaż nie pretenduję do miana artysty. Nie przeceniam siły oddziaływania filmu dokumentalnego. Oczywiście są takie, których konsekwencją są polityczne lub społeczne zmiany na lepsze – i to jest fantastyczne. Niestety, zdarza się to bardzo rzadko.

 

A co z bohaterem? Jak udział w filmie wpływa na jego życie?

To bardzo intensywne przeżycie – mieć film kręcony o sobie. Myślę, że, z wyjątkiem jednej czy dwóch osób, ludzie, o których robiłem dokumenty, czerpali z tego przyjemność; że to ich wzbogaciło. Często proces powstawania filmu sprawia, że ludzie zaczynają patrzeć na swoje życie w inny sposób. A gdy widzą efekt końcowy, uświadamiają sobie, jak wyglądają, jak brzmią – to również jest bardzo intensywne doświadczenie, zwłaszcza za pierwszym razem. Gdy sam byłem kiedyś filmowany, też odczułem to intensywnie, a zarazem sprawiło mi to wiele przyjemności. Zacząłem postrzegać surowiej wiele rzeczy, z którymi byłem związany. Dokument zazwyczaj nie pomaga bohaterom w sensie interwencyjnym. Nie zmienia też życia w sposób dramatyczny, ale udział w filmie pozostaje w każdym z nich przez długi czas. To wartościowe doświadczenie, które wpływa na ludzi.

 

Jak osiągnąć naturalność bohaterów? Kamera wywołuje sztuczność, zwłaszcza, gdy ludzie chcą być filmowani.

Zgadzam się, to straszne i nie cierpię tego. Dlatego w każdym filmowanym miejscu spędzam tak wiele czasu, jak to tylko możliwe. Dzięki temu zbliżam się do rzeczywistości coraz bardziej. Ludziom przywyknięcie do obecności kamery przychodzi łatwo i dość szybko. Wystarczy przebywać z nimi dwa dni i zaczynają zachowywać się naturalnie; jakby jej tam nie było. Istotne jest moje nastawienie. Jeżeli za każdym razem mówię: przepraszam, czy mógłbym filmować? Sorry, sorry, sorry – wtedy powstaje problem. Dlatego zaraz po przyjeździe przedstawiam się jako filmowiec i stawiam sprawę jasno – oświadczam, że będę kręcił film, dokumentował rzeczywistość i to działa. Ludzie to szanują.

 

Olly Lambert filming Jamal Mahrouf (left) one of the most poweful rebel leaders in Syria

 

Jako dokumentalista pracujący dla telewizji musisz godzić się na pewne kompromisy – dubbingowanie bohaterów, lektora wprowadzającego widzów w sytuację, komisyjne konsultacje projektów. Co z twoją twórczą niezależnością?

Niezależny filmowiec to taki, który sam finansuje swój film i nie myśli o tym, by go potem sprzedać. Ja pracuję z komisją i dopiero za jej zgodą zaczynam kręcić film. Ale to bardzo owocna współpraca. Ludzie z komisji mają wiele świetnych pomysłów. Doradzają zarówno na etapie planowania, jak i montażu. Słucham ich uwag i staram się wyciągać z nich to, co najlepsze. Uważam, że trzeba rozmawiać i dzielić się pomysłami. To pomaga stworzyć lepszy film. Za to kiedy po obradach komisji projekt zostanie zaakceptowany, to mam pewność, że zostanę dobrze wynagrodzony, a kanał zapłaci za wszystko, czego będę potrzebował – podróż, transport, sprzęt, pobyt na miejscu dla mnie i całej ekipy, montaż, postprodukcję itp. Film o Syrii kosztował pół miliona dolarów. To w porządku, że ktoś mówi, jakiego rodzaju film chce otrzymać, skoro wykłada na niego tyle pieniędzy. Moja rola polega na tym, by zrobić coś, co zadowoli producentów, a zarazem nakręcić to, co sam chciałem nakręcić. Zawsze są jakieś rzeczy, które mi nie odpowiadają, ale równoważę je sobie tym, że robię też wiele rzeczy, których nigdy nie byłbym w stanie zrobić, gdybym nie dostał tych pieniędzy.

 

Które dokumenty są dla ciebie ważniejsze – zrealizowane w estetyce kinowej, często artystyczne, które zdobywają nagrody na festiwalach filmowych, czy nakręcone w estetyce telewizyjnej, oglądane w domach przez setki tysięcy, a nawet miliony widzów?

Jeden rodzaj nie jest lepszy od drugiego. Kiedy mam wybór: zrobić film o Syrii, który w kinach obejrzy niespełna sto tysięcy ludzi lub cztery miliony w telewizji, to znacznie bardziej cieszą mnie te cztery miliony. Ale dla reżysera przyjemniej jest odwiedzać festiwale filmowe, ponieważ to one dają możliwość kontaktu z publicznością, poznania reakcji widzów. Trafiają tam też zazwyczaj filmy o większej wartości, ale to telewizja ma większą siłę oddziaływania. Jeżeli chcesz zmieniać myślenie ludzi, przyczynić się do budowanie dialogu na temat, którego dotyczy twój film, to lepiej robić to za jej pośrednictwem. A ja chcę, żeby moje filmy były oglądane, dlatego cieszę się, gdy trafiają do telewizji.

 Mahmoud al Bahtety tea seller 8

 

Telewizja często schlebia gustom odbiorców i produkuje łatwe filmy dla mas. Nie uważasz, że gdyby zaczęła produkować filmy na wyższym poziomie artystycznym, odgrywałaby istotną rolę w kształtowaniu gustów widzów?

Zgadzam się i uważam to za nieporozumienie, że kanały telewizyjne zakładają, że widzowie są głupi. Publiczność jest znacznie mądrzejsza, niż wydaje się producentom. Świadczą o tym choćby stojące na wysokim poziomie rozmowy, które prowadzę z widzami podczas festiwali filmowych. Z drugiej strony wiele osób po prostu nie chce oglądać filmów dokumentalnych z napisami. Na przykład w Wielkiej Brytanii oglądalność tego samego filmu z napisami zamiast lektora lub dubbingu spadnie o jedną trzecią. W Ameryce filmy z napisami praktycznie nie są wyświetlane w telewizji. Stajesz przed trudnym dylematem: wolisz, by twój film obejrzało więcej ludzi czy mniej, ale za to inteligentniejszych? Nie znam właściwej odpowiedzi. Wciąż mi się wydaje, że wolę, by film obejrzało więcej ludzi, mimo że to wymaga pójścia na kompromis. Większość tego, co jest puszczane w telewizji, to śmieci. Jedyne, co możemy z tym zrobić, to puszczać również coś wartościowego i liczyć na to, że ludzie to docenią, mimo że będzie to w otoczeniu śmieci. To trudne, ale ciągle robię, co w mojej mocy.

 

 

Rozmowa odbyła się podczas festiwalu HumanDOC 2013 w Warszawie

 

 

Olly Lambert – brytyjski reżyser i producent filmów dokumentalnych, które kręcił m.in. na zamówienie BBC, Channel 4, Sky1 czy PBS FRONTLINE. Wyróżniony m.in. przez Foreign Press Association nagrodą Dziennikarza Roku oraz za najlepszy film telewizyjny („The Tea Boy of Gaza”), przez BAFTA Award (Scotland) nagrodą Best Documentary Series („The Great Game with Rory Stewart”) oraz za film „Syria: Across The Lines” nagrodami: Grierson Award for Best Current Affairs Documentary, Rory Peck Award for Best Feature, AIB Award for Best Middle East Documentary.