Centrum Kapuścińskiego

„Podczas rozmowy nie patrzę bohaterowi głęboko w oczy, nie uśmiecham się ze zrozumieniem i nie poklepuję po plecach. Ona często wygląda jak przesłuchanie” – mówi Paweł P. Reszka, reporter, laureat Nagrody im. R. Kapuścińskiego 2016 za zbiór „Diabeł i tabliczka czekolady”, w rozmowie z Magdą Gontarek.

 

Paweł P. Reszka jest redaktorem w lubelskim oddziale Gazety Wyborczej. Dwukrotnie był nominowany do nagrody Grand Press. (fot. Monika Sawka)

 

W jednym z wywiadów powiedział pan, że wychodząc z domu, widzi Polskę, która się wstydzi. Czego wstydzi się Polska?

Wstydzi się, że nie jest w stanie aspirować do standardów, które są normą społeczną. Choćby tego, że nie ma łazienki. Jesteśmy w centrum Lublina, gdzie zawsze jest wielu turystów, ale niedaleko jest kamienica na Starych Bronowicach, gdzie toaleta jest na podwórzu. To po prostu otwór w podłodze, do którego załatwiają się mieszkańcy. Nie każdy ma siłę, żeby to robić: jeden z mieszkańców, chory na cukrzycę, stracił nogę i nie może zejść na dół. Żona wyjęła siedzisko z krzesła i podsuwa mu pod nie pojemnik. W tej kamienicy mieszka też pani Alicja, bohaterka jednego z moich reportaży. Ona ma toaletę, ale łazienki – nie. Będąc w liceum, nigdy nie zaprosiła do siebie znajomych. Co by było, gdyby ktoś chciał umyć ręce…?

 

Pisze pan, że toalety nadal nie ma ponad 30 procent mieszkańców lubelskiej wsi. Był pan tym zaskoczony?

Po 15 latach w gazecie codziennej niewiele rzeczy mnie szokuje. Byłem jednak zaskoczony, że te liczby są takie duże. Że w pewnych kwestiach czas jakby się tam zatrzymał. Opisywałem kiedyś panią, która urodziła szesnaścioro dzieci. To była bardzo biedna rodzina: mieszkali w dwóch izbach, dom bardzo zaniedbany, grzyb na ścianach, sterta ubrań wylatująca z uszkodzonej szafy. Podczas naszej rozmowy weszło jedno z dzieci z tabletem w ręku i powiedziało: „Mamo, gdzie jest router, bo chcę się połączyć?”. To paradoks: nie mieli łazienki, ale mieli połączenie z Internetem. Ci ludzie starają się w miarę możliwości aspirować do pewnych standardów. Jak ktoś ma taki telewizor, to może sam czuje, że nie jest na samym dnie? A on jest i tak tańszy niż zrobienie porządnej łazienki.

 

Czego jeszcze Polska się wstydzi?

Przemocy domowej. To świat wielu moich bohaterów. My ten świat trochę znamy, bo słyszymy krzyki za ścianą. Wiemy, że sąsiad znęca się nad żoną, ale nie reagujemy, bo „to są sprawy rodzinne, nie trzeba się wtrącać”… Tak było z moją bohaterką, woźną, którą mąż regularnie bił. Jej schronieniem była szkoła, w której pracowała. Pewnego dnia powiedział jej, że pójdzie do tej szkoły i wszystkim powie, że jest złą matką i nie dba o swoje dzieci, co oczywiście nie było prawdą. By uniknąć wstydu, zadzwoniła i powiedziała, że w szkole jest bomba. Oczywiście straciła przez to pracę i jeszcze dostała wyrok.

 

Inni nie mają takich powodów do wstydu?

Problemy, o których piszę, są obecne w wielu krajach, Polska nie jest wyjątkiem. Ale zwłaszcza na ścianie wschodniej, te rzeczy są wyraźniej widoczne.

