Reżyser, który chciał zostać astronautą


Prawdziwy artysta to nie ten, o którego życiu jest głośno na fali skandali, ale ten, który potrafi opowiadać o sobie przez własną sztukę. Właśnie taki jest Alfonso Cuaron, który tworzy autobiografię po cichu, między kadrami, za pomocą obrazów i symboli. Tak, że chciałoby się obejrzeć jeszcze kolejny odcinek.


Wysoki, szczupły mężczyzna, można dodać, że całkiem przystojny. Na galach występujący w idealnie skrojonym garniturze, a na planie zdjęciowym ubrany w czarny sweter albo bluzę z kapturem. Niemal bez przerwy ma delikatny, serdeczny uśmiech i bystre, wnikliwe spojrzenie. Do fotografii przedstawiających Cuarona dołączyła ta, gdzie stoi z trzema Oscarami w dłoniach: za reżyserię, zdjęcia i najlepszy film nieanglojęzyczny.


Reżyser, scenarzysta, montażysta i producent

Pasja Cuarona do kina rozpoczęła się od dwóch filmów: pierwszy o reżyserze George’u Roy’u Hillu i drugi czarno-biały dramat „Złodzieje rowerów”. 12-letni Alfonso nie mógł ani na chwilę rozstać się z kamerą otrzymaną na urodziny, a zamiast na grę w piłkę wymykał się do kina. Jego pierwszy film ukazał się w 1983 roku, jednak karierę rozpoczął na dobre dopiero w latach 90.


„Po ukończeniu reżyserii i filozofii na uniwersytecie w Meksyku trudno mi było zrobić pierwszy film. Przez osiem lat imałem się różnych zajęć: realizowałem krótkie metraże, byłem asystentem reżysera albo kręciłem komedie romantyczne, bo takie było zapotrzebowanie. W końcu film Tylko ze stałym partnerem okazał się komercyjnym sukcesem także za granicą, zostałem nagrodzony w Toronto, ale to nie była moja bajka, marzyłem oczymś innym”, opowiada reżyser.


„Tylko ze stałym partnerem” stał się decydującym impulsem do wyjazdu Cuarona do USA. Karierę za oceanem rozpoczął z pomocą Sydneya Pollacka przy antologii telewizyjnej „Upadłe anioły”. Jego nazwisko stało się rozpoznawalne również w Europie, między innymi dzięki takim produkcjom jak „Mała księżniczka”, „I twoją matkę też” czy „Harry Potter i więzień Azkabanu”, na którego reżyserię początkowo nie chciał się zgodzić. Z kolei przez krytyków docenione zostały przede wszystkim jego dramaty sci-fi; między innymi „Ludzkie dzieci” i „Grawitacja”. Ten drugi opowiada o walce o przetrwanie dwójki astronautów i, jak sam przyznaje Cuaron, jest spełnieniem jego marzeń z dzieciństwa. Całe szczęście, że szybko zrewidował swoje plany na przyszłość i zamiast astronautą, został reżyserem.


Do sukcesów Cuarona na polu filmowym można zaliczyć rówież jego niezależną firmę producencką Cha Cha Cha, którą założył z innym meksykańskim reżyserem po wyprodukowaniu znanego na całym świecie filmu swojego przyjaciela Guillermo del Toro „Labirynt Funa”. Zatem jak widać jego droga do międzynarodowej popularności i uznania krytyki była długa i nie zawsze łatwa. Pomimo tego wielu widzów po raz pierwszy usłyszało jego nazwisko nie poprzez kasowe produkcje z Hollywood, ale dzięki „Romie”, którą mógł obejrzeć dosłownie każdy – nawet na ekranie telewizora za pośrednictwem „Netflixa”.


Białe meksykańskie dziecko z klasy średniej

Przenieśmy się na chwilę do roku 1961. Pewne małżeństwo, lekarz i biochemiczka, zamieszkują w dzielnicy Roma w Meksyku. 28 listopada na świat przychodzi ich syn, którego nazwą Alfonso. Kiedy będzie miał 10 lat, jego ojciec opuści rodzinę, a on sam mocno zwiąże się ze służącą, która zastąpi mu drugiego rodzica. Mijają kolejne lata, wreszcie mamy rok 2018. 57-letni już Alfonso postanawia wrócić do lat swojego dzieciństwa. Po całym Meksyku zbiera meble należące do swojej rodziny, buduje replikę rodzinnego domu i szuka aktorów naturszczyków podobnych do swoich krewnych. Tworzy film-wspomnienie, „Romę”. – To jedna z tych rzeczy, którą po prostu musisz kiedyś zrobić – mówi Cuaron w wywiadzie z Radkiem Folta. – Dochodzisz do pewnego wieku i chcesz zmierzyć się ze swoim życiem, za związkami z ludźmi, ale też ze społeczeństwem i historią swojego kraju. Można powiedzieć, że Cuaron przebył drogę z Meksyku do Hollywood i z powrotem. Nic więc dziwnego, że aż chce się zapytać o kolejny film. Czy meksykański reżyser pójdzie dalej w stronę kina chwili, sentymentalnego i nostalgicznego, czy wróci do hollywoodzkich produkcji, których nie brakuje w jego filmografii? Cuaron odpowiada w wywiadzie z Barbarą Hollender dla „Rzeczpospolitej”: – Jeszcze nie wiem, jaki będzie mój następny projekt. Ale robię filmy średnio raz na pięć lat, więc mam jeszcze trochę czasu do namysłu. Można mieć tylko nadzieję, że tym razem nie każe nam tyle czekać. Albo jeśli nawet pozwoli na chwilę o sobie zapomnieć, to wróci z równie zaskakującym filmem. Kto wie, może i po kolejne Oscary?