Rafał Hetman: Dziennikarstwo nie zniknie

 

Sentymentem darzy „Prochy świętych. Afganistan czas wojny” Radosława Sikorskiego, bo to książka, która wprowadziła go w świat reportażu. O kulisach pracy blogera, kwestiach finansowych i pasji dziennikarskiej Magdalenie Bojanowskiej i Karolinie Chojnackiej opowiada Rafał Hetman, autor bloga o literaturze faktu CzytamRecenzuję.pl.

 

 

Studiowałeś filologię polską i stosunki międzynarodowe. Skąd wzięło się Twoje zainteresowanie dziennikarstwem?

Od zawsze chciałem być dziennikarzem. Już w gimnazjum i liceum działałem w gazetkach szkolnych. Wtedy dziennikarza wyobrażałem sobie jako Kamila Durczoka, który siedzi i prezentuje newsy, albo Tomasza Lisa, który prowadzi własny program. Później chciałem pisać do gazet, a na studiach wpadłem na pomysł zostania reporterem. Poszedłem na stosunki międzynarodowe, dlatego że chciałem pisać o świecie. Uważałem, że to niezwykle ważne, aby mieć wiedzę o tym, o czym piszę, a nie być dziennikarzem po dziennikarstwie, bez merytorycznego przygotowania w konkretnym temacie.

 

Polonistykę studiowałem natomiast, aby zdobyć wiedzę o języku i dowiedzieć się, jak poprawnie pisać, a także po to, żeby lepiej zrozumieć literaturę. W trakcie pierwszego roku zacząłem jednak pracę w portalu TVN24 i postanowiłem zrezygnować z filologii w myśl tego, że bardziej liczy się doświadczenie, niż studia i papierek. W portalu przez rok, jednocześnie kontynuując studia na stosunkach międzynarodowych.

 

Potem jednak porzuciłeś dziennikarstwo, żeby zostać blogerem.

Jeszcze zanim założyłem CzytamRecenzuję.pl, prowadziłem blog, na który wrzucałem zajawki moich tekstów publikowanych w różnych miejscach. W ten sposób chciałem zbudować swoją osobistą markę jako dziennikarz. CzytamRecenzuję.pl powstał w 2013 roku i nie był odejściem od dziennikarstwa, ale drugą dziedziną, którą chciałem rozwijać. Chciałem promować książki, literaturę faktu, czytelnictwo. Czytałem bardzo dużo reportaży, zarówno tych książkowych, jak i gazetowych, po to, żeby zobaczyć, jak piszą najlepsi i żeby czegoś się od nich nauczyć. W pewnym momencie uznałem, że przeczytałem już tak dużo książek reporterskich, że może mógłbym opowiedzieć o nich innym.

 

Po tylu latach nie nudzi Cię ciągłe czytanie reportaży?

Trochę tak. Dlatego teraz szukam innych reportaży niż kiedyś. Zawsze bardziej podobał mi się reportaż literacki niż dziennikarski. Ale teraz często robię krok dalej i szukam takich książek, które są z pogranicza literatury faktu, które czerpią z rzeczywistości, ale o wiele bardziej niż reportaż przetwarzają ją literacko. Świetnym przykładem takiej książki może być „Rejwach” Mikołaja Grynberga. A poza tym, coraz częściej sięgam po prostu po fikcję lub poezję. I tę moją czytelniczą ewolucję będzie niedługo widać na blogu.

 

A nie nuży Cię praca blogera?

Oczywiście, czasami nuży mnie robienie cały czas tego samego: siedzenie cały dzień przed komputerem i klikanie w klawiaturę. Mimo to uważam, że jest to praca mojego życia, wymarzona, gdzie sam sobie jestem szefem. Zawsze jednak jest presja, na przykład kiedy chcę się wyrobić z recenzją książki na dzień premiery. Czasami są problemy z dogadaniem wywiadu albo jakiejś współpracy z firmami, co mnie stresuje. Tylko że to są nieporównywalnie mniejsze zmartwienia od tych, które miałem, kiedy pracowałem w korporacji.

 

Co w takim razie motywuje Cię do dalszego działania?

