/

Praska mozaika

Kolonie, Nové Město pod Smrkem, Lentilky, Krecik – za dzieciaka Czechy kojarzyły mi się tylko z tym. Na studiach doszło trochę wiedzy. Teraz Czechy to: Masaryk, Beneš, Havel, protektorat, zdrady, naiwność. Obraz szerszy, ale wciąż ubogi. Aby go domalować, trzeba zdecydować się na wizytę u naszych braci z Południa.

Pod wiaduktem przy wzgórzu Vitkov, swój obóz rozbili bezdomni.

Patchworkowe dzielnice

Kończy się pierwszy tydzień lutego. Studenci warszawskich uniwerków odpoczywają już po sesji. Niektórzy pojechali do domów, kolejni znaleźli pracę, część zdecydowała się na narty i inne sporty zimowe. Tymczasem w pociągu relacji Warszawa Wschodnia – Praha hlavní nádraží budzi nas głos lektorki, która informuje o tym, że  dojeżdżamy na miejsce. I wysiadamy… na dworcu głównym w krainie rohlików, piva i knedlików. Obserwacja pierwsza: „praski Sherwood” przy dworcu głównym niezaprzeczalnie opanowali kloszardzi. Czeski odpowiednik naszej straży miejskiej musiał już dawno machnąć ręką i wycofać się z wystawiania mandatów. Co prawda krąży tu kilku mundurowych, ale z bezdomnymi raczej rozmawiają, nie przepędzają ich. Rezultat – na skwerze „osadnicy” mieszają się z podróżnikami pierwszej klasy w firmowych kreacjach, studentami jadącymi na uczelnię lub wracającymi do domu, turystami uzbrojonymi w smartfony i nami, sąsiadami z Północy.

Na dzielnicę Žižkov warto wybrać się na zachód słońca.
Można znaleźć wiele punktów widokowych z Hradczanami na pierwszym planie.

Kierujemy się w stronę przystanku tramwajowego. Stąd pasuje nam każda linia, mieszkamy blisko. Na czas pobytu w Pradze zatrzymujemy się w dzielnicy na wschód od dworca głównego. Žižkov – bo tak się nazywa, położony jest na wzgórzu i płynnie przechodzi w Vinohrady. Według nieoficjalnych danych, na jaki powołuje się mój książkowy przewodnik, na jednego mieszkańca Žižkova przypada więcej knajp niż na obywatela jakiejkolwiek innej dzielnicy praskiej. Cieszymy się, że to tu wylądowaliśmy. Jak się okazało, jesteśmy z dala od turystycznego gwaru, przyjdzie nam tu żyć wśród lokalsów, mało który przyjezdny zapuszcza się tak „daleko”. Przy naszej ulicy znajduje się „Non Stop Bar”, Sara Kebab, klub Osudovka, elegancka kawiarnia, lokale z kuchnią pakistańską oraz  meksykańską. Patchworkowa okolica. Jest tu też nasz (już) ulubiony, malutki sklep spożywczy, prowadzony najprawdopodobniej przez Wietnamczyków, którzy przyjeżdżają tu za pracą i otwierają swoje sklepiki, będące konkurencją dla supermarketów.

Miejscowy klimat

Codziennie rano wstaję, żeby kupić na śniadanie świeże rohliki. Chociaż nie wiem, czy one mogą być nieświeże, zawsze smakują tak samo, ale mi to pasuje. W Czechach nie wyobrażam sobie innego śniadania. Poranków na Žižkovie nie da się wymazać z głowy. W ciągu tygodnia uczniowie biegną na tramwaj i jadą do szkoły, dorośli do pracy, właściciele sklepów i restauracji otwierają lokale, dzielnica powoli budzi się do życia. Sytuacja zmienia się w weekendowe poranki. We wnękach w ścianach budynków stoją puste butelki, puszki, plastikowe kubeczki z niedopitymi trunkami. Widziałam raz nawet szklankę, którą „właściciel” zapomniał pewnie odnieść do jednego z barów. Obok leżą też puste paczki po papierosach. Na chodniku tu i ówdzie schną w lutowym słońcu wymiociny. Młodzież po imprezach wraca do domów, gdzie będą leczyć kaca, pod non stop barami stoją najwytrwalsi zawodnicy – starsi panowie, którzy dalej sączą piwo.

Skręcanie papierosów odbywa się w każdych sprzyjających warunkach.

Dni w Pradze mijają szybko, każdy z nich jest podobny, zwiedzamy miasto na swój sposób, kierując się mapą lub intuicją. Trafiamy też na most Karola, jedno z najbardziej reprezentatywnych miejsc w Pradze. W ciągu dnia nie czujemy potrzeby, żeby przejść nim nad Wełtawą. Zresztą, nawet jakbyśmy chcieli, nie wiem czy znalazłoby się dla nas miejsce. Tysiące ludzi zgromadzonych na moście stanowi tak gęstą masę, jak pasażerowie w wagonach warszawskiego metra podczas godzin szczytu. Odpuszczamy. Gdy zbliża się wieczór, chcemy przeżyć go jak należy. Decydujemy się na „przesiąkanie miejscowym klimatem”. Stoimy na ulicy pełnej barów, knajp i klubów, każdy z nich okupuje masa młodych ludzi. Wchodzimy do jednego z nich. Jest to pub z kręglami, bilardem, starymi automatami do gier video. Zostajemy. Kupujemy po Kozelu Černým i partię w bilarda. Obserwujemy przy okazji ludzi bawiących się dookoła. Są bardzo podobni do nas, tylko mówią po czesku. Jest piątkowy lub sobotni wieczór, więc muszą odreagować cały tydzień. Śmieją się, piją, palą papierosy, bawią się, tańczą, cieszą swoim towarzystwem.

