/

Pieniądze to rozgłos, dane to władza


Rozwój technologiczny doprowadził nie tylko do przedefiniowania naszego codziennego życia. Tej redefinicji uległa również polityka. I nie chodzi tu jedynie o aktywność polityków na portalach społecznościowych. Bo po co chodzić po domach wyborców, jeżeli 24 godziny na dobę dają nam do siebie i swoich danych dostęp przez Internet?


W 2011 r. na ekrany kin wszedł „Moneyball” z Bradem Pittem w roli głównej: oparta na faktach historia Billyego Beane’a, który tradycyjną intuicję footballowych skautów postanowił zastąpić analizą statystyczną. Sport, choć jest ważną częścią życia wielu ludzi, nie wpływa trwale na ich codzienność. Inaczej jest z polityką, szczególnie, jeżeli polityczna gra toczy się o pozostanie lub odejście z Unii Europejskiej. W przypadku Brexitu odpowiednikiem Billyego Beane’a jest, czy raczej był, Dominic Cummings – twórca strategii Vote Leave (Take Back Control), który intuicję polityczną starych westminsterskich wyjadaczy postanowił zastąpić komputerowymi algorytmami. Właśnie o jego roli w kampanii z 2016 r. opowiada film „Brexit” w reżyserii Tobyego Haynesa, którego polska premiera odbędzie się 3 lutego na kanale HBO.


Obraz kampanii Cummingsa (w tej roli Benedict Cumberbatch) wyłaniający się z tego filmu jest przerażający, ale doskonale opisuje wpływ technologii na nasze życie. Jej strategia oparta została na algorytmach pozwalających dostosować przekaz polityczny do upodobań wyborców w czasie rzeczywistym, dzięki śledzeniu aktywności użytkowników forów internetowych i mediów społecznościowych. W trakcie trwającej kilkanaście tygodni kampanii wyborczej, sztab Cummingsa rozesłał miliard maili do wyborców, których dane zostały pozyskane, między innymi, poprzez reklamy zakładów bukmacherskich. Technologicznej stronie przedsięwzięcia przewodziła firma AggregateIQ, a w całą sprawę zamieszana była również niesławna Cambridge Analytica. Obie firmy wiązane są z Robertem Mercerem – największym sponsorem kampanii Donalda Trumpa, posądzonego o wykorzystanie nielegalnie pozyskanych danych w wyścigu o Biały Dom. Dzięki danym zdobytym tym sposobem, brexitowcom udało się przekonać wyborców, których zwolennicy pozostania w UE nie mieli nawet w swoich bazach.


Sam Dominic Cummings przedstawiony jest jako genialny egocentryk, który nie znosi sprzeciwu i wymaga od mocodawców całkowitej swobody w swoich działaniach. Z zeznań szefa kampanii przed komisją parlamentarną, zajmującą się złamaniem prawa wyborczego przez ruch Vote Leave (ostatecznie uznany winnym) wynika, że następstwa referendum nie spełniły jego oczekiwań. Przyznaje natomiast, że stworzone przez niego hasła wyborcze opierały się na półprawdach. I te półprawdy (a co nie jest całą prawdą jest, de facto, nieprawdą) doprowadziły do wszczęcia procedur Brexitu.


Oczywiście, opisanie przygotowań do referendum nie mogło obyć się bez nakreślenia galerii dosadnych portretów brytyjskich polityków. Haynes nie popełnił, na szczęście, błędu, jaki popełnił choćby Patryk Vega przy „Służbach specjalnych”. Aktorzy nie byli dobierani na siłę pod względem fizycznego podobieństwa do pierwowzorów, nie bacząc na ich umiejętności. Dzięki temu dostajemy świetnie zagranego Borisa Johnsona (Richard Goulding) – roztrzepany i nieokrzesany, sprawiający wrażenie lekko zagubionego. Do tego infantylny duet – Nigel Farage (Paul Ryan) i jego sponsor Aaron Banks (Lee Boardman), zepchnięci na margines przez ruch Vote Leave. Główną osią konfliktu, na której oparty jest film, jest jednak starcie pomiędzy Cummingsem i Craigiem Oliverem (Rory Kinnear) – rzecznikiem premiera Camerona i szefem kampanii na rzecz pozostania Wielkiej Brytanii w UE.


Oglądając „Brexit” niełatwo skupiać się na walorach czysto filmowych, choćby dlatego, że historia jest całkowicie oparta na faktach – faktach, które mogą całkowicie zmienić obraz Europy. Należy jednak docenić świetną rolę Benedicta Cumberbatcha (jakby to mogło dziwić?), który stworzył doskonałą kreację egocentrycznego i wybuchowego „pięknego umysłu” . Do tego wspomniane już role polityków, a zawsze trudno wcielać się w role osób publicznych, szczególnie tych wciąż żyjących i tak oryginalnych w swoich stylu bycia jak Johnson czy Farage. Niektóre sceny nasuwają również skojarzenia z uznanymi produkcjami wielkich i małych ekranów. Jedną z pierwszych scen filmu jest spotkanie Douglasa Carswella z ultrakonsekwatywnej partii UKIP (Simon Paisley Day) z konserwatywnym lobbystą Matthew Elliotem (John Heffernan) w galerii sztuki – niczym Frank Underwood i Zoe Barnes w pierwszym sezonie „House of Cards”. Pod koniec filmu natomiast dochodzi do spotkania Cummingsa i Olivera w pubie – to jedna z najważniejszych scen filmu, gdzie bezpośrednio zderzają ze sobą zasadnicze postawy wobec Brexitu – która przypomina kultowy dialog Roberta De Niro z Alem Pacino w „Gorączce”. Oczywiście nie możemy się spodziewać w politycznej biografii fajerwerków rodem z kina akcji, jednak twórcom udało się oddać prawdziwe ludzkie emocje związane z dylematem Brytyjczyków.


„Brexit” jest filmem emocji, więc żeby lepiej zrozumieć istotę i polityczne kulisy referendum z 2016 r. i samego Brexitu warto uzupełnić swoją wiedzę przed seansem. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że Toby Haynes nie opowiada jedynie o Brexicie. Na jego przykładzie pokazuje najgorszą twarz obecnej polityki – zbrutalizowanej populistycznej kampanii, opartej na półprawdach i wyzwalaniu resentymentów. A skuteczność Dominica Cummingsa zwiastuje nie tyle zmiany, ile wręcz trzęsienie ziemi w dziedzinie politycznego marketingu.


„Brexit: The Uncivil War”
Reżyseria: Toby Haynes
Dystrybutor: HBO
Data premiery: styczeń 2019