Lajki, chociaż wiem jak głupio to brzmi. I inne pozytywne reakcje czytelników. To właśnie one są odzwierciedleniem zainteresowania i wyrazem poparcia dla tego, co robię. W dzisiejszych czasach czytelnicy w ten sposób komunikują się z twórcą. Trzeba pamiętać, że za każdym lajkiem stoi realna osoba. Nikt do mnie nie przyjdzie, nie zapuka do drzwi i nie powie: „super robota”. Zamiast tego z całej Polski napływają lajki. I kiedy widzę, że to co robię się ludziom podoba, że to poparcie wyrażają za pomocą podniesionych kciuków lub pozytywnych komentarzy, to wtedy pojawia się ogromna motywacja do pracy.

 

W 2015 roku blog CzytamRecenzuję.pl zajął III miejsce w zestawieniu najlepszych polskich blogów książkowych, przygotowanym przez miesięcznik „Press”…

To było dla mnie bardzo niespodziewane – nie wiedziałem nawet, że „Press” robi taki ranking. Dopiero jeden z czytelników mi o tym powiedział. Znaleźć się w rankingu robionym przez tak prestiżową redakcję, gdzie w jury był m.in. Paweł Goźliński czy Michał Nogaś to świetnie uczucie. Napisałem potem do Michała Nogasia z pytaniem, co mu się podoba na moim blogu, a co nie. Odpisał, że wszystko mu się podoba i że dał mi maksymalna liczbę punktów. Właśnie takie rzeczy dają mi motywację do pracy.

 

Stosunkowo niedawno zrezygnowałeś z pracy, żeby prowadzić bloga. Da się z tego utrzymać?

Zdecydowanie tak. Trzeba się co prawda bardzo nagimnastykować, żeby były z tego pieniądze, bo tematyka, którą się zajmuję to blogowa nisza nisz. Na szczęście od razu, gdy zacząłem blogowanie na pełen etat, udało mi się nawiązać współpracę z mecenasem. Co miesiąc dostaję kasę za to, że robię wywiad z pisarzem i recenzuję jednego audiobooka z oferty mecenasa. Fajne jest to, że nikt mi niczego odgórnie nie narzuca. Sam mogę wybrać, z kim chcę porozmawiać albo o czym napisać. Inne współprace nawiązuję z miesiąca na miesiąc. To o tyle trudne, że nigdy nie wiem ile zarobię. Do tej pory jednak jeszcze nie było takiego miesiąca, że musiałem rozsyłać pytania o współpracę, bo potrzebuję pieniędzy. Oczywiście zawsze jest jakaś niepewność, ale taka sytuacja bardziej mi odpowiada niż praca na etacie w korporacji.

 

A wchodzisz w jakieś układy z reklamodawcami?

Robię współprace komercyjne. Zgłaszają się wydawnictwa, czasami sklepy internetowe, firmy związane z książkami. Staram się, żeby każda współpraca nie była typową reklamą. Żeby wilk był syty i owca cała, czyli żeby zadowolony był reklamodawca i żeby czytelnicy nie czuli, że po prostu wciskam im jakiś produkt. Coś, co daje sporą promocję wydawnictwu i radość czytelnikom, to na przykład konkurs. Jeśli wydawca chce wypromować książkę, daje mi wtedy jej egzemplarze, które ja później rozdaję w konkursach, a on mi za to płaci. Ta książka wtedy jest na blogu, na Facebooku, na Instagramie i na YouTube. To chyba najbardziej popularny i najmilszy sposób promocji. Zrobiłem też dwa filmy promocyjne o książkach, ale nie jest to ofensywna reklama, a raczej ciekawy kontent, który coś daje czytelnikowi. Tak jak np. w przypadku mojej współpracy z Agorą – w filmie wystąpił główny bohater książki „Chłopak z Katynia” Henryk Troszczyński. W krótkim wideo opowiedział m.in. o kulisach powstawania książki. Pokazaliśmy bohatera, jak wygląda, jak mówi, jaką energią emanuje, a tego w książce czytelnik nie znajdzie.

 

Za recenzje Ci nie płacą?

