Ameryka jak z koszmaru

 

Po przeczytaniu „Rekinów wojny” ciśnie mi się na usta (i pod palce): Szkoda, że w Polsce nie pisze się takich książek. A jeśli się pisze, to szkoda, że się o nich nie mówi.

 

Rekiny wojny

 

Niech nikogo nie zmyli okładka przedstawiająca dwóch dość znanych w ostatnim czasie aktorów. Niech nie zmylą też wydrukowane na niej różowe i pomarańczowe litery. To wszystko tylko marketingowa otoczka, przynęta na potencjalnego czytelnika. Premiera książki Guya Lawsona odbyła się bowiem kilkanaście dni przed pojawieniem się na ekranach polskich kin filmu Todda Phillipsa o takim samym jak owa książka tytule. Reżyser znany jest ze stworzenia trylogii „Kac Vegas”. Główne role w jego „Rekinach wojny” zagrali Jonah Hill (najlepszy kompan Jordana Belforta, czyli Leonardo DiCaprio w „Wilku z Wall Street”) i Miles Teller (zdolny perkusista, którego talent wykuwa – i to niemalże dosłownie – nauczyciel-tyran w innym kinowym hicie – „Whiplash”).

 

Film Phillipsa nie jest jednak ekranizacją książki. Przede wszystkim dlatego, że powstawał niezależnie od niej. To po prostu kolejna typowo amerykańska komedia z elementami sensacyjnymi inspirowana wydarzeniami, które opisał Lawson. Wydarzeniami – dodajmy – prawdziwymi. I do tego śmiertelnie poważnymi.

 

Zostańmy handlarzami bronią

 

Jest lato 2004 roku. Efraim Diveroli ma osiemnaście lat, mieszka w Miami Beach, uwielbia spędzać czas z kumplami i palić trawkę. Od imprezowego życia jest go w stanie odciągnąć tylko jedno – obserwowanie strony internetowej, na której amerykański rząd umieszcza informacje o otwartych przetargach na towary i usługi, w tym opiewające na miliony dolarów zamówienia na uzbrojenie. Efraim, wykorzystując zarejestrowaną niegdyś firmę swojego ojca o nazwie AEY, zaczyna składać oferty w przetargach. Zaczyna je wygrywać i się bogacić. Najlepszym źródłem zarobku są zamówienia na broń. Amerykański rząd rusza bowiem walczyć z terroryzmem do Iraku, a potem także do Afganistanu i chce zaprowadzić tam porządek. Żeby misja się powiodła, trzeba zadbać o odpowiednie uzbrojenie miejscowych armii. Rząd musi działać sprawnie, skutecznie, w zgodzie z obowiązującymi, w większości zupełnie niepraktycznymi przepisami, które m.in. zakazują kupowania broni bezpośrednio od władz innych państw i mają wspierać mniejsze firmy. To szansa dla Diverolego. Jakkolwiek nieprawdopodobnie to brzmi, ten chłopak bez wykształcenia znakomicie potrafi wykorzystać okazję. Gdy sam przestaje sobie radzić z liczbą obowiązków, wciąga do biznesu o kilka lat starszych kumpli, najpierw Davida Packouza, a potem także Alexa Podrizkiego. Razem realizują wart 300 milionów dolarów kontrakt na dostawę broni do Afganistanu. Ta sprawa ściąga na nich prawdziwe kłopoty. Narażają się ważnym firmom działającym na rynku, rządom kilku państw, mafii, a nawet wspólnikom. Wkrótce młodzi handlarze bronią są na ustach całej Ameryki. A potem stają się bohaterami książki Lawsona.

 

Wszyscy trzej, zupełnie dla siebie niespodziewanie, zostali bowiem wplątani w skomplikowany układ na pogranicza prawa i bezprawia, zawieszony między polityką i stosunkami międzynarodowymi, obejmujący żądzę władzy i pieniędzy. Trzej „kolesie” – jak nazywa ich autor „Rekinów wojny” – stali się kluczowymi postaciami dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych (a – co za tym idzie – także całego zachodniego świata). Inaczej rzecz ujmując – jeśli losy wojen w Iraku i Afganistanie wisiały kiedykolwiek na włosku, to jednym z powodów była z pewnością dostarczająca tam broń firma AEY.

 

Oni są oszustami!

 

Lawson napisał o niej tekst do „Rolling Stone”. Wszystko działo się już po tym, gdy Efraim, David i Alex ze swojej działalności musieli się tłumaczyć przed sądem. Dziennikarz nie poszedł jednak drogą utartej już wówczas w innych mediach narracji. Zgodnie z nią „kolesie” byli oszustami, złodziejami i zbirami, klasycznymi typami spod ciemnej gwiazdy, którzy narazili na szwank dobre imię amerykańskiej administracji, na wskroś przecież profesjonalnej, działającej skrajnie wręcz transparentnie i wszystko skrupulatnie kontrolującej. Ba, oni z rozmysłem szkodzili całemu amerykańskiemu państwu, zarówno jeśli chodzi o sprawy wewnętrzne, jak i międzynarodowe!

