Rafał Betlejewski: Spójrzmy na media jak na rodzaj sztuki

O Medium Publicznym, roli dziennikarza i szeroko pojmowanej twórczości artystycznej mówi Rafał Betlejewski w rozmowie z Aleksandrą Skrzynecką.

 

– Dziennikarstwo jest bardzo trudnym zawodem, jeszcze go nie opanowałem. Dlatego byłoby nieuczciwe nazywać siebie dziennikarzem. To, czym dysponuję, to umiejętność patrzenia i własna wizja świata – mówi Rafał Betlejewski (fot. Karolina Bugajniak) 

 

Jak trafiłeś do mediów?

 

Rafał Betlejewski: Zawsze byłem duszą podróżującą, poszukującą, więc w 1992 roku trafiłem do Radia „Plus” – pierwszej komercyjnej stacji w Trójmieście. Tam dowiedziałem się, jak funkcjonują media, w szczególności lokalne, a zarazem uświadomiłem sobie, jak bardzo tego nie umiem i jak niewiele mam jeszcze do powiedzenia. Do mediów wróciłem dopiero po 10 latach. Zrozumiałem, że trzeba dojrzeć, aby się wypowiadać.

 

Jaka, Twoim zdaniem, jest rola mediów lokalnych?

 

To miejsce wymiany myśli, obserwacji, kontroli władzy i budowania społeczeństwa obywatelskiego. Jednak oprócz tych dość ogólnych haseł, media lokalne nie mogą tracić łączności z resztą świata, bo staną się zaściankowe. Dlatego trzeba patrzeć władzy na ręce, wspierać regionalne zjawiska i miejscowych aktywistów, mówić o tym, co się dzieje wokół nas, ale nie tracąc kontaktu z tym, co jest istotne na świecie.

 

Czy dziennikarz powinien być głosem społeczności?

 

Tak! Dziennikarstwo to przede wszystkim misja: należy informować ludzi o tym, co dla nich istotne. Czasem jej poczucie zmienia kogoś w dziennikarza… Chociaż nie jest to jedyna grupa zawodowa, która powinna mieć misję. Są jeszcze nauczyciele, lekarze, księża czy artyści. Ci ludzie mają wpisaną w siebie misję i odpowiedzialność za innych. I to przy całym, właściwym dla artystów, skupieniu na sobie. Tego skupienia brakuje mi u dziennikarzy, sądzę, że to mogłoby im pomóc. Gdyby rozpoznali w sobie własne fobie czy ambicje, łatwiej dostrzegaliby je u innych.

 

Jakie są główne problemy współczesnych mediów?

 

Główne problemy są dwa. Pierwszy to komercjalizacja. Cudownie jest działać bez pieniędzy tylko dlatego, że w coś się wierzy, do czegoś dąży… Tymczasem redakcje są ograniczone w zakresie przekazywanych treści, każde działanie jest zatopione w pieniądzu, każdy artykuł musi być „klikalny”. Problem drugi polega na tym, o czym mówi Mateusz Matyszkowicz z „Frondy”: „Media odeszły od próby zbudowania obiektywizmu w kierunku tworzenia mediów tożsamościowych”. Obecne media dzielą się lewicowe lub prawicowe, a nakierowany na siebie przekaz sprawia, że trafiają tylko do własnych odbiorców. Nie ma więc przestrzeni na prawdziwą debatę, bo nie ma miejsca na teksty i głosy pokazujące inny punkt widzenia.

Jest jeszcze rzetelność. Wiem, że trudno ten termin wyjaśnić. Dla mnie to kwestia ilości włożonej pracy. Drugim fundamentem rzetelności jest zwątpienie we własną omnipotencję – czasem trzeba przyznać się do głupoty.

 

Nie mówisz o sobie jako o dziennikarzu, wolisz przedstawiać się jako aktor lub performer. Dlaczego?

 

Dziennikarstwo jest bardzo trudnym zawodem, jeszcze go nie opanowałem. Dlatego byłoby nieuczciwe nazywać siebie dziennikarzem. To, czym dysponuję, to umiejętność patrzenia i własna wizja świata. Wydaje mi się, że są to zdolności, którymi nie wszyscy dziennikarze dysponują.

 

W 2012 roku mieszkałeś przez miesiąc w kontenerze na Wawelu, prowadząc życie ascety. Co akcja „Hunger” miała wspólnego ze sztuką?

 

Sztuka to rodzaj świadomego gestu, który zawarty jest w określonym czasie i w określonej przestrzeni. Dla malarza, aktora czy performera scena zawsze jest inna. Artystą nazywam osobę, która potrafi zrobić z siebie obiekt lub – jak w moim przypadku – robi obiekt z koncepcji. Moje akcje to proces teatralny, nowy pomysł na sztukę, który odbywa się
w zupełnie nowych mediach i jednocześnie jest trudny do uchwycenia. W tym sensie „Hunger” był długotrwałą rozmową na temat życia, egzystencji czy skutków, do jakich może doprowadzić puste istnienie. Są ludzie, dla których brak tej istoty może stać się nową religią.

 

Jakie problemy wiążą się z takimi przedsięwzięciami?

 

Te projekty bywają kłopotliwe na poziomie osobistym. Po „Hungerze” spotkałem się z mieszczańskim ostracyzmem, moje dzieci wyrzucono z przedszkola.

