Centrum Kapuścińskiego

Ludzie zostali przyzwyczajeni do tandety prasy. To nie jest tak, że czytelnik od zawsze pragnął tylko pudelkowatych informacji o celebrytach. To media, idąc na łatwiznę, ukształtowały w dużej mierze taki gust czytelniczy – mówi w rozmowie o polskim rynku medialnym prof. Janusz Adamowski, dziekan Wydziału Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii UW.

 

 

Czy współczesne media są w jakiś sposób zagrożone?

Jeśli chodzi o media tradycyjne, na pewno zagrożona jest prasa drukowana. Niektórzy przewidywali jej śmierć jeszcze w tej dekadzie. Myślę, że to wykluczone. Nadal bowiem istnieje grupa ludzi, która lubi szelest papieru, zapach farby drukarskiej. To pewnego rodzaju misterium: czytanie gazety w fotelu, wieczorem, przy dyskretnym świetle. Sam temu misterium ulegam. Ale bez wątpienia prasa drukowana, w jej klasycznej, papierowej postaci, powoli umiera. Zagrożona jest też telewizja, choć jej się nadal roi, że jest głównym środkiem przekazu. Ona za chwilę zniknie kształcie, w jakim ją obecnie znamy. Już widać, że przewagę mają stacje tematyczne. Stacje ogólnoinformacyjne, które kiedyś obejmowały w Polsce 95 procent rynku, dziś zajmują mniej niż jego połowę. Ale możemy też mówić o innym zagrożeniu dla współczesnych mediów – jego przyczyną jest nieudolna działalność ustawodawcza, która m.in. może spowodować, że media utracą wolność i zaczną umierać. Myślę, że takie zagrożenie istnieje. Im bardziej autorytarna władza, tym bardziej chce ograniczyć środki przekazu. Jeśli media, które cenią swobodę, miałyby być wykorzystywane tylko do  działalności propagandowo-agitacyjnej, pewnie będą wolały zniknąć.

 

Czy takie zagrożenie widzi pan dla polskich mediów?

Mówi się o próbach repolonizacji środków przekazu. Odczytuję to hasło także jako próbę przejęcia kontroli nad niektórymi rodzajami mediów. Mówi się też o mediach narodowych, ale termin „media narodowe” oznacza dzisiaj media państwowe lub partyjne. Tutaj także upatrywałbym zagrożenia.

 

Z czego to może wynikać?

Wygląda na to, że to próba przejęcia kontroli nad wszystkim i wszystkimi. Takie podejście: „to, co jest niezależne, powinno być nam w jakiś sposób  podporządkowane, bo skoro sprawujemy władzę, to należy nam się również to”. To nie jest dobra metoda budowania prawdziwie demokratycznego społeczeństwa, dla którego pluralizm opinii ma znaczenie szczególnie istotne.

 

Można kontrolować prasę, telewizję, czy radio, to Internet nie…

Tylko młodym wydaje się, że kontrolowanie Internetu jest niemożliwe. Ale przecież można zbudować narodowy Internet w wersji mocno kaleczonej, tak jak w Korei Północnej czy Chinach. Wtedy mamy tylko złudzenie wolności. Internet wcale nie jest przestrzenią nieograniczonej swobody.

 

Jak temu zapobiec?

Potrzebna jest władza, która rozumie, że media muszą być autentycznie wolne.

 

Co w tej sytuacji mogą zrobić dziennikarze i pracownicy mediów?

Wiele może solidarność środowiskowa. Im silniejsze środowisko dziennikarskie, tym lepiej dla mediów. W krajach, w których działają silne związki dziennikarskie, jak National Union of Journalists w Wielkiej Brytanii, media masowe stanowią rzeczywistą potęgę. One też oczywiście nie są do końca niezależne, nie ma bowiem kompletnie wolnych instytucji medialnych, niemniej jednak ten zakres swobody jest dużo większy aniżeli w krajach, gdzie to środowisko jest rozwarstwione, skłócone, zwłaszcza na tle politycznym. W Polsce takiej solidarności nie widzę. Środowisko jest podzielone ideologicznie, działa kilka związków dziennikarskich, które z punktu widzenia zwłaszcza młodych dziennikarzy nie mają znaczenia, bo niczego im nie zaoferują. Nie są silnymi organizacjami lobbującymi na rzecz środowiska, nie są pomocne. Są takim gadżetem na medialnej mapie kraju.

 

Jakie jeszcze problemy ma polski rynek medialny?

