Podobno zdrowie mieszka w górach


Kirgistan leży na uboczu Jedwabnego Szlaku, ale to peryferia, na które warto zboczyć, a nawet warto po nich pobłądzić. Są tam góry i jeziora, na które nie można się napatrzeć. Są gorące źródła, lecznicze błota i banie, które pozwalają odetchnąć po trudach podróży. Są też nieco mniej przyjemne strony życia w byłej radzieckiej republice, o których nie wspominają turystyczne przewodniki.


„Frunze (dawna nazwa Biszkeku – przyp. aut.) jest podobne do Aszchabadu, do Duszanbe, ale ma lepszy klimat i Rosjanie, którym wypadło żyć w Azji, starają się osiedlić we Frunze” – pisał w 1968 roku Ryszard Kapuściński w książce „Kirgiz schodzi z konia”. Chyba nie mógł się spodziewać, że pół wieku później klimat stanie się tematem, który rozgrzewa ludzi na całym świecie. Nie tylko w Kirgistanie.

Centralny plac Biszkeku

„Droga od jurty Dżumala do miejsca, gdzie inżynier Leonid Tołkaczew kieruje budową elektrowni, wynosi 250 kilometrów. Na tym odcinku przejeżdża się przez trzy klimaty. Najpierw jest Susamyr. Potem góry, śnieg, lodowate wichry. Potem tropik – pustynny, posępny krajobraz, bez jednej rośliny, bez śladu życia” – pisał cesarz reportażu w tej samej publikacji. Docierając do Kirgistanu po niemal pół roku podróży wiedzieliśmy zatem, że możemy się spodziewać malowniczych górskich krajobrazów. Słyszeliśmy o łagodnym klimacie, który sprzyja zdrowiu i wypoczynkowi. Tym bardziej, że nie brakuje tu ośrodków z odnową biologiczną oraz sanatoriów. Postanowiliśmy więc odpoczywać, zdrowieć, młodnieć i pięknieć. Jak wyglądało nasze zderzenie z rzeczywistością?


Szwajcaria Wschodu

Po raz pierwszy Republika Kirgiska została nazwana „Azją Szwajcarską” przez Wasilija Aleksandrowicza Aleksandrowa w 1931 roku. Bynajmniej nie ze względu na wysokie zarobki i jakość życia mieszkańców. Jak i nie dlatego, że cokolwiek działa tu jak w szwajcarskim zegarku lub że czegoś można być pewnym jak w szwajcarskim banku. Znany balneolog doszukał się podobieństwa w leczniczych właściwościach klimatu obu krajów.

Zima w górach Tienszan w Kirgistanie

94 procent terytorium Kirgistanu leży powyżej kilometra, a 40 procent powyżej trzech kilometrów nad poziomem morza. Właśnie ta duża strefa wysokościowa odpowiada za unikalne warunki atmosferyczne. Latem jest chłodniej niż w sąsiednim Uzbekistanie, a zimą góry osłaniają położone w dolinach miasta przed lodowatym powietrzem z kazachskich stepów. Dzięki temu pogoda rzadko się zmienia, a mieszkańcy Biszkeku chwalą się, że mają nawet 300 słonecznych dni w roku. Ale szczególnie dobre warunki do helioterapii (leczenia światłem słonecznym) panują na południu kraju – w dolinie Fergańskiej, która leży na tej samej szerokości geograficznej, co południowe Włochy, Hiszpania, Bułgaria i republiki Zakaukazia. W dodatku w okolicy są piękne lasy liściaste i największe skupisko orzecha włoskiego na świecie. Aż chciałoby się powiedzieć – lepiej niż w Szwajcarii!


