Rewolucja w Kirgistanie, czyli Białoruś w wersji przyśpieszonej

Wszyscy śledzimy rozwój wydarzeń politycznych na Białorusi. Tymczasem podobną rewolucję przeszedł właśnie Kirgistan. Sfałszowane wybory, masowe manifestacje, dymisja prezydenta i niespodziewane zdobycie władzy przez opozycję. A to wszystko w niecałe dwa tygodnie. Innymi słowy – współczesna definicja rewolucji.

Historia Kirgistanu właściwie od momentu odzyskania niepodległości przepełniona jest rewolucjami i nagłymi zmianami na najwyższych państwowych stanowiskach. Kirgistan, podobnie jak i większość sąsiednich krajów, stał się samodzielnym państwem w 1991 roku, wraz z rozpadem Związku Radzieckiego. Jednak Kirgizi, którzy spodziewali się nastania ery demokracji szybko musieli przełknąć gorzką pigułkę autorytaryzmu. Już pierwszy prezydent, Askar Akajew, rządził twardą ręką, marginalizując rolę opozycji i nie oddając władzy przez niemalże 14 lat. Choć pierwsze antyprezydenckie manifestacje odbyły się już w 2002 roku, to dopiero tulipanowa rewolucja oraz domniemane sfałszowane wybory parlamentarne w marcu 2005 roku zmusiły Akajewa do ustąpienia z urzędu. Ponownie jednak Kirgizi wpadli z deszczu pod rynnę. Nowym prezydentem został Kurmanbek Bakijew, a jego rządy szybko okazały się być czasem nepotyzmu i jeszcze większej marginalizacji jakiejkolwiek opozycji. Nie dziwi więc, że po 5 latach w Kirgistanie doszło do kolejnej rewolucji i kolejnego obalenia głowy państwa. Następną osobą na stanowisku prezydenta została Roza Otunbajewa (pierwsza kobieta prezydent w Azji Środkowej), jednak jej rządy także nie trwały zbyt długo. Choć warto dodać, że to za jej prezydentury zmieniono system rządów z prezydenckiego na parlamentarny, za sprawą państwowego referendum.


Mapa Kirgistanu. Źródło: Globtroter.pl

Już w 2011 roku w Kirgistanie rozpisano kolejne wybory prezydenckie, w których zwyciężył Ałmazbek Atambajew, przedstawiciel Socjaldemokratycznej Partii Kirgistanu. I nareszcie, przynajmniej pozornie, doszło do stabilizacji. Nowy prezydent utrzymał się na stanowisku przez całą 6-letnią kadencję i oddał je dopiero po kolejnych wyborach (prawo w Kirgistanie nie pozwala na ubieganie się o reelekcję w wyborach prezydenckich).W 2017 roku wybrano więc nowego prezydenta, Sooronbaja Dżeenbekowa (ponad 54% głosów w pierwszej turze), należącego do tej samej partii co jego poprzednik. W międzyczasie Kirgistan dorobił się nawet przydomka „wyspa pluralizmu”, gdyż sąsiednie kraje postsowieckie zmagały się w  ostatnich latach z jeszcze bardziej autorytarnymi rządami i brutalnymi dyktaturami. Ostatnie wydarzenia pokazują jednak, że przydomek ten zdaje się być nadany trochę na wyrost. Bowiem w Kirgistanie trwa właśnie trzecia rewolucja w ciągu ostatnich 15 lat.

Kropla goryczy

Tym razem zapalną iskrą okazały się być wybory parlamentarne w pierwszych dniach października. Według oficjalnych wstępnych wyników prawie połowę głosów zdobyły dwie partie, zbliżone do siebie światopoglądowo. Birimdik (Jedność), związana z obecnym prezydentem Dżinbekowem oraz Mekenim Kirgistan (Ojczyzna Kirgistan). Co prawda próg wyborczy przekroczyły jeszcze dwie inne partie, ale ich rola w 120-osobym zgromadzeniu mogłaby okazać się marginalna, szczególnie jeśli dwa największe ugrupowania zawiązałyby koalicję. Co ciekawe, obie partie o największym poparciu startowały w wyborach po raz pierwszy, choć w ich szeregach nie brakuje doświadczonych polityków. Obie także opowiadają się za ścisłą współpracą z Rosją. Jednak nie będzie dane nam dowiedzieć się, jak wyglądałby nowy parlament w Kirgistanie, bowiem wyniki wybór zostały unieważnione zaledwie dzień później. Dlaczego? „Aby przeciwdziałać napięciom w kraju”.