 

Ludziom trudno mówić o swoim wstydzie…

Tak, niełatwo opowiadać takie historie. Trzeba spełnić kilka warunków, żeby bohater chciał się nimi podzielić. Przede wszystkim musi czuć, że nie szukam sensacji. Jednak podczas takiej rozmowy wcale nie patrzę mu głęboko w oczy, nie uśmiecham się ze zrozumieniem i nie poklepuję go po plecach. Dbam, by pierwszy kontakt był dobry: wyjaśniam, o co mi chodzi, co chcę pokazać, co mogę zrobić, żeby nie odczuwał skutków negatywnych materiału. Kiedy już czuję, że osoba jest gotowa, zaczyna się właściwa rozmowa, która często wygląda jak przesłuchanie. Ja przyjeżdżam przygotowany, mam dużo pytań. Zadaję je, bohater mi odpowiada. Potem często przyjeżdżam jeszcze raz i następuje kolejne przesłuchanie.

 

Dlaczego właśnie tak?

Nie udaję przyjaciela, staram się, by bohater miał świadomość, że jestem reporterem. Próbuję jak najwięcej z takiej rozmowy pozyskać do tekstu: chcę, aby była jak najbardziej efektywna. I to działa. Dzięki temu osoby, z którymi rozmawiam, wiedzą, że jestem tam dla nich. Nie zdarzyło mi się, by ktoś powiedział: „Pan zadaje tyle pytań, a ja myślałem, że wypijemy razem herbatę i zjemy ciastka”. Pokazuję ludziom, że zależy mi, żeby poznać ich historię.

 

Zajmuję się tematami, które mnie poruszają. Czuję, że chcę poznać szczegóły historii
i to robię – mówi reporter. (fot. Monika Sawka)

 

Jak wyglądają pańskie relacje z bohaterem po skończonym tekście?

Mam poczucie odpowiedzialności za moich bohaterów. Czasem zdarza się, że po publikacji reportażu sprawy przybierają nieoczekiwany obrót. Tak było z tekstem o dziewicy konsekrowanej, kobiecie, która poślubiła Jezusa Chrystusa. Zarówno w książce „Diabeł i tabliczka czekolady”, jak i w prasie występowała pod swoim nazwiskiem, zgodziła się też na zdjęcie. Kiedy tekst się ukazał, na forum internetowym pojawiło się mnóstwo hejtu. Pisano, że dziewczyna marnuje sobie życie, często w sposób wulgarny. Przyszło do nas sporo maili od panów, którzy chcieli się z nią umówić i pokazać jej uroki realnej relacji damsko-męskiej. Czułem się zobowiązany, żeby jej przekazywać wszystkie te wiadomości. Wiedziałem też, że widziała komentarze. I pojawiło się we mnie poczucie winy. Zacząłem się zastanawiać, czy nie powinienem przewidzieć, że to się tak może skończyć, czy nie trzeba było zmienić jej personaliów. Ale ona się tym specjalnie nie przejęła. Kiedy książka miała iść do druku, zadzwoniłem do niej i zapytałem, czy wyrzucamy nazwisko. Nie miała nic przeciwko, by zostało. Ta sytuacja nauczyła mnie jednak, że reporter powinien mieć świadomość, że jego tekst jest nieobojętny i zostawia ślad. Trzeba unikać powodowania niepotrzebnego bólu.

 

Kilkakrotnie zdarzyło się, że pana reportaże komuś wymiernie pomogły. Czy takie sytuacje dają panu poczucie misji, sensu w pracy?

Zdecydowanie. Dają mi też ogromną satysfakcję, że to, co robię, ma swoją wagę. Nie zawsze piszę teksty interwencyjne, ale kiedy mogę, dbam o to, żeby zmieniły coś w życiu bohaterów. W reportażu społecznym efekt jest często wręcz namacalny: po prostu udaje się komuś pomóc.

 

Gdzie znajduje pan pomysły na reportaże?

Czasem w newsroomie, w którym pracuję. Czasami wracam do tematów, którymi się zajmowałem wcześniej. Napisałem kiedyś z profesorem Dariuszem Libionką tekst, po którym jednak czułem pewien niedosyt. I po wielu latach wróciłem do tematu – tak powstał reportaż o podwórku w podlubelskiej wsi, na którym pochowano Żydów zamordowanych przez mieszkańców. Pewne stowarzyszenie chciało postawić tam pomnik upamiętniający ofiary, co spotkało się ogromną niechęcią gospodarza. Tematy też często „pączkują”, jak np. tekst o toaletach. Pojechałem w okolice Chełma, robić reportaż o rodzinie z poważnie chorym chłopcem, mającym problem z odkrztuszaniem. Jego tata skonstruował z odkurzacza urządzenie, dzięki któremu odsysał chłopcu wydzielinę. Wykładał pokój gazetami: jak tłumaczył, to było zabezpieczenie przed bakteriami. Kiedy byłem u nich, zorientowałem się, że nie mają łazienki. I to było impulsem dla stworzenia kolejnego tekstu.