Nie, za recenzje mi nikt nie płaci. Mam też zasadę, że jeśli na temat jakiejś książki robię współpracę płatną, to nie recenzuję jej już na blogu i nie pojawia się ona w żadnych blogowych zestawieniach. Nie chcę, żeby moi czytelnicy mieli wątpliwości, czy robię coś szczerze i rzetelnie, czy tylko dlatego, że mi płacą. Dlatego zawsze to rozdzielam.

 

Dostajesz też egzemplarze recenzenckie od wydawnictw. Czujesz się wtedy zobowiązany, żeby napisać o takiej książce?

Początkowo tak czułem. Wydaje mi się, że jeśli jesteś małym, nieznanym blogerem, to jest to bardzo silne. Czujesz, że musisz się odwdzięczyć za to, że dostałeś książkę. Nie tyle chodzi  o to, żeby napisać coś dobrego o książce, ale po prostu, żeby pojawiła się na blogu. Oczywiście, jeśli ja poproszę o książkę, to tak naprawdę jestem zobowiązany o niej napisać. Co nie oznacza, że mam napisać o niej pozytywną opinię. Natomiast jeśli nie proszę o egzemplarz, a książka niespodziewanie do mnie przychodzi, to jest kilka opcji. Po pierwsze, jeśli mi się nie podoba, nie chcę o niej pisać, nie jest związana z tematyką mojego bloga, to nie mam problemu z odłożeniem jej w kąt, albo oddaniem do biblioteki. Ale jeżeli, coś mnie zainteresuje, to czasami czytam taką książkę dopiero po jakimś czasie.

 

Zdarzyło się kiedyś, że poprosiłeś o książkę do recenzji, ale nie byłeś w stanie przez nią przebrnąć?

Rzadko się tak dzieje, bo zazwyczaj wiem, o co proszę. Ale kiedyś wziąłem do recenzji książkę, którą zaproponował mi wydawca. A ponieważ się zgodziłem, to czułem potrzebę, żeby ją zrecenzować. Była strasznie słaba i nie doczytałem jej do końca. I tak też napisałem w recenzji.

 

Nie boisz się, że po czymś takim wydawnictwa już nie będą chciały z Tobą współpracować?

Niektórzy blogerzy rzeczywiście tak mają, że jeśli źle napiszą o danej książce, to nie dostają już później książek od tego wydawcy. Ja pisałem różnie o różnych książkach z różnych wydawnictw i dalej dostaję kolejne egzemplarze do recenzji. Może to wynika z tego, że wydawcy uważają, że nie ma sensu zrywać współpracy z powodu jednej nieprzychylnej recenzji. Wydaje mi się też, że teraz mój blog jest na tyle duży, że nawet niepochlebna opinia wpływa w jakiś sposób na rozpoznawalność książki.

 

Ile czasu dziennie poświęcasz na prowadzenie bloga?

Teraz zajmuje to praktycznie cały mój dzień. Czasami udaje mi się wszystko ogarnąć w cztery godziny, a czasami nawet dwanaście mi nie starcza. Nawet jeśli całą robotę mam wykonaną: notkę opublikowaną, a maile wysłane, to i tak siedzę w telefonie i sprawdzam, jak to się wszystko kręci. Jestem więc 24 godziny na dobę podłączony do sieci.

 

To kiedy czytasz?

Wieczorami przed snem albo w komunikacji miejskiej.

 

 

Napisałeś kiedyś, że „wolno czytasz”. Jak to w takim razie możliwe, że udaje Ci się zamieścić kilka tekstów tygodniowo?

Naprawdę wolno czytam! Tylko się wydaje, że tego jest dużo. W zeszłym roku zrecenzowałem 71 książek, to wychodzi mniej więcej jeden tekst tygodniowo. Po prostu ważna jest regularność. Jeśli codziennie czyta się przez godzinę, albo półtorej, to mimo wszystko czytanie idzie bardzo szybko.

 

Jak ważny jest dla Ciebie kontakt z czytelnikami?