 Trzeba przyznać, że ten komunikat Centralnej Komisji Wyborczej Kirgistanu brzmi niezwykle eufemistycznie, choć jednocześnie trafia w sedno. Bowiem niemalże natychmiast po ogłoszeniu wyników wyborów na ulice wyszły tysiące protestujących. W ciągu kilku godzin Kirgizi wkroczyli na teren rządowych budynków i właściwie wymusili na prezydencie Dżinbekowie oddanie władzy w ręce opozycji. Tego samego dnia uwolniono byłego prezydenta Atambajewa, który został skazany na ponad 11 lat więzienia za korupcję (choć on sam od początku przekonywał, że jest niewinny). Doszło do licznych starć z policją, podpaleń i kradzieży. W ciągu samej pierwszej nocy zamieszek rannych zostało niemalże 600 osób. Co prawda prezydent Dżeenbekow zarzekał się, że sytuacja jest pod kontrolą i nawoływał do zaprzestania protestów, ale szybko sam się przekonał, jak bardzo się mylił.

Dlaczego Kirgizi zareagowali w tak gwałtowny i zdecydowany sposób? Zdaniem protestujących przy wyborach doszło do licznych przekupstw, przez co ich wynik nie jest w żaden sposób wiarygodny. Od razu zaczęto więc domagać się przeprowadzenia ponownego głosowania. Choć oczywiście, jak to zazwyczaj bywa, prawdziwe przyczyny buntu były znacznie głębsze i stanowiły konsekwencję wieloletniego niezadowolenia obywateli. Trwający do ponad 20 lat kryzys ekonomiczny, nepotyzm wśród państwowych elit, korupcja, a dodatkowo obecnie sytuację znacznie pogarsza trwająca pandemia. Negatywne emocje obywateli potrzebowały jedynie pretekstu, aby dać o sobie znać. I właśnie takim pretekstem były wybory parlamentarne.

Pospieszny do demokracji

Trzeba przyznać, że kolejne wydarzenia w Kirgistanie potoczyły się bardzo szybko i w ciągu kilku dni sytuacja polityczna uległa całkowitemu odwróceniu. W przeciwieństwie do białoruskich służb władza w Kirgistanie nie była w żadnym stopniu przygotowana na nagłą falę protestów, a już na pewno nie spodziewała się takiej skali sprzeciwu. Jako że prezydent Dżeenbekow wyraźnie zakazał używania ostrej amunicji, to manifestacje szybko osiągnęły swoje cele. Zaledwie dwa dni po wyborach protestujący zajęli parlament oraz budynek administracji prezydenckiej. Jeszcze tego samego dnia swoja rezygnację złożył premier Kirgistanu, Kubatbek Boronow. Jego miejsce natychmiast zajął Sadyr Dżaparow, opozycyjny polityk, zaledwie dzień wcześniej uwolniony przez protestujących z aresztu. Dzień później Ludowa Rada Koordynacyjna (założona przez partie opozycyjne) oświadczyła, że przejmuje władzę nad państwem i rozwiązuje dotychczasowy parlament. Do zmiany władzy doszło więc szybko i skutecznie, przy zachowaniu stabilności państwa i uniknięciu wojny domowej. A tak przynajmniej mogło się wydawać, choć kolejne dni zdecydowanie do spokojnych nie należały.


