Przyszłość jest kobietą?

Długo się zastanawiałem, czy napisać ten tekst. Na co dzień raczej nie czuję potrzeby zabierania głosu na każdy temat czy stawania po któreś ze stron, świat radzi sobie równie dobrze z moim zdaniem, jak i bez niego. A jednak, po kilkudniowym topieniu się w zalewie informacji i zdjęć z antypisowskich protestów, także i w mojej głowie pojawiły się przemyślenia, które mam potrzebę z siebie wyrzucić. Nie tyle o istocie samej aborcji i skandalicznym wyroku Trybunały Konstytucyjnego, co o konsekwencjach obecnego gniewu w polskim społeczeństwie. Lub o ich braku.

O zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej wypowiedział się już chyba każdy, kto posiada dostęp do klawiatury. W ostatnich dniach mogliśmy przeczytać tysiące przepełnionych emocjami postów, usłyszeć setki wzruszających historii o niepotrzebnym cierpieniu nieuleczalnie chorych noworodków czy zobaczyć dziesiątki mniej lub bardziej kreatywnych banerów bądź tabliczek, krytykujących rządy Prawa i Sprawiedliwości oraz wyrok Trybunału Konstytucyjnego. Zdecydowana większość osób wyraziła swoje oburzenie wyrokiem TK, czy to biorąc udział w spontanicznych ulicznych protestach, czy dając upust swoim emocjom w mediach społecznościowych. Lub przynajmniej zmieniła swoje zdjęcie profilowe na takie z symbolem proaborcyjnych protestów, aby ktoś przypadkiem nie uznał, że sprawa jest im obojętna lub, co gorsza, popierają zmuszanie kobiet (i pośrednio całych rodzin) do cierpienia. I trudno się temu wszystkiemu dziwić.

Bowiem wyrok Trybunału Konstytucyjnego rzeczywiście można uznać za skandaliczny, niesprawiedliwy i zwyczajnie nieprzemyślany. Uderza w kobiecą godność, czyli sprawę absolutnie niepodważalną i fundamentalną i chyba tylko obecni sędziowie (?) TK mogli nie przewidzieć konsekwencji swojego wyroku. No chyba, że są aż tak naiwni, żeby wierzyć, że strach przed wirusem powstrzyma kobiety przed walką o ich prawa. Niespodzianka, nie powstrzymał. Jak najbardziej rozumiem więc wszystkie protestujące osoby i ich negatywne emocje. Reakcja wyjścia na ulice jest jak najbardziej naturalna. Jeśli coś na wkurwia (szczególnie z powodu decyzji drugiego człowieka), to chcemy, żeby przestało nas wkurwiać. Ale widząc te wszystkie protesty i skalę gniewu w Internecie nie mogę uciec od jednego pytania. I co dalej?

Żeby gniew był skuteczny i konstruktywny, musi być ukierunkowany politycznie i jasno dążyć do konkretnych postulatów. Inaczej staje się jałowy i szybko zaczyna zżerać sam siebie. Niestety, przypadków takiego biernego gniewu w ostatnich latach mieliśmy aż nadto, przez co z wielu naszych protestów niewiele tak naprawdę wyniknęło. Nie powstały żadne stabilne ruchy społeczne przeciwko obecnej władzy, żadna konstruktywna i silna kontrpropozycja, oparta o przemyślane i przyszłościowe pomysły. Obecny gniew kobiet (czyli ponad połowy społeczeństwa!) ma ogromny potencjał polityczny, ale patrząc na jego rozwój obawiam się, że niestety zostanie on roztrwoniony. Jeszcze trochę osób wyjdzie na ulicę, ktoś tam zostanie zatrzymany, usłyszymy jeszcze kilka smutnych historii ze szpitalnej porodówki, obejrzymy kolejne zdjęcia kalekich noworodków i zobaczymy jeszcze więcej zmienionych zdjęć profilowych w geście solidarności z protestującymi. Aż z czasem emocje się wypalą, skończą się wzruszające historie a gniew zamieni się w smutek i żal. Czyli zostanie zmarnowany. Aż do kolejnej skandalicznej decyzji rządu PiS-u, kiedy to cały ten emocjonalny krąg się powtórzy. Może tym razem z powodu in vitro lub kary śmierci a może znowu wrócimy do osób LGBT czy uchodźców. Pokrzyczymy, powrzeszczymy i pójdziemy do domu.