Jest kluczowy. Komunikacja czytelnik-bloger jest bardzo ważna, bo to właśnie ona buduje wzajemną relację i przyczynia się do tego, że czytelnik na blog wraca. W dobie mediów społecznościowych nie wystarczy pokazywać, że się istnieje, trzeba nawiązywać relacje.

 

Czy to właśnie ze względu na kontakt z czytelnikami, zdecydowałeś się zaistnieć też w innych mediach społecznościowych?

Dziś bez obecności w mediach społecznościowych chyba żadna marka nie miałaby szansy na istnienie. Żeby skuteczniej działać, trzeba zwiększać ilość kanałów komunikacji, bo dziś czytelnicy są rozproszeni. Nie wszyscy są na Facebooku. Trzeba więc być na Instagramie, Twitterze, Sanpchacie i innych platformach. One rozwijają się w różnym tempie. Nie wiadomo, która będzie najważniejsza za jakiś czas i będzie dostarczać najwięcej czytelników na bloga. Bo o to w tym wszystkim chodzi. Żeby blog się rozwijał i pozwolił mi dalej się utrzymywać. Od dawna wiadomo, że jeśli się nie rozwijasz, to tak naprawdę się cofasz, bo wszyscy inni idą naprzód.

 

Dostajesz dużo wiadomości prywatnych od czytelników swojego bloga? Czy ten kontakt, bardziej opiera się na komentarzach pod postami?

Oczywiście więcej jest komentarzy pod wpisami. Wiadomości nie dostaję tak dużo. Mam jedną czytelniczkę, która do mnie mailuje, bo nie uznaje mediów społecznościowych. Na Facebooku raz, dwa na tydzień ktoś napisze prywatnie. Dużo więcej wiadomości jest na Instagramie, prywatnych reakcji na InstaStory.

 

Jak reagujesz na te wiadomości?

Staram się na wszystkie odpisywać. To buduje kontakt między nami. Wydaje mi się, że czytelnik, który ma bezpośredni kontakt z blogerem jest bardziej zaangażowany w jego blog, a im więcej takich zaangażowanych czytelników, tym lepiej.

 

Masz hejterów?

Raczej nie. Oczywiście czasami zdarzają się jakieś ostrzejsze polemiki, ale to tylko w przypadku konkretnych wpisów na bardziej polityczne tematy, jak np. ranking 10 książek o tym, jak wkurzyć narodowca.

 

Czy dostałeś kiedyś komentarz, który szczególnie Cię dotknął?

Najbardziej boli, kiedy nieprzychylny komentarz napisze osoba, którą cenisz. Jeśli ktoś taki cię krytykuje, to pojawia się w głowie myśl: „Kurczę, może rzeczywiście robię coś źle”. Na szczęście rzadko zdarzają się takie sytuacje.

 

Dlaczego rozpocząłeś vlogowanie?

Bo to jest przyszłość.

 

Nie dlatego, że znudziło Cię pisanie?

Nie. Po pierwsze była to chęć sprawdzenia się i zbadania nowego terytorium. Miałem dwa podejścia do vlogowania, ale dopiero w czerwcu zeszłego roku uznałem, że to jest moment, w którym już muszę być na YouTube, żeby nie stracić dystansu do innych blogerów. Słyszałem, że w perspektywie pięciu lat wideo ma osiągnąć 80% całego ruchu w Internecie, a to strasznie dużo. Nieobecność w tym momencie na YouTube to strata ogromnej publiki. A wideo to też inny format, otwierający nowe perspektywy.

Poza tym, odkąd mam bloga, myślę po cichu o własnym programie o książkach. A przecież kanał na YouTube to jest program o książkach, przynajmniej tak staram się o nim myśleć. To w pewien sposób łechce moje ego (śmiech).

 

Czy kanał na YT nie jest pewną odskocznią? Na blogu jest poważnie, profesjonalnie, a tam bardziej z przymrużeniem oka?

Trochę tak jest. Wydaje mi się, że podszedłem do YouTube’a trochę inaczej, ponieważ jest on domeną młodszych osób. Przez to trochę wyluzowałem i nabrałem do siebie dystansu. To wyszło jakby samo z siebie. Wydaje mi się, że w życiu jestem mniej poważny niż na blogu, więc ten kanał jest bliższy temu, jaki jestem naprawdę i jaki mam stosunek do książek. Nie traktuję ich z takim namaszczeniem, jakby to mogło się wydawać po wpisach na blogu.