Sooronbaj Dżeenbekow – prezydent Kirgistanu w latach 2017-2020, podał się do dymisji z powody masowych manifestacji. Źródło: Wikipedia

Już w swoim pierwszym telewizyjnym przemówieniu świeżo powołany premier Dżaparow oprócz zapowiedzenia reformy konstytucyjnej dodał, że nie otrzymał oficjalnego poparcia ze strony (także dopiero co założonej) Ludowej Rady Koordynacyjnej. Innymi słowy dał do zrozumienia, że opozycja nie jest jednomyślna i występują w niej wewnętrzne konflikty. Dzień później (8 października) władze Kirgistanu postanowiły zamknąć granice państwa, w związku z wciąż trwającymi, choć już w znacznie łagodniejszej formie, protestami. Swoje oświadczenie wydał także, wciąż będący wtedy jeszcze formalnie prezydentem, Dżeenbekow. „Ci, którzy chcieli otrzymać wysokie stanowiska, już osiągnęli cel. Powinni działać na rzecz stabilizacji (…) Wiele ode mnie jako głowy państwa zależy. Z tej racji powinienem odegrać rolę arbitra, zrobić, co w mej mocy, by ustabilizować sytuację i stworzyć grunt dla rozmów z opozycją. Jestem bardzo zaniepokojony rozwojem wydarzeń w kraju”.

W tym samym oświadczeniu prezydent Dżeenbekow zaznaczał, że, z powodu troski o życie obywateli, nie ma zamiaru ogłaszać stanu wyjątkowego i wysyłać wojska do walki z protestującymi. Jak to jednak w Kirgistanie bywa dzień później sytuacja znacznie się zmieniła, a słowa prezydenta zostały szybko zweryfikowane. W Biszkeku, stolicy Kirgistanu, doszło do ulicznych starć zwolenników różnych partii politycznych, w których najprawdopodobniej rannych zostały dziesiątki osób. Doszło także do próby zamachu na byłego prezydenta Atambajewa, zaledwie kilka dni wcześniej uwolnionego przez opozycjonistów z więzienia. Jego samochód został ostrzelany, ale udało mu się przeżyć. W związku z tymi wydarzeniami Dżeenbekow jeszcze tego samego dnia ogłosił stan wyjątkowy, który był równoznaczny z wprowadzeniem godziny policyjnej ora wysłaniem wojska na stołeczne ulice. Ponadto prezydent przyjął dymisję rządowych polityków, zastąpionych przez opozycjonistów. Dodał także, że sam jest gotów ustąpić ze stanowiska, jeśli nowo powstały rząd będzie w stanie ustabilizować sytuację w państwie.


Zdjęcia z manifestacji w Biszkeku, czyli stolicy Kirgistanu. Źródło: Wikipedia

Zmiany na stołkach

Kolejnym ważnym elementem kirgiskiej rewolucji był komunikat rosyjskiej agencji Interfax. „10 października, w wyniku działań operacyjnych, prowadzonych przez Państwowy Komitet Bezpieczeństwa Narodowego Kirgistanu i MSW, Atambajew (były prezydent Kirgistanu-red.) został zatrzymany na podstawie nakazu śledczego w ramach sprawy karnej dotyczącej organizacji masowych zamieszek w Biszkeku”. Okazało się, że Atambajew jest także oskarżony m.in. o próbę zabójstwa czy korupcję.

W tym samym czasie kirgijski parlament oficjalnie i jednogłośnie mianował Sadyra Dżaparowa, który sprawował tę funkcje już od kilku dni, nowym premierem. Polityk (popierany przez nacjonalistyczną partię Ata Dżurt) zapowiedział, że nie przewiduje już zmian na stanowiskach ministrów i nie zamierza prześladować przeciwników politycznych. Dodał także, że Rosja wciąż pozostanie głównym partnerem biznesowym Kirgistanu. Na tym samym posiedzeniu udało się zatwierdzić skład nowego rządu.

