/

Przyjaciele najmłodszych

Pamiętam jak dziś, kiedy moja mama, raz w tygodniu, zaraz po odebraniu mnie z przedszkola, szła do czerwonej budki i z nowym „Przekrojem” kupowała dla mnie „Misia” albo „Świerszczyk”. Dziś nie ma już ani „Przekroju”, ani „Misia”, czerwonego kiosku koło naszego domu zresztą też nie.

 

 

Ostał się jedynie „Świerszczyk”, który od ponad 70 lat bawi i uczy dzieci w wieku przedszkolnym. Nie wiadomo tylko, ile jeszcze lat zabawi, bo większość dziecięcych pism, które szczycą się tradycją, a przede wszystkim wysoką jakością, podziela ten sam los – umierają zapomniane.

 

„Miś”, którego czytałam w latach 90., został założony w 1957 roku przez poetę Czesława Janczarskiego. Na potrzeby pisma wymyślił brunatnego niedźwiadka z jednym oklapniętym uszkiem, którego później przedstawił grafik Zbigniew Rychlicki. Miś Uszatek był nie tylko patronem czasopisma, ale także został gwiazdą Dobranocki po tym, jak ożywiło go i zatrudniło Studio Filmowe Se-ma-for.

 

I tak blask „Misia” nie gasł, kochały go dzieci w latach 50., 60., 70., 80., 90. Kochały i w pierwszej dekadzie XXI wieku. A potem wierszyki, opowiadania i profesjonalne ilustracje przestały cieszyć. Historie o Misiu Uszatku stały się nudne, w dobie komputerów wyklejanki i kolorowanki przestały spełniać swoje funkcje, a niekrzykliwa szata graficzna nie nadążała za modą. W 2010 roku skończyła się era „Misia”. I nie tylko jego, bo w tym samym czasie upadła „Ciuchcia” – lubiane pisemko „nie tylko dla grzecznych dzieci”, któremu patronował duet Kulfon i Monika. Roztrzepany i beztroski czerwony Kulfon, który szczycił się swoją kozią bródką, olbrzymim nosem i wielkimi pąsowymi uszami, oraz zielona, zawsze rozważna i odpowiedzialna żaba Monika, która miała rzęsy niczym z reklamy Max Factor, bawili młodszą widownię Dobranocki. Sukces telewizyjny postanowiono przekuć w sukces wydawniczy. Powstała „Ciuchcia” – mądra, ciekawa i nieco zawadiacka. Na nic się jednak zdały komiksy, rebusy i łamigłówki, kolorowe ilustracje i cała masa dodatków: płyt z kreskówkami, animowanymi filmami i dziecięcymi piosenkami. Gazetka upadła.

 

 

Taki sami los spotkał „Zwierzaki” – pismo zoologiczne, które było flagowym produktem wydawnictwa Prószyński i S-ka. Wychodziło w latach 90. i pamiętam, że ukochała je sobie moja babcia. Do dzisiaj wspomina duże ilustracje, profesjonalne zdjęcia, a przede wszystkim papier. „Zwierzaki” drukowane były niemal na kartonie. Kartki ledwo można było zgiąć. I jeszcze ten rzadko spotykany obecnie format – kwadratowy. Pismo było stonowane; dużo fotografii zwierząt, dużo tekstu, przystępny język – w końcu „Zwierzaki” adresowane były do młodszych czytelników. Ale nie przyjęły się. Za mało czytelników.

 

Przyznam, że bardziej ujęli mnie jednak „Przyjaciele z zielonego lasu” – tygodnik wydawany od 1999 do 2001 roku, który postał na kanwie serialu animowanego dla dzieci o tytule „Zwierzęta z zielonego lasu”. Na pierwszych stronach drukowana była ilustrowana historia przygód tytułowych bohaterów, następne zajmował artykuł o wybranym gatunku zwierzaka. Dalej znajdował się zawsze poradnik: jak bez trudu narysować żabę, lisa, borsuka albo jelenia, i kącik ciekawostek ze świata fauny i flory. Zawsze też było miejsce na gry, łamigłówki i zabawy. Pamiętam, że jedną grę wyjątkowo sobie upodobałam. Trzeba w niej było omijać niebezpieczne żmije, a że do rozgrywki potrzebne były dwie osoby, mój wzrok jedynaczki kierował się w stronę babci – na swoje nieszczęście musiała wtedy ze mną spędzać całe godziny!

 

 

Ze wszystkich tych gazet uchował się więc jedynie „Świerszczyk”, który wydaje się ostoją profesjonalizmu i przyzwoitości na rynku czasopism dla dzieci. Reszta gazet, którą można spotkać w kioskach, to tylko masa krzykliwych tytułów: „Angry Birds”, „Auta”, „My little pony”, „Barbie”, „Hello Kitty” „Monster High”, „Hot Wheels”. W tej kolorowej prasie właściwie nawet nie trzeba się zastanawiać – od razu wiadomo: różowo-fioletowo-czerwone dla dziewczynek, niebiesko-czarno-zielone dla chłopców. Można w nich poczytać o Kitty celebrity – czyli Justinie Biberze i innych utalentowanych wokalistach („Hello Kitty”), modnych nastolatkach ze szkoły o dziwnie brzmiącej nazwie – Straszyceum („Monster High”) i o przygodach pięknej i zawsze nienagannie umalowanej Barbie, której głównym problem jest wybór kroju nowej sukienki („Barbie”).

 

W lawinie różu, postaci z gier komputerowych, lalek i samochodów na baterie nie ma już miejsca na misia z opadniętym uszkiem, czerwonego stwora i żaby z wielkim uśmiechem. Nie ma już zwierzaków, ciuchcia odjechała. Jedynie świerszczyk jeszcze gra, choć coraz ciszej. Kulfonie, co z nas wyrośnie?

 

Aleksandra Zbróg