 

Artykuł wzbudził wielkie zainteresowanie, ale Lawson na nim nie poprzestał. Jak zaznacza we wstępie do „Rekinów wojny”, wiedział, że nie wyczerpał tematu. Tak powstała książka. Autor dotarł do wielu osób związanych ze sprawą, czytał stenogramy z posiedzeń sądu, analizował obowiązujące prawo, wysyłał zapytania o dostęp do informacji. Urzędnicy milczeli jak zaklęci. A on drążył dalej. Znalazł ludzi, którym – podobnie jak jemu – zależało na ujawieniu prawdy o tym, co tak naprawdę kryło się za aferą AEY. A kryło się wszystko to, co wydaje się kompletnie sprzeczne z obrazem Stanów Zjednoczonych: naginanie, a nawet łamanie prawa, rozdęta do granic absurdu biurokracja, niedbalstwo, nieudolność, przedkładanie prywatnych interesików nad dobro wspólne, wszechogarniający chaos (na każdej możliwej płaszczyźnie: od ludzkiej przez instytucjonalną, od komunikacyjnej po kompetencyjną). Najbardziej przerażają jednak dwie rzeczy. Po pierwsze to, że kraj niosący na sztandarach prawa człowieka, zorganizował pokazowy proces trzech chłopaków, by zatuszować własne winy. Po drugie to, że stawiane za wzór rzetelności i niezależności amerykańskie media – niemal jak jeden mąż – łyknęły mętną papkę, pełną zmyśleń i przeinaczeń, którą o sprawie AEY zaserwował im rząd.

 

Historia, o której nie mieliśmy nigdy przeczytać

 

„Rekiny wojny” można więc uznać za książkę demaskatorską. Jej autor nie wpada jednak w typową dla tego rodzaju opowieści pułapkę polaryzacji na dobry – zły, my – oni, ofiara – kat. Historia, którą przedstawił, jest pełna niuansów i niejednoznaczności. Kiedy już już chce się zacząć kibicować jednej z postaci, Lawson podsuwa informację, która skutecznie od tego odstręcza. Kiedy ma się ochotę przekląć na czym świat stoi któryś z – jak się wydaje – czarnych charakterów – pojawia się szczegół, który zmienia punkt widzenia.

 

Ta książka to dowód na to, że dziennikarstwo śledcze nie musi się opierać na zaangażowaniu po jednej ze stron konfliktu i że nie jest ono wcale zarezerwowane wyłącznie dla reporterów tzw. poważnych mediów (trudno przecież zaliczyć do nich nastawiony na rozrywkę „Rolling Stone”).

 

Lawson pokazuje również, że przejmujący reportaż to nie tylko ten opisujący chorobę, śmierć, biedę czy katastrofę, uciekający się do tego do języka pełnego patosu. Nie twierdzę, że takie pisanie jest złe. W dużej dawce (a tę aplikują nam polscy autorzy, być może nie zawsze z własnej inicjatywy, a z uwagi na wytyczne redakcji) traci jednak siłę i bywa zwyczajnie nużące. „Rekiny wojny” opowiedziane są tymczasem prostym, sięgającym po kolokwializmy językiem, który nie tylko nie razi, ale wręcz oddaje klimat historii Efraima, Davida i Alexa. Język ten zupełnie nie przeszkadza też w pokazaniu ważnych problemów współczesnego świata, jak wojna i jej skutki, funkcjonowanie państwa, rola mediów, wpływ rodziny i otoczenia na życie młodych ludzi.

 

Co ważne, Lawson opisuje to wszystko bez choćby cienia amerykańskiej retoryki, tak zazwyczaj przepełnionej dumą z własnego kraju i jego osiągnięć. Oczywiście w tym przypadku powodów do owej dumy brak. Zawsze można by się jednak uciec do wybielania albo – wręcz przeciwnie – samobiczowania. Autora „Rekinów wojny” takie rozwiązania najwidoczniej nie interesują. „To historia, o której nie mieliście nigdy przeczytać” – kończy wstęp do książki. I to chyba najbardziej banalne, oczywiste zdanie, jakie można w niej przeczytać.

 

 

Agnieszka Kapela

 

 

„Rekiny wojny. Jak trzech kolesi z Miami Beach stało się najniezwyklejszymi przemytnikami broni w dziejach”
Autor: Guy Lawson
Tłumacz: Jacek Konieczny
Wydawnictwo: Znak Literanova