 

Skąd pan wie, czy warto zająć się danym tematem?

Trzeba ufać swojemu osądowi. Zajmuję się tematami, które mnie poruszają. Czuję, że chcę poznać szczegóły historii i to robię. Hanna Krall mówi, że reportaż to emocje i ja wziąłem sobie to do serca.

 

Czy praca nad reportażami zmienia pana patrzenie na świat?

Z perspektywy reportera, który prowadzi jakąś selekcję tematów, można się obawiać, że ciągłe zajmowanie się pewnymi tematami, sprawi, że stanie się nieco cyniczny, zobojętniały. Myślę, że udało mi się przed tym ochronić.

 

W pana tekstach prawie w ogóle pana nie ma …

Zawsze irytowało mnie, jeśli w reportażu miałem do czynienia z nadmierną ekspozycją autora. Trzeba być postacią nietuzinkową, ciekawą, by bezpiecznie stosować taki chwyt. Myślę teraz o Jacku Hugo-Baderze, który tak pisze o sobie, że chce się to czytać. Ja nigdy nie miałem ambicji, by być bohaterem własnych tekstów.

 

Dlaczego akurat reportaż jako forma wypowiedzi dziennikarskiej?

Wyrosłem z dziennikarstwa newsowego, które jest trochę niewdzięczne. Dziennikarz angażuje się, zbiera materiał, a potem idzie do redaktora, który mówi: „Napisz mi z tego króciaka”, czyli krótki, informacyjny tekst. Mnie też tak mówiono, ale to właśnie nie dawało mi pełnej satysfakcji. Byłem rozczarowany, bo chciałem napisać coś więcej. I reportaż w moim przypadku wziął się z takiego uczucia niedosytu, że nie dotknąłem istoty rzeczy.

 

Czy za kilka lat będzie jeszcze miejsce dla reportażu?

Nie jestem przesadnym optymistą, reportaż znika z łamów gazet, ale za to pojawia się go coraz więcej w książkach. I wierzę,  że w tej formie przetrwa, że to jest jego przyszłość. Coraz więcej czytelników oczekuje jednak nie tylko reportażu, ale też filmu, nagrania, galerii zdjęć. Dlatego tak obiecujący jest reportaż multimedialny, który może być kolejną fazą rozwoju. Niestety, ze względu na koszty nie sądzę, by taka forma reportażu miała się upowszechnić w polskich mediach.

 

W zeszłym roku dostał pan Nagrodę Kapuścińskiego. To wpłynęło na rozwój pana kariery?

Zdecydowanie. Przede wszystkim wzmocniło moją pozycję zawodową, również wewnątrz redakcji: mam dużo większą swobodę jako reporter. Przygotowuję właśnie nową książkę, nie będę zdradzał szczegółów, bo jest na wstępnym etapie, ale już podpisałem na nią umowę z wydawnictwem. To też zasługa Nagrody Kapuścińskiego.

 

Czytaj również naszą recenzję nagrodzonego zbioru Pawła P. Reszki „Diabeł i tabliczka czekolady”.

Please Enter Your Facebook App ID. Required for FB Comments. Click here for FB Comments Settings page

Zobacz też:
Potrząsanie akwarium

Potrząsanie akwarium

"Zawsze wiedział, że interesuje go tylko dokument" - sylwetka Marcela...
Chłopiec z Placu Broni

Chłopiec z Placu Broni

Prezentujemy pierwszy fragment naszej książki "Bratanki. 11 niezwykłych portretów"
Koczownicy z dachu świata

Koczownicy z dachu świata

Fotoreportaż z Czangtangu

1 comment

  1. pjekks says:

    Cze 2, 2017

    Odpowiedz

    2,5 tys. km. z Włoch do Bośni? gdzie, jak? nawet mierząc z Palermo przez Triest do Srebrenicy wychodzi mniej!

Name required

Website