/

Podwójne życie szpiega


„Imię: James. Wzrost: 183 cm. Waga: 76 kg. Budowa: szczupła. Oczy: niebieskie. Włosy: czarne. Blizna na prawym policzku i na lewym ramieniu. Ślady po chirurgii plastycznej na grzbiecie prawej dłoni. Wszechstronny sportowiec. Nie używa przebrań. Języki obce: francuski i niemiecki. Dużo pali (specjalne papierosy z trzema złotymi paskami). Nałogi: pije, ale nie w nadmiarze; kobiety.”

Tak, to o niego tu chodzi. O najbardziej znanego szpiega świata – Jamesa Bonda. Powyższy opis niby zgadza się wyobrażeniem o agencie 007, jakie każdy z nas ma w głowie, ale czy na pewno? 76 kilo wagi przy 183 centymetrach wzrostu? Chudzinka z tego Bonda. A niebieskie oczy? Czy Sean Connery miał niebieskie oczy? Absolutnie nie. I jeszcze te blizny na policzku i ramieniu – widzieliście je kiedyś w filmach o Bondzie? Nie widzieliście. A dlaczego? Bo nie taki jest Bond filmowy. Nie taki, jak w książkach.

Na wpół Fleming, na wpół Bond

Jamajka. Klif nad małą zatoczką niedaleko miasteczka Oracabessa. Willa Goldeneye. To tu Ian Fleming napisał znakomitą większość książek o przygodach Jamesa Bonda. Pierwsza z nich, zatytułowana „Casino Royale”, powstała w 1953 roku. Tam wszystko się zaczyna – Bond dostaje awans i zostaje przeniesiony do sekcji zero zero. Wtedy też (uwaga, spoiler!) zakochuje się bez pamięci w podwójnej agentce Vesper Lynd. Podobno Fleming jej postać wzorował na własnej kochance, którą była Krystyna Skarbek – „ukochana agentka Churchilla” i pierwsza kobieta w Secret Intelligence Service. Imię dziewczyny Bonda zostało wybrane nieprzypadkowo. Ojciec Krystyny, hrabia Jerzy Skarbek, nazywał córkę „Vesperale”, czyli „gwiazdą wieczorną”. Robił tak, bo podobno w noc jej narodzin na niebie rozbłysła Wenus. Gdy książkowa Vesper tłumaczyła Bondowi, dlaczego rodzice wybrali dla niej takie imię, opowiadała podobną historię.

Jednak nie tylko postać Vesper miała swoje korzenie w rzeczywistości. Sam Bond był wzorowany na… Flemingu. Autor książek o agencie 007 przed wojną pracował jako dziennikarz, makler giełdowy, a także korespondent Reutera w Moskwie. Gdy w Europie wybuchł konflikt, Fleming został adiutantem dowódcy wywiadu marynarki brytyjskiej Johna Henry’ego Godfreya, późniejszego pierwowzoru M – bezpośredniego przełożonego Jamesa Bonda. Q też miał swoją inspirację w prawdziwym świecie – Geoffrey’a Boothroyda, angielskiego specjalistę od broni. Swoją drogą fikcyjny Q również nosi nazwisko Boothroyd.

Dodatkowo słabości brytyjskiego szpiega były jednocześnie słabościami Fleminga. Pisarz lubił pławić się w przepychu (o ile akurat zarobił pieniądze), palić papierosy (dziennie nawet około siedemdziesięciu!) i oczywiście przebywać w towarzystwie pięknych kobiet. Wszystkie te cechy „odziedziczył” po nim Bond. Podobnie było z wyglądem – gdyby porównać zdjęcie młodego Fleminga z opisem rozpoczynającym tekst, który właśnie czytacie, nie znaleźlibyście wielu różnic. Fragment pochodzi z powieści „Pozdrowienia z Rosji”.


Żyje się tylko dwa razy

Z pewnością znacie to uczucie: oglądacie film zrealizowany na podstawie książki, którą właśnie przeczytaliście i oceniacie, co było lepsze. Mi przydarzyło się to z kilkoma Bondami. Kiedy kilka lat temu sięgnęłam po powieści, a później porównałam je z filmami, coś mnie uderzyło. Nie byłam zszokowana, ale z pewnością „wstrząśnięta, nie zmieszana”. I wcale nie chodziło tu o różnice w fabule (tak jest np. z „Moonrakerem” – książka i film właściwie nie mają punktów wspólnych). Okazało się, że postaci filmową i książkową wiele łączy, ale jeszcze więcej dzieli. Wygląda to trochę tak, jakby James Bond żył równolegle w dwóch światach – tym na ekranach kin i tym na kartach powieści.

Zasmucę was, ale książkowy Bond wcale nie jest tak zniewalająco przystojny, jak zdołały nam wmówić filmy. Fleming wzorował go na sobie, ale w książkach dodatkowo podkreśla, że agent przypomina piosenkarza i aktora Hoagy’ego Carmichaela. Poszukajcie jego zdjęć w Internecie i porównajcie ze zdjęciami mężczyzn, którzy odtwarzali rolę Jamesa Bonda. Oczywiście to, którego z nich uznacie za najbardziej urodziwego to kwestia gustu, ale dostrzeżecie różnice. Książkowa postać miała mieć „coś chłodnego i bezlitosnego” w wyrazie twarzy. Nie tym kierowano się przy wyborze kolejnych aktorów wcielających się w rolę agenta.

