Centrum Kapuścińskiego

Do tej pory muzycznego Pulitzera wygrywali muzycy operowi i jazzmani. Informacja o nagrodzie dla Kendricka Lamara za album DAMN. Była więc prawdziwą niespodzianką. Werdykt mówi o „wirtuozerskim zbiorze utworów scalonych potoczną autentycznością i rytmicznym dynamizmem, który oferuje słuchaczowi uchwyconą i opisaną kompleksowość życia Afro-Amerykanów w czasach nowoczesnych”.

 

 

Co to oznacza dla postrzegania rapu przez Polaków? Pewnie bardzo niewiele, tym bardziej, że zdecydowana większość moich rodaków nie wie czym jest nagroda Pulitzera, a jeszcze mniej, że muzyka jest jedną z jej kategorii. A co to oznacza dla fanów rapu? Świetny argument w niekończących się dyskusjach o „pełnej przekleństw muzyce dla idiotów”. Na początek uwaga ogólna: jeśli któryś raper miał dostać Pulitzera, to właśnie Kendrick Lamar. No, ewentualnie Lupe Fiasco, ale on niestety nie jest szerzej znany. Kendrick, co dostrzegło jury nagrody Pulitzera, od lat łączy świetne rapowe kompozycje, często trafiające na szczyty list przebojów, z tekstami poruszającymi problemy ważnymi nie tylko dla czarnoskórej społeczności w Stanach. Przykładem kawałek Swimming Pools z płyty Good Kid, M.A.A.D City – problem alkoholizmu i wewnętrznej walki z nałogiem to kompozycja mogąca spokojnie zabrzmieć w radiu, na wakacyjnej składance, czy, o ironio, na imprezie. Zresztą ten problem na polskim rynku poruszył później w podobny sposób KęKę. Jak więc widać umiejętnie dobierając twórców i utwory, można stworzyć kronikę codziennego życia społeczeństwa i przegląd całego spektrum jego rozterek oraz codziennych wzlotów i upadków.

 

Na przestrzeni lat rap ewoluował i, podobnie do rocka, rozbił się na dziesiątki podgatunków, trafiając do naprawdę niezwykle różnorodnych słuchaczy. W kolebce kultury hip-hop już nikogo nie dziwi, że raper może mieć im do przekazania coś więcej, niż tylko prymitywne piosenki o mocno zakrapianych alkoholem i zasypanych tonami kokainy imprezach. Raperzy weszli nawet na salony, goszcząc na urodzinach Baracka Obamy w Białym Domu. Nie mogę więc zrozumieć dlaczego rodzimym hip-hopowcom nie udaje się przenieść do radia sukcesów z zestawień OLIS-u, gdzie panują niepodzielnie. Pomijając pojedyncze przypadki będące często raczej przykładem hiphopolo niż rapu.
W dzisiejszych czasach poziom tekstów w piosenkach dramatycznie spadł i próżno szukać następców Osieckiej, Kofty, czy Młynarskiego. Dla ludzi tęskniących za wartościowymi „piosenkami z tekstem”, umiejętnie wyselekcjonowany rap może być odpowiedzią. Jeżeli wyłączymy na chwilę wewnętrzną dewotkę i uznamy, że wulgaryzmy i przekleństwa w rapie to licentia poetica, otrzymamy pełen opis naszego społeczeństwa – od pogierkowskich szarych bloków po nowoczesne szklane apartamentowce. Wszystkim nieprzekonanym polecam płytę Nawiasem mówiąc Łony i Webbera, będącej metaforycznym opisem rodzimych przywar i paranoi.
Wspomniane wcześniej zestawienia OLIS-u wskazują, że ignorując rap, polskie mass media tracą szansę na zdobycie dziesiątek, jeśli nie setek tysięcy słuchaczy i widzów. Owszem, dostrzegam powolne ruchy w kierunku raperów, jednak mam poważne wątpliwości czy akurat Popek i Peja są najlepszymi ambasadorami rodzimej kultury hip-hop. Prawda jest taka, że w kwestii muzyki to radio i telewizja kształtują upodobania większości odbiorców, a nie odwrotnie. Może więc warto dać w końcu rapowi prawdziwą szansę?
Jakub Banan Banasik

 

 

Please Enter Your Facebook App ID. Required for FB Comments. Click here for FB Comments Settings page

Zobacz też:
Chemik schodzi na złą drogę

Chemik schodzi na złą drogę

O Kacprze Choromańskim, który zawodowo analizuje krwawe ślady, pisze Anna...
Koczownicy z dachu świata

Koczownicy z dachu świata

Fotoreportaż z Czangtangu
Który to świat?

Który to świat?

Druga część opowieści o Malezji. Pisze i fotografuje Weronika Rzeżutka...

Name required

Website