Zamaskowani

Skoro jest tak wspaniale, to czemu pół miasta zasłania usta i nosy maseczkami? – zastanawialiśmy się po przyjeździe do Biszkeku. Odpowiedzi udzieliła nam Agencja Ochrony Środowiska Stanów Zjednoczonych. Według jej norm jakości powietrza dopuszczalna ilość pyłu zawieszonego (PM) to 12 mikrogramów na metr sześcienny w ciągu 24 godzin. Wynik Biszkeku – 188 mikrogramów. W opracowanej przez Amerykanów skali ten poziom zanieczyszczeń określany jest jako „bardzo niezdrowy”.


Działające w Kirgistanie Norweskie Towarzystwo Ochrony Przyrody podaje, że choć kraj nie jest ośrodkiem przemysłu ciężkiego, jego środowisko cierpi z powodu dziesięcioleci złego zarządzania ekologicznego. Redakcja eurasia.net twierdzi, że jednym z głównych sprawców smogu, który wisi nad Biszkekiem, jest złe planowanie urbanistyczne. Wybudowano wiele wieżowców w nieodpowiednich miejscach, przez co zaburzona została wentylacja stolicy. Problem stanowią też… góry. Schodzące z nich masy zimnego powietrza przykrywają doliny czapą, która zatrzymuje rozgrzane (i pełne smogu) miejskie powietrze przy ziemi. W kirgiskich miastach jest więc zakłócona zarówno pozioma, jak i pionowa cyrkulacja powietrza, przez co zanieczyszczenia się w nich kumulują. Według agencji informacyjnej 24.kg niska jakość powietrza każdego roku przyczynia się w Kirgistanie do ponad 2500 przedwczesnych zgonów i powoduje szkody zdrowotne w wysokości około 1,4 miliarda dolarów.

Smog nad Dżalalabadem

A smog to zaledwie część problemu tej uzdrowiskowej mekki Azji Środkowej. Zanieczyszczona woda, szczególnie na południu, jest przyczyną licznych chorób. Przed wynalezieniem szczepionki dur brzuszny był jednym z najgroźniejszych zabójców regionu. Na obszarach rolniczych nadmierne nawadnianie i nieskrępowane stosowanie chemikaliów rolnych poważnie pogorszyło jakość gleby. Wpłynęło na to także nieograniczone wypasanie zwierząt gospodarskich (Kirgizi nie mogą żyć bez szaszłyków z baraniny) oraz kopalnie złota i uranu (w ich okolicy do gleby uwalnia się wiele toksycznych substancji).


Można by wręcz powiedzieć, że najlepsze właściwości lecznicze ma w Kirgistanie opuszczenie Kirgistanu. Albo przynajmniej przebywanie poza miastami. Ale z naszych obserwacji wynika, że z wycieczkami w góry jest tu tak, jak u Wisławy Szymborskiej z Krakowem: „Mieszkam w nim, a to znaczy, że go nie zwiedzam” – pisała poetka. Mieszkamy w górach, a to znaczy, że po nich nie chodzimy – mogłoby wyznać wielu Kirgizów, którzy toksyn pozbywają się nie podczas wypadów za miasto, lecz po radziecku – na bani!


Z lekką parą!

Kluczowa scena jednego z najpopularniejszych filmów byłego ZSRR („Z lekką parą”, polski tytuł: „Ironia losu”), dzięki któremu nieśmiertelną sławą cieszy się w tym regionie Barbara Brylska, rozgrywa się właśnie w typowej ruskiej bani. Grupa mężczyzn spotyka się tam w Sylwestra, aby się rytualnie oczyścić przed wejściem w nowy rok. Oczyszczaniu towarzyszy jednak nadmierna konsumpcja czystej (choć raczej nie oczyszczającej) wódki, która zapoczątkowuje dalszy nieoczekiwany bieg wypadków. W telewizji krajów rosyjskojęzycznych fenomen tego filmu można porównać z polskim fenomenem „Kevina samego w domu”, „Znachora” czy „Potopu”. Są święta? Wiadomo, że będzie można obejrzeć.