Słabością polskich mediów jest po pierwsze ich nadmierne upolitycznienie. Silna polityzacja środków przekazu sprawia, że mamy wrogie sobie obozy i po tych dwóch stronach barykady stoją wrogie sobie media. Widać gołym okiem, kto jest z kim i przeciw komu. Po drugie, ciągle problemem  naszego rynku medialnego jest słabość kapitałowa. Wystarczy odcięcie od takiego czy innego kurka, z którego płynie zasilanie finansowe i już  zaczynają się kłopoty. Dziś właściciele medialni starają się żyć dobrze z każdą władzą, bo dysponuje ona narzędziami, które mogą ograniczyć aktywność tych mediów: można odebrać koncesję, można jej nie przedłużyć. Można nie dać ogłoszeń takiej czy innej gazecie i to powoduje  problemy, tak jak to się dzieje teraz z kilkoma tytułami prasowymi, uznanymi przez obecną władze za jej przeciwników.

 

Słabością jest też uwiąd polskich mediów regionalnych. Nawet w PRL-u w miastach wojewódzkich istniały przynajmniej dwie, a najczęściej trzy gazety: jedna tak zwana czytelnikowska, jedna bezpośrednio podporządkowana PZPR i jedna popołudniówka. Większość z nich przetrwała pierwsze, bardzo trudne dla drukowanych środków przekazu, lata polskiej transformacji. Ale później było już tylko gorzej. Dzisiaj na palcach jednej ręki można policzyć miasta, w których funkcjonuje więcej niż jedna gazeta codzienna. A prasa regionalna jest, jeśli chodzi o jej jakość, w większości przypadków (że użyję tego  określenia) żałosna. Śledzę ją i obserwuję, jak słabnie niemalże z roku na rok. Dodatkowo, jest poddana procesowi monopolizacji, bo właściwie jest tylko jeden właściciel – grupa z Passau. Media lokalne są też w dużej mierze zależne od zasilania zewnętrznego. Nie mogą wypracować silnej pozycji  przy pomocy własnej działalności. Zdane są na różnego rodzaju sponsorów, niekiedy szemranych. Taką swoistą patologią tego rynku są też media  samorządowe, które w wielu przypadkach są mediami dworskimi, stworzonymi przez starostę, burmistrza czy naczelnika. Aktywizują się zwłaszcza  przy okazji wyborów, bo wtedy jest czas na pokazanie wszelkich dokonań ich dysponenta.

 

Czy są jakieś silne strony naszego rynku medialnego?

Jego zdywersyfikowanie oraz swego rodzaju kompletność, oznaczająca iż funkcjonują na tym rynku wszystkie rodzaje środków przekazu, od  tradycyjnych (jak gazety i czasopisma drukowane)  aż po portale internetowe oraz tzw. media społecznościowe. Media w Polsce prezentują dzisiaj  pełne spektrum poglądów. Po drugie jest to rynek bogaty – dzienniki i czasopisma są różnorodne i reprezentowane na wszystkich szczeblach,  podobnie rzecz się ma z radiofonią i wielotematyczną telewizją. W porównaniu z rynkiem medialnym PRL-u to rynek relatywnie dojrzały, dość dobrze rozwinięty. Niemniej jest on nadal niestabilny, bo obarczony różnego rodzaju negatywnymi zjawiskami, o których nieco już wspominałem wcześniej.

 

Jak pan widzi przyszłość młodych dziennikarzy w Polsce?

Nie jest im łatwo, to widać wyraźnie. Zmuszanie przez pracodawców do samozatrudnienia, pozbawianie poczucia pewności zatrudnienia nie jest  rzeczą prostą, zwłaszcza dla młodego człowieka, który często na starcie swojej kariery zawodowej obarczony jest już rodziną, którą trzeba utrzymać. Trzeba więc walczyć o wszystko: o mieszkanie, opłacenie rachunków, godne życie… Młodzi mają poczucie niestabilności. Słynne umowy śmieciowe  albo nakazanie młodemu dziennikarzowi, żeby się sam siebie zatrudnił i sam za siebie płacił ubezpieczenie, to na pewno rzecz upokarzająca. Ale z  drugiej strony, rynek jest na tyle dynamiczny, że można znaleźć dla siebie jakąś niszę: tworzone są portale, vortale, różnego rodzaju  wyspecjalizowane gazety i poradniki internetowe. Można powiedzieć, że dla ludzi innowacyjnych, mających chęci do pracy i talent to czas ciekawy,  bo nikt ich w takich działaniach nie ogranicza.

 

Czy media to czwarta władza?

Nie tyle media, co ich właściciele. Dziennikarze (i bardzo nad tym boleję) są jedynie, przepraszam za wyrażenie, „klawiaturami do wynajęcia”. I widać  to wyraźnie, również w Polsce. Każdego dziennikarza można się łatwo „pozbyć”, nawet jeśli ma znakomite nazwisko i wypracowaną przez lata  pozycję. Niejeden był taki przypadek, kiedy świetni dziennikarze byli spychani w kąt, kiedy się okazało, że mogą być niewygodni, np. z punktu  widzenia interesów władzy, z którą taki czy inny „magnat medialny” próbował mieć dobre relacje.

