/

Psychiatria bez fundamentów


Po latach zaniedbań rząd zajął się problemem psychiatrii dziecięcej. Trwają prace nad reformą, zapowiedziano też przekazanie na nią 220 milionów zł. Problem jest jednak znacznie większy, niż wygląda na pierwszy rzut oka. By go rozwiązać, potrzeba głębokiej reformy.


Psychiatria dziecięca w Polsce nie istnieje. Nie zrozumcie źle – oczywiście, istnieją psychiatrzy dziecięcy, funkcjonują oddziały psychiatryczne dla dzieci, a nawet specjalne poradnie. Niejednokrotnie wykonuje się tam nadludzką pracę, by pomóc cierpiącym dzieciakom. A jednak, psychiatria dziecięca w Polsce nie istnieje. Nie stworzyliśmy bowiem systemu, który leżałby u jej podstaw. To oznacza, że próbujemy budować bez fundamentów.


Jak to jednak możliwe, że ich nie ma? Do niedawna o problemach psychicznych w naszym kraju nie rozmawialiśmy prawie w ogóle. Gdy już zaczęliśmy o nich mówić – pomyśleliśmy o dorosłych, kompletnie zapominając o najmłodszych. Nikt nie wpadł na pomysł, że dzieci też mogą mieć problemy psychiczne. W końcu jak głosi stare, popularne przysłowie – dzieci i ryby głosu nie mają. Zaledwie kilka lat temu zorientowaliśmy się, że nawet w oficjalnych (często zaniżonych) statystykach rośnie liczba prób samobójczych wśród osób poniżej 18 roku życia. Problem polega na tym, że dopiero po przebudzeniu odkryliśmy, że jesteśmy już właściwie po uszy w bagnie.


Według wstępnych statystyk Komendy Głównej Policji, w ubiegłym roku w Polsce zabiło się 107 nastolatków. To o 9 więcej niż w roku 2019. Samych prób samobójczych dwa lata temu było dziesięć razy więcej. Wszystko wskazuje na to, że te statystyki są jednak zaniżone – jak tłumaczyła w rozmowie z portalem sledztwopisma.pl Lucyna Kicińska z Polskiego Towarzystwa Suicydologicznego – samobójstwo nie jest w Polsce przestępstwem, więc policja nie ma na ten temat pełnych danych. Nie wszystkie samobójstwa i próby są więc ujęte w policyjnej statystyce – zdarza się bowiem, że z różnych powodów do dokumentacji medycznej nie trafia prawdziwy powód, dla którego nastolatek zmarł lub znalazł się w szpitalu. Mimo to samobójstwa to od lat druga, po wypadkach komunikacyjnych, najczęstsza przyczyna śmierci młodzieży w Polsce.

źródło: Pixabay


Znikąd pomocy

Co trapi polską młodzież? Z czego wynikają te zatrważające statystyki? Najczęściej wskazuje się, że dzieci te cierpią na zaburzenia psychiczne, głównie depresyjne. Ale zaburzenia depresyjne nie biorą się u nich znikąd. Wydaje się, że problemy młodych ludzi zaczynają się w głównej mierze w domach rodzinnych i szkołach. Badania przeprowadzone w 2018 r. przez Fundację Dajemy Dzieciom Siłę na studentach pokazują, że młodych ludzi mających negatywne doświadczenia w dzieciństwie częściej dotykały problemy związane ze zdrowiem psychicznym i zachowania autodestrukcyjne. Nie ma co ukrywać – żyjemy w stresujących czasach i stresującym otoczeniu. Jasne, kiedyś były wojny i ludzie też się stresowali, a dzieci jakoś sobie radziły. Oczywiście można tak twierdzić, pod warunkiem, że przymknie się oczy na straszne historie o tym, co się działo z psychiką Polaków w drugiej połowie XX w. Dzisiaj w Polsce nie ma wojny i pozornie żyje się dużo spokojniej. Młodzież żyje jednak pod nieustającą presją ze strony rodziców i nauczycieli, dodatkowo spotykając się z gnębieniem ze strony rówieśników.


