Reportażysta przeszłości

 

Nie pozwolono mi być reportażystą współczesnym, więc uciekłem w przeszłość – wyznał po latach Marian Brandys. Pisał głównie o historii, ale nie tylko. Część twórczości poświęcił swoim podróżom do Egiptu, Sudanu i Abisynii. Jego życie obrosło w wiele legend. Podobno pierwsze reportaże dla gazety „Zwyciężymy” tworzył przy biurku Adolfa Hitlera na jego blankietach listowych. Jaki był „ojciec powojennego reportażu”?

 

 

Marian Brandys, 1950
fot. Benedykt Jerzy Dorys (źródło: Nowa Cyfrowa Biblioteka Narodowa Polona)

 

1 kwietnia 1956 r. w mieszkaniu Mariana Brandysa zadzwonił telefon – Prosimy, żeby pan zaraz do nas przyszedł. Ale możliwie jak najszybciej. Chce mówić z panem Naczelny Redaktor. Wydaje mi się, że chodzi o jakąś ważną sprawę – mówi przejęta sekretarka. Brandys podchodzi do tego dość sceptycznie. Obawia się, że zostanie wysłany w teren, do „najbardziej zapadłych kątów województwa”. Jednak nie tym razem – Teraz Afryka, jak to się mówi, jest na rozkładzie. Powstają nowe państwa. (…) Oczy całego świata zwrócone są na Afrykę, a czytelnicy domagają się ciągle afrykańskich reportaży. Musimy je dawać, bo inaczej zleci nam nakład. (…) Dlatego chcemy was wysłać na reportaż do Egiptu – informuje go naczelny. Brandys początkowo bierze to za primaaprilisowy żart, jednak naczelny zapewnia, że propozycja jest jak najbardziej poważna. Po wyjściu z redakcji od razu zabiera się za przygotowania do wyjazdu. A zaczyna je od zakupu książki Henryka Sienkiewicza „W pustyni i w puszczy”. – Dawno temu, przed jakimiś trzydziestu pięciu laty, ja również byłem młodym chłopcem. Staś Tarkowski i Nel Rawlison byli moimi pierwszymi przewodnikami po Afryce. Wędrowałem z nimi przez pustynie i puszcze Sudanu. Dzięki nim poznawałem roślinność i zwierzynę buszu. Zabijałem lwy i oswajałem słonie. Drżałem w atakach febry i konałem z pragnienia. Takich wrażeń nie zapomina się nigdy – napisze później w swoim reportażu. Tak właśnie rozpoczęła się jedna z największych przygód jego życia.

 

Czytając reportaże podróżnicze Brandysa można śmiało powiedzieć, że musiał być niezwykle ciekawy otaczającego go świata. Reporter zabrał ze sobą do Afryki przewodnik w postaci książki Henryka Sienkiewicza, aby skonfrontować opisywaną rzeczywistość przez pisarza z ówczesnymi realiami. Dostrzegał dużo więcej niż zwyczajny człowiek – był wnikliwym i czujnym obserwatorem. Brandys w swoich reportażach podróżniczych był niezwykle zabawny – pokazał się jako człowiek o wspaniałym poczuciu humoru. Zwracał się do czytelnika z szacunkiem i życzliwością, co sprawia, że odbiera się go jako osobę ciepłą i sympatyczną. Ujmuje także stylem pisania – jego zapiski z podróży można dosłownie pochłonąć jednym tchem. Był także niezwyczajny – zawsze szedł pod prąd. W końcu każdy na początku przygotowań do wyprawy do Afryki kupiłby mapę lub inną niezbędną tam rzecz, a on postanowił zaopatrzyć się w powieść Sienkiewicza, ponieważ była jego przewodnikiem po Czarnym Lądzie, kiedy był jeszcze dzieckiem. Podobnie sytuacja wyglądała, kiedy dojechał do Kairu i w hotelu postanowił zlekceważyć kartkę z drukowanym napisem: NIE OTWIERAĆ OKIEN PRZY ZAPALONYCH ŚWIATŁACH i otworzyć je. Następnie w nocy zmuszony był stoczyć czterogodzinną walkę z komarami, co opisywał niezwykle barwnie – „Mały niewidzialny wróg atakował mnie ze wszystkich stron, raniąc zatrutymi strzałami. Była to planowa akcja strategiczna, opracowana w najdrobniejszych szczegółach. Najpierw rozlegało się krótkie bzyknięcie, potem następowało bolesne ukłucie. Zawsze w miejsce najmniej oczekiwane”.

 

To, jakim dziennikarzem był Marian Brandys najlepiej oddają słowa Ryszarda Kapuścińskiego: – Jest pisarzem historycznym, z tym, że, pisząc o historii, zmienia w różnych okresach gatunki – raz będzie to reportaż, innym razem esej czy opowieść, wreszcie – dziennik. W jego sposobie zbierania materiału, w sposobie pisania, czuć zawsze pulsujący nerw reportera, jego niezaspokojoną ciekawość, jego uporczywą dociekliwość, jego wspaniałą sztukę dziwienia się, nieukrywaną radość odkrycia.