 

– Warto wykreować sobie pomysł, opracować projekt i doprowadzić go do końca! Nie porzucać, nie rozbabrywać! Zamknięcie projektu potrafi być źródłem wielkiej satysfakcji – tłumaczy Betlejewski (fot. Karolina Bugajniak) 

 

To dlaczego dobrowolnie się na to decydujesz?

 

To mój wewnętrzny rys autodestrukcji. Poprzez działania destrukcyjne zaczynasz odkrywać, kim jesteś, co jest wartościowe, a co prawdziwe. Taki proces przechodzą wszyscy – jedni wcześniej, drudzy później. Ja potrzebowałem więcej czasu, ponieważ jak większość z nas, mam potrzebę bycia tak cennym obiektem czy zjawiskiem, żeby dostrzegli to ludzie wokół mnie.

 

Co przynosi Tobie najwięcej satysfakcji?

 

Umiejętność kończenia projektów. Nauczyłem się tego bardzo późno, bo dopiero po studiach. Kiedy wreszcie, już po trzydziestce, udało mi się samodzielnie sfinalizować pewien projekt, nieważne, jak bardzo udany, poczułem OLBRZYMIĄ satysfakcję! Dodatkowo potęguje ją fakt, że prowadziłem to działanie od początku do końca z pewną determinacją, planem i niewyobrażalnym trudem. I tu pojawia się mądrość, którą chciałbym przekazać: warto wykreować sobie pomysł, opracować projekt i doprowadzić go do końca! Nie porzucać, nie rozbabrywać! Zamknięcie projektu potrafi być źródłem wielkiej satysfakcji.

 

Przyjąłeś więc postawę prowokatora.

 

Większość z nas wychodzi z założenia, że rzeczywistość jest zjawiskiem obiektywnym i nienaruszalnym, jakimś status quo, które każdego obowiązuje. Ja natomiast zawsze uważałem, że to wszystko jest kłamstwem, konwencją. W moich akcjach chodzi o to, aby wyrwać ludzi z tego stanu, który wydaje się rodzajem dyktatury i reżimu, zabijającym współczucie, serdeczność i możliwość współodczuwania.

 

Jakie wnioski płyną z takich akcji?

 

Wystarczy przekroczyć ten stan, a odniesie się wrażenie, że otaczają nas fajni ludzie! To jak wychodzenie przez okno – robienie tego, czego inni nie zrobią. I właśnie wtedy spotyka się fascynujących ludzi.

 

Który z projektów był dla Ciebie najcenniejszy?

 

Było takich wiele, ale szczególnie wspominam ten przeprowadzony w nowojorskiej galerii, gdzie mieszkałem trzy dni z kuratorką. Prawdopodobnie jeden z mniej znanych, chociaż bardzo cennych społecznie, ponieważ dotykał obyczajowości mieszczańskiej.

 

A cenny dla społeczeństwa?

 

To projekt, który przeprowadziłem w Lublinie. Zostałem umieszczony przez władze miasta w dzielnicy zdegradowanej społecznie, wśród ludzi walczących o normalną codzienność. W ich życiu jest sporo brutalności, alkoholu i przemocy. Kiedy mieszkałem tam, odniosłem wrażenie, że jest to miejsce zamkniętych horyzontów, w którym marzenia kończą się w wieku 10 lat. Pewnego dnia ustawiłem na jednym z podwórek dźwig, który podnosił chętnych na 40 metrów i unosił ich nad dachami. A na dachach postawiłem aktorów, ubranych w cudowne stroje z baśni – przez cały dzień umożliwiałem moim sąsiadom spojrzenie na świat z nowej perspektywy. Pokazałem, że w szarej i smutnej rzeczywistości im też może przytrafić się coś niezapomnianego.

 

Niedawno ruszył projekt Medium Publiczne, którego jesteś współtwórcą.

 

Trzon stanowi Ewa Wanat, Tomasz Stawiszyński i ja. Wspólnie zastanawiamy się, jak ma funkcjonować ta redakcja, jak ma wyglądać nasza praca, prowadzimy dyskusje na temat prasy i dziennikarstwa. Jestem bardziej niż moi koledzy otwarty na działania w Internecie. Uważam, że tam można o wiele więcej niż na papierze. A w dodatku fajna jest interaktywność bez ingerencji redakcji.

 

Jakie są cele Medium Publicznego?

 

Chciałbym, aby to medium informowało mnie, co się dzieje na świecie. Mam ogromny deficyt tego typu informacji w polskich mediach. Wiemy, co na dany temat sądzą Amerykanie, a mnie ciekawi zdanie Nepalczyków czy Arabów. Dlatego potrzebujemy większego budżetu na kulturę, a w szczególności na tłumaczy. Język obcy jest ogromną barierą w zrozumieniu zagranicznej telewizji, podcastów czy publicystki, a zależy mi na tym, abyśmy mogli ją poznać. Drugą rzeczą jest tworzenia płaszczyzny do debaty, zakładającej przede wszystkim rezygnację z aksjomatu dominacji, każda ze stron powinna dążyć do dobrego rozwiązania. Trzecią sprawą jest zbudowanie platformy dla dziennikarzy społecznych – ludzi, którzy nie do końca zajmują się dziennikarstwem, ale coś widzą i chcą pisać.

 

A linia programowa?

 

Nie ma linii programowej, jest za to Świat Wartości. A w nim, na przykład, nie mieści się propagowanie języka nienawiści, psychopatia, pedofilia, złodziejstwo itd. Jest zaś miejsce na zaufanie i serdeczność.

 

To brzmi jak utopia.

 

To prawda, ale poczekajmy, jak zostanie przyjęty.