Nie mamy jednak w Polsce nic, co można by porównać z fenomenem ruskiej bani. Nasze sauny to zazwyczaj przybudówki do basenów czy siłowni. Chodzi się tam na godzinę, by się wygrzać, gdy chwyci mróz, lub zrelaksować po treningu. W byłym ZSRR bania to sposób na spędzenie dnia, spotkanie towarzyskie, wyjście z rodziną. A także miejsce wykorzystywane do higieny osobistej i dbania o ciało. Bilety dzielą się na te uprawniające do wejść „na chwilę” (3-4 godziny) oraz normalne (8-12 godzin). I bywają tańsze niż godzina sauny w Warszawie. Może dlatego, że w Polsce strefy SPA uchodzą za luksus, a w byłym ZSRR są traktowane jako podstawowa potrzeba człowieka (kto nie mieszka w mieście i nie ma bani w okolicy, często buduje ją sobie w domu)?

Ruska bania w Biszkeku, wnętrze męskiej strony jednego z kompleksów

Miejska klientela jest zróżnicowana: od drobnych pijaczków, którzy zrobili parę piwek po pracy i postanowili skończyć się na bani, przez rodziny z dziećmi, osiłków po siłowni, inteligentów i biurowych wymoczków, aż po szamanów sauny odprawiających tajemnicze rytuały, machających ręcznikami i oklepujących się liśćmi, które zapewne czynią cuda. Zróżnicowane są też możliwości spędzania czasu w tych czasem nawet kilkupiętrowych obiektach. Poza standardowym wyciskaniem potu (w ruskiej bani lub saunach fińskiej i parowej) można tam zrobić sobie peeling, manicure, pedicure, depilację, ogolić się i odwiedzić fryzjera oraz kosmetyczkę. Można udać się na masaż, wysmarować się leczniczym błotem lub poddać się uzdrawiającym kąpielom. A kiedy zmęczymy się tą całą troską o ciało, możemy iść do tureckiej łaźni, wyciemnionej strefy relaksu, do palmiarni, sali bilardowej, a nawet na… karaoke! Jest też bar z alkoholami oraz sale dla palących. I jest restauracja – na tyle elegancka, że trzeba się do niej ubrać. W większości pozostałych pomieszczeń obowiązuje bowiem podział na część damską i męską oraz… kompletna nagość (co poniektórzy noszą jedynie tradycyjne kirgiskie filcowe czapeczki oraz przepasają się ręcznikami). A restauracja to przestrzeń koedukacyjna.

Bar w męskiej części kompleksu
Turecka łaźnia

Jako baniowe świeżaki nie chcieliśmy przebodźcować naszych nienawykłych organizmów. Poza wyciskaniem potu i wypoczynkiem w tureckiej łaźni jedno z nas pozbyło się zarostu, a drugie naskórka i udaliśmy się do restauracji, gdzie uzupełniliśmy poziom toksyn zimnym piwem, aby uniknąć szoku, który mogłaby wywołać tak duża i nagła dawka czystego zdrowia. Wychodząc, usłyszeliśmy jeszcze zwyczajowe regionalne „z lekką parą”. To życzenie przyjemnego i skutecznego seansu. Przyjemnego, bo użytkownicy bani wierzą, że dla dobrego człowieka pobyt tam jest lekki, a złemu gorąca para wymierza sprawiedliwe męki. Natomiast skuteczność w przypadku ruskiej bani oznacza, że człowiek wychodzi z niej „lżejszy”, czyli oczyszczony zarówno z toksyn, jak i ze stresu oraz trosk.