Parlament nie rozpatrzył jednak innej kluczowej sprawy, czyli wprowadzonego kilka dni wcześniej przez prezydenta stanu wyjątkowego w stolicy kraju. W związku z tym Dżeenbekow ponownie ogłosił w Biszkeku stan wyjątkowy. Na tym prawne zawirowania oraz polityczne przepychanki w Kirgistanie się nie skończyły. Wybór przez parlament nowego premiera musi zostać zatwierdzony także przez prezydenta, a ten postanowił zakwestionować pierwsze głosowanie. Powodem miał być brak kworum, czyli nieobecność znacznej części posłów. Dżeenbekow poprosił więc o ponowne głosowanie, podczas którego parlament kolejny raz poparł kandydaturę Sadyra Dżaparowa na stanowisko premiera. Tym samym rząd potwierdził swoją stabilność i gotowość do pełnienia władzy. Dżinbekowi zostało więc jedynie, zgodnie ze swoją wcześniejszą obietnicą, ustąpić ze stanowiska prezydenta.


Sadyr Dżaparow – tymczasowy prezydent oraz premier Kirgistanu. Źródło: Wikipedia

„Nie trzymam się władzy. Nie chcę zostać zapamiętany w historii Kirgistanu jako prezydent, który przelał krew i strzelał do swoich obywateli” – tak swoją decyzję argumentował Dżeenbekow, ogłaszając swoją dymisję, dzień po powołaniu nowego rządu. Tego samego dnia ze swojego stanowiska odszedł także Kanatbek Isajew, czyli dotychczasowy przewodniczący parlamentu. Decyzje te oznaczają, że wszystkie trzy kluczowe stanowiska zajmuje tymczasowo jedna osoba – Sadyr Dżaparow. „Wszystkie uprawnienia prezydenckie przeszły całkowicie na mnie” – poinformował po ogłoszeniu oficjalnej abdykacji jego poprzedników.

Egzamin z demokracji

Sytuacja pozornie wydaje się być opanowana. Opozycja sprawnie przejęła władzę, wyznaczyła swoich przywódców, jednocześnie nie dążąc do krwawej zemsty na poprzednikach. Kirgijska szara rzeczywistość jednak dopiero zaczyna nabierać kolorów, a znaków zapytania nie brakuje. Powołanie nowego rządu wcale nie zatrzymało wszelkich protestów. Naród wciąż pozostaje podzielony, a wśród opozycji ciągle trwają przepychanki i próby zagarnięcia dla siebie choćby kawałka wielkiego i lekko niespodziewanego tortu, jakim jest przejęcie całkowitej władzy w państwie w ciągu zaledwie kilkunastu dni. Ponadto według konstytucji w ciągu 3 miesięcy po dymisji prezydenta muszą zostać rozpisane nowe wybory. I nawet ich termin stał się już w Kirgistanie elementem sporu. Centralna Komisja Wyborcza Kirgistanu zaproponowała datę 17 stycznia, jednak premier (oraz jednocześnie tymczasowy prezydent) Dżaparow uważa, że te powinny się odbyć jeszcze w tym roku, a na pewno nie później niż 10 stycznia. On sam nie będzie mógł w nich wziąć udziału, ze względu na prawny zakaz reelekcji, nawet jeśli pełni tę funkcje jedynie tymczasowo. A to stwarza kolejny pretekst do walki o władzę i wzajemnego wyniszczania się przez, niedawno jeszcze opozycyjne, partie. Ze względu na tak gwałtowny rozwój wydarzeń większość z nich nie ma przygotowanych swoich struktur i wyraźnych liderów. Na oficjalny termin wybór oraz inne decyzje polityczne możemy więc jedynie czekać. Tak samo, jak na to, w którą stronę podąży nowa kirgijska władza i jak długo uda jej się uniknąć rozłamu. Pozostaje mieć nadzieję, że autorytarna przeszłość kraju okaże się wystarczającą lekcją, aby pozostać na świeżo wytyczonej ścieżce demokracji i nie ulec pokusom, jakie oferuje władza. Choć łatwo na pewno nie będzie.

Wpisy

Student trzeciego roku dziennikarstwa i medioznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna pełnoprawny warszawiak. Fan piłki nożnej i kibic pewnej stołecznej drużyny kojarzonej z literą L w kółeczku. Miłośnik Star Wars oraz prozy Stephena Kinga.

Twój adres email nie zostanie opublikowany.