Przypadkiem kupiłem Miłosza

 

Prezentujemy trzeci już fragment reportażu z książki „Bratanki? 11 niezwykłych portretów”, opowiadający historię węgierskiego poety Gabora, który po lekturze wierszy Czesława Miłosza postanowił nauczyć się języka polskiego, by móc czytać je w oryginale. I został tłumaczem polskiej poezji na język węgierski.

 

Prawdziwy poeta musi tłumaczyć. Tłumaczenie to lekcja pokory. W dzisiejszym świecie każdy jest egoistą, a tłumacz pracuje zazwyczaj bez interesu, bo nie ma z tego ani sławy, ani pieniędzy. To praktyka ducha – coś bardzo ważnego – uważa Gábor Zsille (fot. Bartosz Wróblewski) 

 

 

(…)

 

Dwa chrzty

 

Ojciec Gábora nie był wierzący, ale nienawidził komunistów. Dawał synowi do czytania nielegalną literaturę. Był przychylny wobec kościoła jako instytucji przeciwnej ustrojowi, a nie wspólnoty wiernych. Gábor miał 12 lat, kiedy zamordowano Jerzego Popiełuszkę; lat 9, kiedy Mehmet Ali Ağca dokonał nieudanego zamachu na Jana Pawła II. Wiedział o tym, mimo że był dzieckiem. Ojciec wychowywał go w duchu nienawiści do panującego ustroju. Chrzest syna nie był dla niego aktem wiary. Był gestem politycznym.

 

Nieformalny, lecz za to prawdziwie religijny chrzest Gábor przyjął w wieku 16 lat, gdy nawrócił się, wracając ze szkoły. Po drodze do domu mijał rzymskokatolicki kościół. Zapukał do drzwi. Otworzył proboszcz. Powiedział, że chciałby zacząć uczęszczać na katechezy. Ksiądz wyraził zgodę i od tej pory Gábor stawał się coraz bardziej gorliwy. W wieku 18 lat zdecydował, że będzie studiował teologię. Po roku porzucił studia i został adeptem seminarium duchownego w Esztergomiu i Szegedzie, gdzie spędził sześć lat. Dziś nie jest księdzem. Nigdy nim nie był.

 

Poezja kontra kościół

 

Kościół na Węgrzech nie był w tak silnej opozycji wobec ustroju socjalistycznego, jak miało to miejsce w Polsce. Według Gábora około 20%  kleryków i kapłanów kolaborowało z władzami. W seminarium Gábor był na cenzurowanym, chociaż nie wywołał żadnego skandalu ani nie miał skłonności do alkoholizmu, pedofilii czy homoseksualizmu. Pisał wiersze. W wieku 20 lat opublikował je w pewniej antologii, a następnie drukował go jeden z najlepszych tygodników na Węgrzech – „Élet És Irodalom” (czyli „Życie i Literatura”). Pewnego dnia ówczesny rektor (István Horváth) powiedział mu: „Poezja jest niebezpieczna i nie ma na nią miejsca obok eucharystii”. Gábor nie potrafił się podporządkować. Prosił arcybiskupa László Dankó o święcenia kapłańskie, lecz odmówiono mu, ponieważ uznano, że nie jest ich godzien. Rektor, który zadecydował o losie Gábora, okazał się alkoholikiem.

 

Młody poeta silnie przeżył odtrącenie przez kościół. Przez dwa miesiące nie mógł spać, nie miał apetytu. Uciekł z seminarium nad Balaton – do willi prababki. Matka już wtedy nie żyła. Brat studiował. Od kwietnia do października odzyskiwał równowagę psychiczną. Wynajmował turystom pokoje gościnne w drugim rodzinnym majątku w Zamárdi nad Balatonem, a sam przesiadywał w ogrodzie, czytał, pisał i tłumaczył poezje z języka angielskiego na węgierski. Głównie Teda Hughesa. Publikował w prasie recenzje i wiersze. W październiku wrócił do Budy i otrzymał posadę sekretarza węgierskiego PEN Clubu.