Ciepła woda zdrowia doda

Pozostałość radzieckich, a wcześniej imperialnych rosyjskich wpływów, za które uznaje się m.in. ruską banię, to tylko jeden z wariantów zdrowotnego wypoczynku w Kirgistanie. Kąpiel – nawet zimą – nie zawsze wymaga dachu nad głową. Można tu bowiem korzystać z ponad 50 źródeł wód termalnych i subtermalnych. Są wśród nich kąpieliska bogate w jod-brom (Izbasken, Kochkor-Ata), radon (Jeti-Oguz, Kerege-Tash), niskozmineralizowane krzemionki (Issyk-Ata, Ak-Suu) czy solanki bez określonych składników (Segettyu). Są także ogromne pokłady błota, które podobno czyni cuda. A poza kąpielami zaleca się również picie uzdrawiających wód, które przez wieki nasiąkały minerałami we wnętrzu Ziemi, aż pewnego dnia wytrysnęły z kirgiskich gór. W całym kraju jest ponad 130 ujść takich wód, prawie wszystkich znanych rodzajów.

Jezioro Issyk-kul
Góry i lunapark nad Issyk-kulem
Zachód słońca nad Issyk-kulem

Największym akwenem wody-która-leczy jest jezioro Issyk-kul. Jego sekret polega tym, że wpada do niego ponad 80 dużych i małych rzek, dzięki czemu zawiera masę uzdrawiających składników: chlorek siarczanu, sodu i magnezu, azot, metan i siarkowodór. W dorzeczu Issyk-kulu jest też oczywiście zbawienny muł błotny, który – a jakżeby inaczej? – ma właściwości lecznicze. Nic, tylko się pluskać i smarować!

Gorące źródła niedaleko Karakoł (dawny Przewalsk)

Z naturalnego jacuzzi pod gołym niebem korzystaliśmy niedaleko Karakoł (dawny Przewalsk). Po mroźnym dniu na nartach zrzuciliśmy z siebie ciepłe swetry, bieliznę termiczną i wskoczyliśmy do gorącej wody, która zawierała chyba całą tablicę Mendelejewa. Kiedy robiło się zbyt ciepło, można było zmienić zbiornik na taki z wodą lodowatą. – Dla kontrastu, dla zdrowia! – zachęcali lokalni kąpielowi szamani. No to popróbowaliśmy. Ale w ograniczonych ilościach. Przedawkowanie grozi bowiem nieśmiertelnością.


Dla zdrowych i dla chorych

Na wzgórze za Dżalalabadem wjeżdża się około dwudziestu minut. Na szczycie jest przystanek w kształcie tradycyjnej kirgiskiej czapki – kałpaka. Parę metrów dalej brama wjazdowa, za którą wyrastają ławeczki, źródełka i alejki pośród drzew. Między gmachami i gmaszkami z epoki słusznie minionej przechadzają się ludzie. To zajdą do restauracji, która ma wymalowane na suficie symbole wszystkich republik radzieckich, to udadzą się do pijalni leczniczych wód i zaczerpną łyk zdrowia z kranu przypisanego do swoich dolegliwości. My tylko zwiedzamy, ale to nie skansen ani muzeum ZSRR, lecz jeden z prominentnych kirgiskich ośrodków opieki zdrowotnej i wypoczynku.

Wiata przystankowa w kształcie kałpaka
Sanatoryjna alejka w ośrodku „Dżalal-Abad”
Pijalnia leczniczych wód
Wnętrze restauracji z symbolami radzieckich republik wymalowanymi na suficie

Otwieranie sanatoriów i kurortów na dużą skalę zaczęło się w Azji Środkowej w latach 20. XX wieku. W 1924 r. zaczął funkcjonować ośrodek „Dżalal-Abad”, w 1927 r. – ośrodki „Ysyk-Ata” i „Jeti-Oguz”, w 1931 r. – sanatorium kardiologiczne „Kirgistan” we wsi Woroncowa. Nam polecono odpocząć w obiekcie nowszym, choć już nie nowym – „Kirgiskie morze” w Bosteri nad jeziorem Issyk-kul. Oddano go do użytku w roku 1984, od którego chyba niewiele się zmieniło. A przynajmniej niewiele zmieniło się na lepsze.