Gniew kobiet (i wszystkich osób solidaryzujących się z ich cierpieniem, będący konsekwencją wyroku TK) aż prosi się o polityczne wykorzystanie swojego potencjału i ukierunkowanie na realne zmiany. Oczywiście do najbliższych wyborów jeszcze daleko, nie da się ciągnąć przez trzy lata projektu politycznego opartego tylko i wyłącznie na emocjach, ale czekania na ostatnią chwilę i liczenie na załapanie się ponad próg wyborczy na fali świeżości będzie zmarnowaniem ogromnej szansy oraz potencjału obecnych protestów. Co więcej, sprzyja to poczuciu bezkarności u przedstawicieli władzy, zezwala im na przeprowadzanie dalszych „reform”, aby pół roku przed wyborami znowu stać się potulną wiejską partią, dbającą o polską tradycję i doceniająca naszych kochanych dziadków.  Przez ostatnie lata protestowaliśmy przeciwko ksenofobii, niszczeniu niezależnego sądownictwa, upolitycznianiu Trybunału Konstytucyjnego, aferze KNF, transformacji mediów państwowych w instrument rządowej propagandy, prześladowaniom osób LGBT… i tak dalej, i tak dalej.  W ciągu ostatnich 5 lat rządów PiS nie brakowało negatywnych emocji, gniewu czy poczucia smutku. A czasem i zwyczajnego wkurwu i niedowierzania w to, co się dzieje. Znowu jednak powraca pytanie, co z tego? Krytykować jest dużo łatwiej, niż znaleźć racjonalną alternatywę. Problem polega jednak na tym, że chyba nawet nie staramy się jej za bardzo szukać. Okopaliśmy się we wrogich wobec władzy bunkrach, od czasu do czasu przeprowadzając gniewną szarżę, ale do zaprowadzenia pokoju jakoś nam nie śpieszno. W tym miejscu docieramy do naszej kochanej i jakże nieporadnej politycznej opozycji. I tu dopiero czasem ręce opadają.

Mój serdeczny kolega oraz redaktor naczelny Nowego Folderu (tak, w tej kolejności) pisał w swoim niedzielnym felietonie z cyklu „Bananowa Niedziela” o wyborcach PiS-u oraz Konfederacji i konsekwencjach, jakie wynikają z dopuszczenia tych ugrupowań do władzy. I chociaż zgadzam się z każdym słowem tego felietonu (zresztą nawet tytuł tego tekstu to nawiązanie do ostatniej myśli z „Bananowej Niedzieli”), to nie mogę uciec od wrażenia, że te dwie partie przynajmniej są „jakieś”, w przeciwieństwie do opozycji. Nawet jeśli to „jakieś” oznacza łamanie prawa, nieszanowanie mniejszości i robienie z Polski chrześcijańskiej klatki, to przynajmniej znamy światopogląd tych polityków i wiemy, do czego są zdolni. A opozycja? KOD przestał istnieć, zanim nauczyliśmy się poprawnie rozwijać skrótowiec tego ugrupowania, Nowoczesna okazała się chyba być dla nas zbyt nowoczesna, Wiosna zaczęła odgrywać minimalną rolę w sondażach politycznych szybciej niż trwa ta skądinąd piękna pora roku, Hołownia niezmiennie nie potrafi jasno określić swoich poglądów i programu, a Koalicja Obywatelska chyba wciąż nie może się zdecydować, czy ciągle chce być Platformą, czy jednak zerwać ze starą tożsamością. A niestety Tusk wciąż jakoś nie chce przyjechać na białym koniu do pozostawionych na pastwę losu sierotek ze swojej byłej partii. Pewną nadzieją mogła być osoba Rafała Trzaskowskiego, który zaliczył w wyborach naprawdę przyzwoity wynik, a stanowisko prezydenta stolicy kraju także pozwala stworzyć choćby zalążki jakieś sensownej politycznej alternatywy wobec rządu. Widząc jednak, z jakim zupełnym brakiem medialnego zainteresowania spotkał się jego dopiero co powołany ruch społeczny (o jakże nijakiej nazwie) Wspólna Polska, trudno wróżyć temu projektowi świetlaną przyszłość.

Zdaję sobie sprawę, że obecnie pod wpływem emocji ciężko nam myśleć o przyszłości. Chcemy zmian na tu i teraz i mamy jasno określonych wrogów. W demokracji tak to już jednak bywa, że miejsce odsuniętej od władzy partii musi zająć jakaś inna. Ktoś może powiedzieć, że po co nam polityka, pójdźmy śladem Białorusi i siłą odsuńmy PiS od władzy. Choć takie porównania są bardzo obrazowe i z pewnością działają na wyobraźnię, to nie uwzględniają tak wielu różnic między tymi krajami, że w praktyce są zwyczajnie naiwne. Zresztą dalsze brnięcie w wojenną retorykę byłoby PiS-owi na rękę, który to opanował tę narrację do perfekcji i doskonale wie, jak ją wykorzystać do skłócenia Polaków.

Także protestujmy, walczmy o zmianę i swoje prawa, wychodźmy na ulice i nie dajmy narzucić sobie na twarz autorytarnego kagańca. Ale pamiętajmy, że celem nie jest prześciganie się, kto bardziej sprowokuję policję, kto napisze smutniejszy post, czy kto namaluje ładniejszy baner na protest. Celem jest realna zmiana, odsunięcie od władzy ludzi, którzy nigdy nie powinni jej dostać. Gniew niestety lubi szybko się wypalać. Drogie kobiety, sprawmy, aby tym razem było inaczej. Stwórzmy coś, co przetrwa próbę czasu, choć momenty wątpliwości i wewnętrznych sporów na pewno się pojawią, prędzej czy później. Podziękujemy sobie za kilka lat. W innej Polsce.

Autor plakatu: Bartosz Szymkiewicz

Wpisy

Student trzeciego roku dziennikarstwa i medioznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna pełnoprawny warszawiak. Fan piłki nożnej i kibic pewnej stołecznej drużyny kojarzonej z literą L w kółeczku. Miłośnik Star Wars oraz prozy Stephena Kinga.

Twój adres email nie zostanie opublikowany.