 

 

Jaka jest Twoja ulubiona książka?

Ostatnio najbardziej spodobał mi się „Rejwach” Mikołaja Grynberga. Sentymentem darzę także „Prochy świętych. Afganistan czas wojny” Radosława Sikorskiego, bo to książka, która wprowadziła mnie w świat reportażu. Potem sięgnąłem po „Cesarza”, następnie po „Szachinszacha” Kapuścińskiego. A to właśnie po tych lekturach stwierdziłem, że nie chcę być już dziennikarzem, ale reporterem.

 

Wracasz czasami do już przeczytanych książek?

Jeżeli czytam drugi raz książkę, to po coś – piszę artykuł i muszę sobie coś przypomnieć, prowadzę spotkanie z pisarzem i nie do końca pamiętam jego książkę. Tylko w takich wypadkach. Użytkowo.

 

Zgłosiłeś się do konkursu stypendialnego fundacji „Herodot” z pomysłem na reporterską książkę o miasteczku na Lubelszczyźnie, w którym przed II wojną światową 93% mieszkańców stanowili Żydzi, a wojnę przeżyło tylko piętnastu. Skąd pomysł na projekt książki?

Pochodzę z tamtych stron, mam tam rodzinę. Często dziadkowie opowiadali historie sprzed lat, wspominali tamte wydarzenia. Pomysł pojawił się więc w sposób naturalny. Mniej więcej od czasów liceum zacząłem zbierać te opowieści. Najpierw od dziadków, potem próbowałem je jakoś dziennikarsko ogarnąć, między innymi napisałem kilka artykułów o tematyce żydowskiej. Przede mną jeszcze sporo materiałów do zebrania. Mam już tematy, którymi chciałbym się zająć oraz potencjalnych bohaterów. Książka więc na pewno powstanie.

 

Nie boisz się, że blog na tym ucierpi?

Są rzeczy ważne i ważniejsze. To jest właśnie fajne, że mając coś swojego, mogę odpowiednio przesunąć akcenty mojej pracy. Nie będzie mi bardzo szkoda, jeżeli przez pracę nad książką blog trochę ucierpi.

 

Prowadzisz bloga, piszesz książki. Kim w takim razie jesteś? Blogerem czy dziennikarzem? A może vlogerem?

Chyba najlepiej pasuje do mnie określenie bloger-reporter. Może twórca internetowy? To tak naprawdę nie ma większego znaczenia, bo te wszystkie dziedziny się ze sobą przeplatają.

 

Napisałeś kiedyś o sobie: „Jestem naiwnym idealistą, ciągle wierzę, że dziennikarstwo to misja” – dalej tak myślisz? Czy uważasz, że dziennikarze zostaną zastąpieni przez blogerów?

Uważam, że to raczej dziennikarze przejmą od blogerów różne narzędzia, np. formy komunikacji. Będą czerpać z blogowych rozwiązań. Będą tam, gdzie będą czytelnicy, czyli na tych platformach, na których działają teraz blogerzy i z których „poważni dziennikarze” trochę się teraz śmieją. Dziennikarstwo nie zniknie, bo jest zbyt ważne. Nie ma na to szans. Są różne formy dziennikarstwa: od reportażu, po zwykłe, choć równie ważne, codzienne klepanie newsów. Jest dziennikarstwo interwencyjne, które jest bardzo potrzebne, takie jak np. uprawia Justyna Kopińska. Wszystko to będzie, będą się tylko zmieniać formy komunikacji treści.

 

Może powstanie taka forma dziennikarstwa, którą będzie dało się skutecznie finansować, gdzie dziennikarz będzie miał bloga, na którym będzie publikował swoje teksty, a nie będzie związany z żadną redakcją. Ja chciałbym tak robić. Nie skupiać się tylko na tworzeniu codziennie małych wpisów, ale robić rzadziej dłuższe, a przede wszystkim ważniejsze rzeczy.