Nie można też pominąć faktu, że już od blisko roku trwa pandemia. Uczniowie zmuszeni są do siedzenia w domach, co w znacznym stopniu ogranicza ich kontakt z przyjaciółmi. Według badań FDDS, co trzeci nastolatek cierpiał psychicznie i czuł się źle podczas pierwszego, wiosennego lockdownu. Ostatnio ich samopoczuciu z pewnością nie pomagał chociażby zakaz wychodzenia z domu bez opieki w godzinach od 8 do 16. Zamknięcie w domach miało wpływ na psychikę właściwie każdego dorosłego. Wyobraźmy więc sobie, co muszą czuć w tej sytuacji dzieci, które przecież dopiero się pod tym względem rozwijają i dojrzewają. Dla nich niejednokrotnie brak możliwości wyjścia z domu oznacza zmuszenie do przebywania z rodziną, która ich krzywdzi. Często jedyną ucieczką przed problemami w domu było dla nich do tej pory codziennie wyjście do szkoły, gdzie przynajmniej mogli porozmawiać z psychologiem szkolnym.


Chociaż nawet rozmowa z psychologiem szkolnym nie jest tak oczywista. Okazuje się, że pedagog lub psycholog szkolny zatrudnieni są właściwie tylko w co drugiej placówce. Tam gdzie są, dostępni są rzadko i nie wzbudzają zbyt dużego zaufania. Z kim więc ma porozmawiać o swoich problemach młody człowiek? Z rodzicami? Nawet mądrzy, troskliwi rodzice sami często przyznają, że nie potrafią zrozumieć i rozmawiać z nastolatkami. Trudno jest im się dziwić – opieka nad kimś z zaburzeniami psychicznymi jest trudna sama w sobie, a gdy dodatkowo osoba ta przechodzi właśnie przez okres buntu i dojrzewania, raczej nie robi się łatwiej. Czy to oznacza, że nie ma ratunku dla relacji rodziców z dziećmi? Nie do końca. Teoretycznym rozwiązaniem jest rozmowa ze specjalistą.


Właśnie, w tym miejscu napotykamy na kolejne schody. Po pierwsze – problemy psychiczne w naszym kraju wciąż owiane są swego rodzaju tabu. Ludzie, szczególnie w mniejszych miejscowościach, traktują to jako potencjalny powód do wstydu i nie chcą korzystać z pomocy specjalistów. W końcu Polak potrafi i sam sobie poradzi, prawda? A gdy już rodzic sam zauważy problem albo powie mu o nim dziecko – sprawy znów się komplikują. Najpierw trzeba bowiem iść z nastolatkiem do lekarza – pediatry lub psychiatry. Od nich mogą otrzymać ewentualnie leki i skierowanie do psychologa lub na psychoterapię. Czas oczekiwania na wizytę na NFZ u psychiatry dziecięcego to zazwyczaj kilka miesięcy. Do psychologa i psychoterapeuty podobnie. W okresie pandemii to oczekiwanie, zwłaszcza jeżeli chodzi o pierwszą wizytę, wydłużyło się jeszcze bardziej.