 

Praktyka ducha

 

Nazwa PEN Club wywodzi się od pierwszych liter angielskich słów: poets, essayists, novelists, a zarazem „pen” znaczy „pióro”. W 1921 roku założyła go w Londynie Catherine Amy Dawson Scott. Jest to niepolityczne i pozarządowe międzynarodowe stowarzyszenie pisarzy, promujące przyjaźń oraz intelektualną współpracę między artystami słowa. Gdy w 1998 roku Gábor Zsille obejmował prestiżową posadę sekretarza węgierskiego PEN Clubu, jego prezesem był Miklós Hubay – węgierski dramaturg i tłumacz, laureat nagrody Kossutha. Człowiek o europejskim spojrzeniu, horyzontach wykraczających daleko poza granice Węgier. – Miał powietrze – charakteryzuje go Gábor, którego były profesor Uniwersytetu Florenckiego inspirował do pisania oraz tłumaczeń. Dla młodego poety pierwsza praca literacka była formą prywatnego, wolnego i alternatywnego uniwersytetu. Organizował spotkania autorskie, korespondował z najwybitniejszymi pisarzami z całego świata, m.in. z angielskim noblistą Tedem Hughesem, którego wiersze jeszcze niedawno tłumaczył na węgierski w willi nad Balatonem.

 

Translatorskim debiutem Gábora były poezje Niny Cassian, rumuńskiej artystki od połowy lat 80. mieszkającej w Nowym Jorku, gdzie uciekła przed reżimem Nicolae Ceauşescu. Najpierw przekładał jej wiersze z angielskiego. Później poprosił znajomą z Siedmiogrodu o rybki (pierwsza wersja pracy translatorskiej, dosłowny przekład poezji) z rumuńskiego, którym nadał formę poetycką i wydał je, dzięki czemu zaistniał na węgierskim rynku translatorskim. Korespondencja z artystami wzmagała w Gáborze ciekawość ich twórczości. A ta napędzała chęć zmierzenia się z przekładem ich poezji. Na węgierski przetłumaczył z angielskiego i opublikował wiersze m.in. Roberta Hassa oraz Teda Hughesa. Tłumaczył też wiersze polskich poetów.

 

W roku 1988, mając 16 lat, Gábor Zsille przypadkiem kupił w antykwariacie węgierskie wydanie wierszy zebranych Czesława Miłosza. Od tej pory jego marzeniem było poznać noblistę (fot. Bartosz Wróblewski) 

 

Prawdziwy poeta musi tłumaczyć. Tłumaczenie to lekcja pokory. W dzisiejszym świecie każdy jest egoistą, a tłumacz pracuje zazwyczaj bez interesu, bo nie ma z tego ani sławy, ani pieniędzy. To praktyka ducha – coś bardzo ważnego – uważa Gábor. Pokora jest jedną z siedmiu cnót głównych. Zdaniem Gábora, tłumacz nie powinien jednak zabierać się do pracy na kolanach. – Utalentowany tłumacz jest po części aktorem, a po części autorem przekładu. Każdy poeta ma swój świat. Tłumaczyć wiersz Teda Hughesa to nie znaczy tylko zmieniać język. To znaczy być Tedem Hughesem, myśleć jak on. Każdy język ma swoją logikę. By tłumaczyć wiernie, trzeba ją poznać, zacząć myśleć w języku oryginału, poczuć jego ducha – twierdzi Gábor. On sam nauczył się polskiego języka podczas trzyipółletniego pobytu w Krakowie w latach 2000-2003.

 

W stronę Polski

 

Okres zależności Węgier od ZSRR Gábor wspomina jako czasy szare. W latach 1945-92 na terenie Węgier stacjonowały silne oddziały Armii Radzieckiej, które zapewniały Moskwie bezpośrednią kontrolę nad jej satelitą. Użyto ich m.in. do stłumienia powstania w roku 1956, a w 1968 wysłano je do Czechosłowacji. Sekretarzem generalnym Komitetu Centralnego Węgierskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej od 1956 aż do 1988 roku był János Kádár. – Morderca i bandyta – mówi o nim Gábor. Historia ocenia go jednak łagodniej. Po początkowych represjach wobec uczestników powstania z 1956 roku zaczął stopniowo liberalizować swoją politykę, którą przyjęło się nazywać „gulaszowym komunizmem”. Wprowadzono elementy wolnego rynku, zaczęto w większym stopniu przestrzegać praw człowieka, podniósł się poziom gospodarczy i dostęp do dóbr materialnych, ale równocześnie poważnie wzrosło zadłużenie kraju. Węgierski socjalizm nie powielał bezkrytycznie modelu polityki radzieckiej i z czasem zaczęto mówić o Węgrzech jako o „najszczęśliwszym baraku w obozie komunistycznym”. Państwo wciąż było jednak częścią ZSRR, a Gábor tęsknił do wolności, lecz cenił tamte czasy za nietypową wolność słowa – tzw. mowę ezopową. – To był pewien rodzaj poezji. Nic nie mówiło się wprost. Taka atmosfera sprzyjała rozwojowi języka poetyckiego – twierdzi.