Hierarchia społeczna

Ostatni dzień w Pradze mogę spędzić sama. Mój towarzysz podróży ma taką ciekawą pasję że jeździ po stadionach i meczach różnych dyscyplin, by osiągnąć jeden cel – zobaczyć ich jak najwięcej. Każdy z nas z Pragą chce pożegnać się na swój sposób. Realizuję więc moją pasję – obserwuję zwykłych ludzi przez wizjer aparatu i utrwalam ich. Praga jest pod tym względem bardzo hojna. Na jednym skwerze, już zaledwie kilkaset metrów od naszego zakwaterowania zbieram pierwsze plony. Na przystanku stoi młody chłopak, przedstawiciel popkultury heavy-metalowej. Założył glany, ciemne dżinsy i skórzaną kurtkę, na głowie ma czerwony irokez, w uszach słuchawki.

[migawka]

Pod pizzerią stoi dwóch mężczyzn, najprawdopodobniej wyszli na dwór, by zaczerpnąć świeżego powietrza, co wnioskuję po odpalonym papierosie.

[migawka]

Ze sklepu spożywczego zaraz obok wychodzi przygarbiony mężczyzna. W lewej ręce trzyma zapewne ulubione piwo – Branik, które w przeliczeniu na naszą walutę kosztuje niecałe 2 złote. I ten pan wyszedł się „przewietrzyć”, papieros w prawej dłoni.

[migawka]

Po drugiej stronie ulicy obrazek inny, ale nie mniej ciekawy. Starsze panie, pewnie koleżanki z sąsiedztwa, spotkały się na popołudniowe pogaduszki. Towarzyszą im trzy psy, z czego jeden zajął miejsce honorowe – siedzi z damami na ławce.

[migawka]

Na tym samym skwerku przebywa grupka młodych ludzi, dwie dziewczyny i trójka chłopaków. Męska część towarzystwa, chcąc urządzić małą demonstrację siły, podbiegła ochoczo do przygotowanej przez miasto siłowni pod chmurką. I zaczyna się pokaz podciągania na drążku. Stawka jest wysoka – wzrok uznania ze strony dam. Uznanie widać.

[migawka]

Idę dalej. Na ławkach w parku siedzi grupka bezdomnych. Urządzili sobie tutaj swój kącik. Częstują się nawzajem piciem i jedzeniem, rozmawiają. W tle widać ciężko pracujących robotników budowy, stawiających kolejny budynek w tej części Pragi.

[migawka]

Po lewej stronie właściciel restauracji odbywa właśnie spotkanie z architektem. W skupieniu więc pochylają się nad projektem i rozmawiają.

[migawka]

Moje poczynania obserwuje uważnie pani w oknie pobliskiej kamienicy. Na parapecie stoi plastikowe pudełko, a w nim stygnie rosół lub galaretka.

[migawka]

A teraz wisienka na torcie, ostatni przystanek. Przede mną Plac Wacława. Stoję przy stacji metra Můstek. Po pierwsze, zaskakuje mnie ogrom turystów. Jest ich tutaj naprawdę dużo pomimo zimnego lutowego powietrza. Po drugie, graniczą tu ze sobą odmiennie światy. Po dwóch stronach Placu Wacława w starych kamienicach swoje sklepy umieścili projektanci światowej sławy, szyldy luksusowych marek aż biją w oczy, tak samo jak (pozwolę sobie użyć tego sformułowania) tandetne, czerwono-zielone salony masażu tajskiego, w których klientów masuje się przy jednym z najbardziej zatłoczonych chodników w mieście. Grajkowie uliczni też tu są, nie mogłoby ich zabraknąć. Rozstawiają się na całej długości ulicy, jest im wszystko jedno pod jakim lokalem stoją: drogim, czy tanim, eleganckim, czy przeciętnym. Nie przejmują się tym. Chcą być słyszani. I są.

Karlův most

Kilka dni w Pradze to za mało. Za mało by być z Czechami w ich życiu codziennym. To za mało, by ich poznać. Obserwować jednak można i sprawia to ogromną satysfakcję. Cieszę się, że mogłam nieco uzupełnić obraz z dzieciństwa. Nie domalowałam go jednak do końca, to wymaga czasu i cierpliwości. Kiedyś tu wrócę i postaram się odnaleźć kolejne elementy. Póki co jedno jest jednak pewne i chyba nigdy się nie zmieni – most Karola zawsze będzie zatłoczony, nawet w zimne, lutowe popołudnie.

W godzinach turystycznego szczytu nie ma nawet co marzyć
o przejściu nad Wełtawy Mostem Karola.

Tekst i zdjęcia: Joanna Leśnicka

Wpisy

Studentka dziennikarstwa i medioznawstwa, pochodząca z zachodniej Polski. Do kręgu jej zainteresowań należy fotografia – na zdjęciach uwiecznia naturę oraz ludzi w codziennych sytuacjach. Lubi przyglądać się społeczeństwu, a w kwestiach politycznych i światopoglądowych stara się szukać złotego środka. Żyje w przekonaniu, że to siatkówka jest sportem narodowym.