Pracę nad sobą rodzic i jego dziecko zaczynają więc najwcześniej po miesiącu. Co w międzyczasie? W międzyczasie, jeśli nastolatek akurat znajduje się w sytuacji kryzysowej, może okazać się potrzebna wizyta na oddziale psychiatrycznym dziecięcym. Tylko że w niektórych województwach nie funkcjonuje ani jeden oddział dzienny, a w jednym brakuje nawet całodobowego. A tam, gdzie oddziały są, bardzo często są one przepełnione. Małych pacjentów kładzie się tam na materacach leżących na podłodze albo wysyła się ich na oddziały dla dorosłych. Efekty takich działań? Młodzież prosi rodziców, by ich stamtąd zabrać. W skrajnych przypadkach zaś kończy się to tak jak w Wojewódzkim Szpitalu Psychiatrycznym w Gdańsku, gdzie dorosły pacjent zgwałcił 15-latkę. Teraz, w związku z pandemią i obostrzeniami, pacjentów na oddziale nie mogą odwiedzić nawet rodzice. Nie ma się co dziwić, że opiekunowie nie chcą zostawiać ich bez opieki. Młodzi ludzie czują się osamotnieni i nie widzą szans na otrzymanie pomocy. Są zrezygnowani, bo nie czują wsparcia ze strony swoich bliskich.

źródło: Pixabay


System, który nie istnieje

Na polski system ochrony zdrowia psychicznego składają się psychiatrzy, psycholodzy i psychoterapeuci. Żeby system mógł funkcjonować, potrzebni są oni wszyscy. Nie da się wyrzucić jednej z grup i mówić, że system działa. Bez współpracy pomiędzy przedstawicielami tych trzech zawodów – wszystko może się w dowolnej chwili zawalić. Tymczasem w Polsce ich wszystkich brakuje. W zeszłym roku osób czynnie wykonujących zawód psychiatry dziecięcego było 419. To około dziesięć razy mniej niż psychiatrów dla dorosłych. Zgodnie ze standardami WHO, na 10 tysięcy dzieci powinien przypadać jeden lekarz tej specjalizacji. W naszym kraju jest to 0,6 psychiatry. To oznacza, że brakuje nam około trzystu lekarzy. Nie jest to jedyny problem. Według raportu NIK co trzeci psychiatra dziecięcy ma więcej niż 55 lat. Starsi lekarze są oczywiście z pewnością bardziej doświadczeni, nikt tego nie może podważyć, ale nie zawsze są na bieżąco ze światem młodych. Trudno jest też oprzeć się wrażeniu, że nastolatkom łatwiej nawiązać kontakt, wyjaśnić swój problem i zaufać komuś młodszemu. W dodatku wśród specjalistów na pewno nietrudno jest znaleźć wielu takich, którzy nigdy nie powinni znaleźć się w swoim zawodzie.


– W pierwszej przychodni czekałam na wizytę u psycholog miesiąc. Początkowo się z nią dogadywałam, ale potem zaczęły się robić schody, bo unikała ona niektórych tematów. Później zdziwiłam się, gdy jako psycholog przepisała mi tabletki – suplement diety Depresanum. Gdy zorientowałam się, że to najtańsza mieszanka czegokolwiek, przestałam je brać. Wtedy też zaczęłam być wobec niej zamknięta, zimna i oschła. Ale, o dziwo, nawet tego nie zauważyła – opowiada 15-letnia Ismena.


W obecnej sytuacji pytaniem pozostaje również: co dalej? Lekarze raczej niechętnie specjalizują się w psychiatrii dziecięcej. Obecnie trudno jest leczyć młodych pacjentów – personel często alarmuje, że jest przeciążony, a pieniędzy brakuje.


Właśnie, pieniędzy. Ochrona zdrowia psychicznego dzieci od lat pozostaje niedofinansowana. Tymczasem rząd planował przeznaczyć w tym roku na psychiatrię (ogólnie) o 100 milionów złotych mniej niż rok temu. Kilka tygodni temu Senat przegłosował poprawkę do ustawy budżetowej, by przeznaczyć na psychiatrię dziecięcą dodatkowych 80 milionów złotych. Wszyscy senatorowie PiS-u zagłosowali przeciw.


– Ten budżet jest skonstruowany w sposób zrównoważony. Każde zachwianie tego budżetu powoduje pewne perturbacje – tłumaczył głosowanie Stanisław Karczewski. – Największym problemem psychiatrii dziecięcej jest problem, z którym sobie nie poradzimy nawet z bardzo dużymi środkami, a mianowicie brak psychiatrów dziecięcych – dodawał. Te wyjaśnienia nie przekonały jednak opinii publicznej.

