Raz a dobrze

Niezakończony jeszcze boom na gwiaździste niebo Van Gogha jest kolejnym przykładem na to, że kapka więcej konsumpcjonizmu wystarczy, by spalić wielokrotnie odgrzewanego kotleta.

Doskonale pamiętam, co pomyślałam sobie po obejrzeniu „Twojego Vincenta” (reż. Dorota Kobiela, Hugh Welchman, 2017): powstało coś unikatowego. Po raz pierwszy w historii namalowano ręcznie pełnometrażowy film wzorując się na technice bohatera pierwszego planu. Powstało 65 tysięcy kadrów, osoby biorące udział prawie nie zmieściły się w napisach. Bardziejsię nie da – puentowałam dalej. Któż odważy się ruszyć Van Gogha po czymś takim?

Mija rok. Na festiwalu filmowym w Wenecji nagrodę specjalną otrzymuje „U bram wieczności” malarza i filmowca Juliana Schnabla. Historia malarza niezrozumianego przez otoczenie ta sama. Artystę bez ucha nie gra jednak Robert Gulaczyk (który użyczał głosu Vincentowi), a Willem Defoe. Fabuła rozwija się subtelniej. W animowanym „Twoim Vincencie” jest bardziej prostą, marzycielską opowieścią. Ostatecznie docenia się Schnabla, a nie Kobielę i Welchmana. Pędzle 125 malarzy umykają Akademii, poprzestają na samej nominacji i zostają potem zapomniane – trochę jak ich inspirator, przez dekady nieobecny w świadomości społeczeństwa. Poddaje się ono z czasem co raz mocniej mechanizmom popkulturowym, które, o ironio, samo napędza.

Nie wiem, czy to zasługa wspomnianych wyżej filmów, czy mojego wyostrzonego na słoneczniki wzroku, ale widziałam już t ę rudą brodę na conversach, instagramowych tłach i case’ach na smartfony. Van Gogha, jak wielu innych wielkich, ożywia się kompulsywnie. Dopóki symbol (bo rzadziej już sam człowiek) jest modny, rynek czerpie z niego łapczywie. Aż pozostawia go uboższym o pierwotne znaczenia, czyli te wywołujące jeszcze uzasadniony i autentyczny zachwyt.

Nie jest czymś odkrywczym stwierdzić, że trendy wykorzystuje się do maksimum. Co raz bardziej przeraża mnie jednak tempo, w jakim się to odbywa i totalna swawola, która temu towarzyszy, chociażby w świecie filmowym. Jeśli wy też nieufnie patrzycie na zapowiadany przez HBO serial „Parasite”, kolejną aktorską wersję bajki Disneya czy serialowy remake „Władcy Pierścieni”, wiecie o czym mówię.

W pierwszym może grać sobie świetny Mark Ruffalo, kolejny może pogłębiać historię Śródziemia, a nawet sięgać do Silmarillionu. Ja będę jednak upierać się, że tym, którzy na to poszli, uderzyła do głowy sodówa albo kasa. Nawet jeżeli na początku potraktowali projekt jako nową, twórczą eksplorację, to jak na wszystkie słoneczniki Vincenta nie ogarnęli, że ktoś już zrobił to przed nimi raz a dobrze? Albo wręcz doskonale (Joon-ho Bong sam żeś to uczynił!)? I ruszając dopracowane dzieła na zawsze zmienią związane z nimi dziewicze odczucia widzów?

Jeszcze mocniej irytuje mnie w tym wszystkim, że samych zainteresowanych, czyli bohaterów, albo pierwotnych autorów opowieści, rzadko pyta się o zdanie. Jasne, wszystko wygodniej zrobić po ich śmierci. Chyba jedynym wyjątkiem jest J.D. Salinger, który do końca swoich dni nieugięcie nie zgodził się sprzedawać praw do adaptacji „Buszującego w zbożu”. Jego syn Matt Salinger odmawia dalej. Jak ten chłop musi być zmęczony! Hollywood jak wędrowny sokół krąży nad ofiarą. Ucieka się do filmów biograficznych o ojcu, które ciągną mocno w stronę Holdena Caulfielda (głównego bohatera powieści).

Tak samo nie zapytano o zdanie Amy Winehouse, której hologram ma niedługo wyruszyć w trasę koncertową. Nie zapytano Michaela Jacksona, którego druga (!) pośmiertna płyta Xscape składa się w połowie z miksów, a nie jego oryginalnych kompozycji. Odgrzewanie, podsycanie, spłycanie. Powtarzanie. Jakby mało było ludzi kreatywnych na świecie, szukających swojej skromnej luki w wszechogarniającej przestrzeni kulturalnej.

Chcę wierzyć, że twórcy podejmujący się ponownie tych samych opowieści o tych samych ludziach kierują się przede wszystkim misją ich zapamiętania.

Ale błagam, niech najpierw nastąpi komunikacja. Wytwórnie, które podpisujecie papiery, zadajcie sobie jedno, proste pytanie: czy tego już przypadkiem nie było? Jak nie jesteście pewni, sprawdźcie. I dopuście do głosu więcej historii, o których nie śniło się filozofom. Ani nawet Van Goghowi, jak patrzył w swoje gwiaździste niebo.

One aż kipią, żeby się pokazać.

Tematem miesiąca Folderu z dokumentami jest sztuka. Pokaz Nowy Folder x Against Gravity z dnia 18 marca, podczas którego miał zostać wyświetlony film „Chińskie Van Goghi” w reż. Haibo Yu i Kiki Tianqi Yu, zostaje odwołany zgodnie z zarządzeniem rektora UW w sprawie zapobiegania rozprzestrzenianiu się wirusa COVID-19 z dnia 10 marca 2020 roku. Jednak nie wszystko stracone! Gdy zagrożenie zniknie, zostanie wyznaczona nowa data pokazu. Na razie zachęcamy do zanurzenia się w sztuce.

[fot. obrazek wyróżniający: materiały prasowe]

Wpisy

Jej życiową ambicją jest zostanie panią na ludzkiej poczcie. Chce przyjmować w zawsze otwartym okienku historie i przesyłać je dalej – w formie dziennikarskiej, filmowej i teatralnej. W przerwie od pracy pije kawę i słucha płyt rodziców.
Wicenaczelna magazynu "Nowy Folder" dogląda działu "Folder z Dokumentami", które, ma nadzieję, zechcecie oglądać.