 

Młodego poetę interesowały – na co zapewne miał też wpływ jego ojciec – zagraniczne społeczne ruchy rewolucyjne i niepodległościowe. – Kiedyś oglądałem z tatą telewizję. Było coś o Polsce. Ludzie pokazywali znak zwycięstwa, a ojciec tłumaczył mi, o co chodzi. Ten ruch, jego znak, przywódcy – to było dla mnie ważne i ciekawe, mimo że byłem dzieckiem – mówi Gábor. Jego ojciec nie był jednak dobrze zorientowany w sprawach kościoła. Od syna dowiedział się, że Paweł VI był papieżem, gdy on wchodził w dorosłość. O Stefanie kardynale Wyszyńskim usłyszał dopiero po jego śmierci. Gábor był znacznie bardziej zainteresowany Polską. W roku 1988, mając 16 lat, przypadkiem kupił w antykwariacie węgierskie wydanie wierszy zebranych Czesława Miłosza. Od tej pory jego marzeniem było poznać noblistę. W tym samym roku udał się w pierwszą podróż do Polski. Była to dwudniowa szkolna wycieczka do Krakowa. Miasto wydało mu się wtedy biedne, smutne i szare, ale czuł coś w powietrzu. Pociągała go atmosfera Krakowa i w latach 90. wracał tam każdego roku. Zawsze chciał zostać na dłużej. W roku 2000 zaczął spełniać marzenia.(…)

 

 

Bartosz Wróblewski

 

 

Cały reportaż oraz inne teksty w książce:

„Bratanki? 11 niezwykłych portretów”

Autorzy: Agnieszka Czapla,  Alicja Karasińska,  Anna Kiedrzynek, Oliwia Siwińska,  Bartosz Wróblewski,
pod red. Stanisława Zawiślińskiego
Wydawnictwo: Fundacja Centrum Badań i Edukacji im. Ryszarda Kapuścińskiego

 


 

 

„Bratanki? 11 niezwykłych portretów” to efekt  współpracy warszawskiego  Centrum Badań i Edukacji im. Ryszarda Kapuścińskiego oraz Instytutu Polskiego w Budapeszcie. Stanowi zbiór reportaży i sylwetek, przygotowywanych przez studentów Uniwersytetu Warszawskiego przez dwa lata.  Autorom książki, z nieocenionym wsparciem dziennikarza i dokumentalisty Stanisława Zawiślińskiego i Małgorzaty Takacs z Instytutu Polskiego, udało się znaleźć  11 wyjątkowych osób, które zgodziły się opowiedzieć o sobie i swoim życiu w dwóch światach – polskim i węgierskim. Wśród nich znaleźli się m.in. Krzysztof Varga, Tadeusz Olszański, Gabor Zsille, Erzsébet Szenyán.

 

 

„Bratanki?…” to opowieści 11 różnych ludzi: tłumaczy, pisarzy, wykładowców akademickich, uchodźców, studentów…  To historie ich życia: radosne i smutne perypetie, momenty w którym skrzyżowały się losy dwóch narodów. Każdego z bohaterów w inny sposób urzekła Polska lub zaczarowały Węgry. I każdy przyznaje, że dziś już ciężko wybrać, który kraj jest im bliższy. Ta książka coś więcej niż hasło: „Polak, Węgier – dwa bratanki”… To nawiązywana przez młodych dziennikarzy nić porozumienia między dwoma nacjami, tak bliskimi, a tak nieznanymi sobie jednocześnie.