źródło: Shutterstock


Nadchodzą zmiany

Po tym głosowaniu i wypowiedziach Stanisława Karczewskiego, na partię rządzącą spłynęła fala krytyki. Tym razem przyniosła ona skutek – 20 stycznia ogłosił program wsparcia dla oddziałów psychiatrycznych dla dzieci i młodzieży. W ramach programu przekazanych ma zostać 220 milionów złotych. Trzeba w tym miejscu przyznać rządowi, że to słuszny i bardzo potrzebny krok. Trzeba też jednak powiedzieć, że jest to krok dopiero pierwszy. I nie można się na nim zatrzymać. Psychiatria dziecięca potrzebuje pieniędzy, ale nie tylko ich. Przede wszystkim potrzebuje bowiem działań, które ją uporządkują. Potrzeba stworzenia systemu.


Pomysł rządu już jest. Zapowiedziany program zakłada, że w każdym powiecie mają powstać zespoły opieki środowiskowej. Każdy z nich ma się składać z psychologa, dwóch psychoterapeutów i terapeuty środowiskowego. To właśnie tam w pierwszej kolejności mają zgłaszać się dzieci z problemami psychicznymi. Oprócz tego dofinansowane mają zostać ośrodki specjalistyczne, w których mają zostać zwiększone wyceny w piramidzie świadczeń, a jednocześnie zniesione limity przyjęć. Placówki mają też otrzymać pieniądze na remonty i unowocześnienie. Każdy oddział ma otrzymać na ten cel około 3 miliony zł. Dodatkowo premier zapowiedział uruchomienie całodobowej, bezpłatnej infolinii, czatu i maila. Już wcześniej podobne rozwiązanie stosowały (i stosują nadal) FDDS oraz Fundacja ITAKA, prowadzące telefony zaufania dla dzieci i młodzieży. Linię wsparcia prowadzi też Rzecznik Praw Dziecka, choć, wbrew deklaracjom, nie działa ona całodobowo, co udowodnił dziennikarz radia RMF FM.  Wygląda jednak na to, że rząd zamiast dofinansować i ulepszyć telefon już działający, woli uruchomić kolejny. Można przypuszczać, że wygeneruje to znacznie większe koszty (taniej jest wspierać coś, co już jest, niż tworzyć coś nowego) i więcej błędów, bo telefony zaufania prowadzone przez fundacje mają już wypracowane przez lata procedury, których nowa infolinia będzie musiała się dopiero nauczyć.


Powstać mają także kampania społeczna dotycząca ochrony zdrowia psychicznego oraz program profilaktyki uzależnień cyfrowych. Zwłaszcza kampania społeczna wydaje się dobrym pomysłem, o ile zostanie dobrze zrealizowana.


Czy te działania wystarczą, aby naprawić psychiatrię dziecięcą w Polsce? Trudno w tej chwili to ocenić – opisane założenia są na pewno dobrym początkiem. Dopiero czas pokaże, jakie będą ich efekty. Pewne jest, że problemu nie rozwiąże się jednorazowym zastrzykiem gotówki, choćby nie wiem jak duży miał być. I w tym kontekście należy przyznać trochę racji Stanisławowi Karczewskiemu. Tylko trochę – bo wbrew jego opinii, psychiatrii dziecięcej potrzebne są i kadry, i pieniądze, i jeszcze mnóstwo innych działań. Zarówno takich chwilowych jak i takich zaplanowanych na lata. Dobrze więc, że nareszcie psychiatria ma szansę zyskać jakieś fundamenty. Teraz będzie można zacząć na nich budować. Pytanie dlaczego mamy w tej budowie takie opóźnienia?

Twój adres email nie zostanie opublikowany.