Ośrodek „Kirgiskie morze” w Bosteri nad jeziorem Issyk-kul

Na pierwszy rzut oka ośrodek może wydawać się imponujący. Ale ostrzeżenie otrzymaliśmy już chwilę po rejestracji. W holu przed recepcją zawalił się fragment szklanego dachu, który nie wytrzymał ciężaru zalegającego na nim śniegu. I był to dopiero początek niespodzianek.

Dziury po szklanych fragmentach dachu w sanatorium „Kirgiskie morze”

„Kirgiskie morze” składa się z trzech wielkich budynków noclegowych, rozległego parku z długimi alejami, licznymi ławkami i pomnikami, obiektów sportowych oraz kilku kawiarni. Ma bezpośrednie wyjście na plażę nad Issyk-kulem. Według oferty kuracjusze i wczasowicze mają do dyspozycji: centra rozrywki, siłownię, saunę, fitobar (nie wiemy co to jest i się nie dowiemy), salon kosmetyczny i fryzjera, kryty basen, nowocześnie wyposażoną salę konferencyjną, salę filmową i koncertową na 450 miejsc, salę taneczną, salon wideo, bar, salę bilardową, automaty do gier dla dzieci i dorosłych, pocztę oraz bibliotekę. Tyle internet. Kiedy dojechaliśmy, okazało się, że znakomita większość tych atrakcji jest nieczynna.

Korytarz nad palmiarnią prowadzący do części zabiegowej
Sanatoryjna stołówka
Automaty do gier
Jedna z nieczynnych kawiarni

Wkrótce dowiadujemy się także, że chociaż dostępne są lecznicze zabiegi, to nie możemy z nich skorzystać bez zgody lekarza. A lekarz dzisiaj już nie pracuje (była godzina 14), jutro też go nie ma. Zlitowała się nad nami pielęgniarka, która nielegalnie zaprowadziła nas do pokoju inhalacji. Przykazała wdychać i nie rozmawiać. Znudziło nam się po kwadransie. Jedna ze smakoszek powietrza z szumiącej miski na patyku wyszła razem z nami i w drodze do windy namawiała nas, żebyśmy koniecznie spróbowali „magnitoturbotronu”. Podobno rezultaty są wspaniałe. Nazwa jest na tyle intrygująca, że obiecujemy spróbować. Tymczasem kolejny dzień spacerujemy zaśnieżonym brzegiem jeziora, wdychamy świeże powietrze i w holu między palmami z nudów liczymy, ile kolejnych części szklanego dachu już się posypało.

Sanatoryjny pokój inhalacji
Parkowa alejka prowadząca nad jezioro Issyk-kul
Plaża nad Issyk-kulem
Główny hol, a za nim palmiarnia

Następnego ranka do sanatorium przybywa lekarza. Kolejka do gabinetu nie ma końca. Poddajemy się. Po obiedzie, przy akompaniamencie awantury, którą kuracjusze urządzili na stołówce dyrektorowi ośrodka (nie wiemy o co, bo jest po kirgisku, ale wygląda na to, że ich oczekiwania również nie zostały spełnione), wyjeżdżamy z mocnym postanowieniem, że następne sanatorium czeka nas dopiero za wiele, wiele lat na kasę chorych. A przeziębienia, których nabawiliśmy się w niedogrzanych pokojach i pod prysznicami z wyłącznie chłodną wodą, postanawiamy wyleczyć biszkeckim smogiem.


Tekst i zdjęcia: Weronika Rzeżutka i Bartosz Wróblewski


Podczas pracy nad tekstem korzystaliśmy z następujących publikacji:
nytimes.com/interactive/2019/12/02/climate/air-pollution-compare-ar-ul.html
eurasianet.org/kyrgyzstans-capital-once-an-island-of-green-drowns-in-smog
24.kg/english/135180_Air_pollution_in_Bishkek_Kyrgzystan_becomes_most_critical_point_in_the_world/
welcome.kg/ru/kyrgyzstan/society/liuyt/
naturvernforbundet.no/international/environmental-issues-in-kyrgyzstan/category937.html