Nie jest tajemnicą, że James Bond nie stroni od alkoholu. Przyjęło się, że jego ulubionym drinkiem jest wytrawne martini – brytyjski agent zamawia je niemal w każdym filmie. Prawda jest jednak taka, że Bond książkowy (a więc pierwowzór postaci!) najchętniej pije… szampana, szkocką i burbona. Ale alkohol to nie jedyna lubiana przez Bonda używka. Nie zobaczycie tego w filmach, ale agentowi 007 zdarza się sięgać po… amfetaminę! Tak szpieg zrobił w powieści „Moonraker”, gdy chciał zachować trzeźwość umysłu podczas gry w karty w kasynie. Dawkę narkotyku rozpuścił w kieliszku szampana. Taka scena w filmie byłaby po prostu nie do pomyślenia. Do tego papierosy – Bond pali średnio sześćdziesiąt dziennie. To element, który od dawna nie pojawia się w ekranizacjach powieści. Ostatnim aktorem, który palił papierosa w tej roli był Timothy Dalton (a było to w późnych latach 80.).

Jest też najważniejsza niespójność – osobowość Jamesa Bonda. Filmy wykreowały go na genialne wyszkolonego agenta, chwilami wręcz superbohatera, który ratuje świat od zagłady. Wiele w tym prawdy – nie można mieć wątpliwości co do umiejętności Bonda, czy do wykształcenia, które odebrał, ale nie ma to nic wspólnego z byciem bohaterem. Pójdę o krok dalej – brytyjski szpieg jest zwykłym człowiekiem, który często wpada w tarapaty na własne życzenie. W wielu książkach znajdziecie opisy tego, co dzieje się w jego głowie – dogłębnych analiz każdej niebezpiecznej sytuacji, w jakiej się znajduje. Opisy sprawiają wrażenie, jakby przedstawiały gonitwę myśli. Wiele z nich jest wręcz paranoicznych (co wynika z doświadczeń szpiega jeszcze z czasów II wojny światowej), a sam Bond jawi się jako człowiek targany bardzo intensywnymi emocjami. W ich gronie dominują strach i obawa o utratę życia. Pasuje do filmowego wizerunku „twardziela”? Zupełnie nie. Oczywiście, szpieg potrafi odsunąć emocje na bok, ale wcale nie jest tak, że robi to w każdej sytuacji. Nie wtedy, gdy w grę wchodzi życie kogoś, kto jest mu bliski – wówczas przestaje być „zimny”. Nie jest też w pełni „tępym narzędziem w rękach brytyjskiego rządu”, mimo profesji, którą się trudni. Książki pokazują wyraźnie, że wcale nie czerpie przyjemności z zabijania i że na taki krok decyduje się jedynie w ostateczności. Potrafi być też bardzo uczuciowy, co zaznacza się w jego stosunku do przedstawicielek płci przeciwnej. Filmowego Bonda postrzegamy raczej jako mężczyznę niestałego w uczuciach (jednak nie oceniajcie go zbyt pochopnie – jeśli nie znacie powodów jego zachowania, odsyłam do „Casino Royale”). Co prawda niemal każda napotkana przez książkowego Bonda kobieta słyszy ten sam komplement („jesteś jedną z najpiękniejszych dziewczyn, jakie w życiu widziałem”), ale odnosi się wrażenie, że jego uczucia są szczere. Agent jest nawet w stanie wyznać, że kocha. I słyszała to nie tylko Vesper Lynd.

Nie taki fikcyjny

O Bondzie mogłabym pisać godzinami. To temat rzeka i z pewnością w tym tekście nie poruszam wszystkich wątków godnych uwagi. Ale poruszam moim zdaniem najważniejszy – że Bond, choć nie jest podwójnym agentem, prowadzi w naszej kulturze podwójne życie. Filmy nieco przekłamały tę postać. Z jednej strony mnie to nie dziwi – taki agent lepiej się „sprzedaje”. Bondy stały się symbolem filmów akcji, a kinomani wprost uwielbiają niedorzeczne chwilami sceny pościgów czy strzelanin. Ale te same filmy niestety zabrały agentowi 007 głębię. Na ekranie nie ma ani potrzeby ani czasu na to, by pochylać się nad złożonością natury szpiega. A owa natura jest bardzo ludzka. W końcu postać Bonda (jak i pozostali bohaterowie serii) czerpie z rzeczywistości. Nie jest tak fikcyjna i pozbawiona realizmu, do jakiej zdążyliśmy przywyknąć. Jeśli chcecie odnaleźć prawdziwego 007, to musicie otworzyć jedną z książek Fleminga. Gwarantuję, że wtedy ujrzycie Jamesa Bonda w zupełnie innym świetle. Może nie jest to literatura najwyższych lotów, ale zaryzykuję stwierdzenie, że postać głównego bohatera skonstruowano w naprawdę przemyślany sposób. A ten mężczyzna nie raz zaskoczy was swoim zachowaniem. Do tego dorzucam koronny argument – przekonacie się na własnej skórze, który z aktorów odtwarzających rolę był najbliżej pierwowzoru. Ostrzegam, że możecie być mocno zdziwieni. Ja mam swojego faworyta, ale jego nazwiska nie zdradzę. W końcu każdy fan tej serii ma swojego ulubionego Bonda. Mój to ten książkowy.