 

Paradoks: media kształtują opinie, ale prestiż dziennikarstwa upada…

Tak się dzieje, to smutna prawda. Po pierwsze dziennikarstwo prawdziwe, ambitne, niestety zanika. Właściciele mediów oszczędzają coraz bardziej, bo czasy nie są łatwe. W związku z tym kwitnie dziennikarstwo „śmieciowe”. Coraz mniej nawet wielkich gazet czy czasopism hołduje dawnym tradycjom np. ambitnego reportażu, bo to bardzo kosztowny gatunek. Likwiduje się stanowiska korespondenckie, ogranicza wyjazdy zagraniczne, bo  to wszystko kosztuje. Jest coraz więcej amatorszczyzny, pustosłowia. Język, którym posługują się dziennikarze, woła niekiedy o pomstę do nieba.  Człowiek, który uprawia bełkot i na każdym kroku wykazuje niedoskonałości warsztatowe, nie może być autorytetem. Prestiż budowany na tak kruchych podstawach musi upaść.

 

Może dziennikarze przystosowują się do warunków, jakie panują?

Powiedzenie, że takie są media, bo takie jest zapotrzebowanie, wydaje się trochę bałamutne. Ludzie zostali przyzwyczajeni do tandety prasy. To nie  tak, że czytelnik od zawsze pragnął tylko „pudelkowatych” informacji o celebrytach. To media, idąc na łatwiznę, ukształtowały w dużej mierze taki  gust czytelniczy. Wygodniej było zamieścić zdjęcia celebrytki w intymnej sytuacji, niż zapełnić to miejsce ambitnym tekstem. Ale z drugiej strony  myślę, że jest dużo tęsknoty za mediami ambitnymi, zwłaszcza w grupie osób lepiej wykształconych.

 

Dlaczego więc sytuacja prasy opinii jest tak słaba?

Trochę za to odpowiada państwo poprzez swoją nieudolną politykę edukacyjną. Mimo iż formalnie mamy bardzo wysoki poziom skolaryzacji, to  faktycznie nie zaoferowaliśmy młodym ludziom wykształcenia na najwyższym poziomie. Wyszli na rynek pracy tylko formalnie z wyższym  wykształceniem, ale w rzeczywistości dość marnie wyedukowani. Ten bum edukacyjny, niestety, wcale nie sprawił, że podniosły się wymagania intelektualne; wprost przeciwnie, mam wrażenie że dość mocno obniżyły się. Ludzie, którzy stali się elitą lokalną, nie mieli tych potrzeb  ustawionych” na odpowiednio wysokim poziomie. I do tego dostosowały się też media. Także regionalne i lokalne. Zniknęła niemal zupełnie regionalna prasa kulturalna czy społeczno-polityczna. A kiedyś było takich tytułów sporo – w Łomży, w Chełmie, w Toruniu. Można chyba powiedzieć, iż to, że prasa ambitna zamiera, jest winą pewnego spłaszczenia intelektualnego społeczeństwa. Prawdziwe elity intelektualne skurczyły się.

 

Można zauważyć potrzebę powrotu do bardziej ambitnych mediów…

Nie mam złudzeń: ta tęsknota jest, ale nie powszechna. Ciągle króluje telewizja, w młodym pokoleniu Internet, a tam treści lekkie, łatwe i przyjemne. Wspomniany już portal Pudelek pewnie by nie istniał, gdyby nie popyt na jego usługi. Mam jednak nadzieję, że potrzeba spotkania się z bardziej  ambitnymi treściami nie zamrze całkowicie, a solidne portale internetowe, stacje radiowe czy telewizje informacyjne, w sposób kompetentny objaśniające coraz bardziej złożoną rzeczywistość, znajdą dla siebie stabilne miejsce na coraz mocniej zróżnicowanym rynku medialnym.

 

Rozmawiała Magda Gontarek

Please Enter Your Facebook App ID. Required for FB Comments. Click here for FB Comments Settings page

Zobacz też:
Chłopiec z Placu Broni

Chłopiec z Placu Broni

Prezentujemy pierwszy fragment naszej książki "Bratanki. 11 niezwykłych portretów"
Hanna Polak: Razem z bohaterami walczy o lepsze czasy

Hanna Polak: Razem z bohaterami walczy o lepsze czasy

Z reżyserką, producentką i autorką zdjęć Hanną Polak rozmawia Bartosz...
Misterium ciała

Misterium ciała

"Pamiętam dokładnie swoją pierwszą sekcję zwłok"

Name required

Website