Marta Prus: Reżyserka długodystansowa

Nowy Folder - Marta Prus 1

 

Prawie trzy lata zajęło jej przekonanie Iriny Viner-Usmanovej, trenerki rosyjskich gimnastyczek artystycznych, do udziału w jej debiutanckim dokumencie pełnometrażowym. – Potrzebowałam czegoś, co będzie dla mnie wyzwaniem i czymś nieznanym – opowiada Marta Prus w rozmowie z Antonim Rokickim.

 

Fot. Archiwum prywatne

 

Muszę się przyznać, że przez pierwsze pół godziny oglądania „Over the limit” zastanawiałem się, czy to na pewno jest dokument. Przypominał paradokument czy dokument fabularyzowany…

To prawdziwy dokument: wszystkie sceny były zaobserwowane, nie było nic reżyserowanego.

 

Jak to zrobić, jak być niezauważalnym?

Myślę, że trzeba wypracować relację. Trzy lata zajęło mi zdobycie zgody od pani Iriny, znalezienie środków, producentów, koproducentów i nauka języka rosyjskiego – przez cały ten czas utrzymywałam kontakt z bohaterkami. I kiedy zaczęłam kręcić film, nie byłam już obca. Zapewniłam też bohaterki, że zobaczą zmontowany film i jak będą miały uwagi, to będziemy o nich rozmawiać. Chcę, by bohaterowie moich filmów mieli poczucie, że ze mną współpracują, że ich nie okradam z niczego. O kolejnym czynniku trudno mi mówić: jest we mnie coś, co wzbudza zaufanie. Na pewno zależy to od osobowości, ale nie potrafię tego ocenić. Pomógł mi też fakt, że na planie jestem cicha: nie zagaduję, praktycznie nie mam kontaktu z bohaterem. Dlatego dziewczyny bardzo szybko przestały zwracać na nas uwagę, co spowodowało, że z jednej strony mogłam podchodzić bardzo blisko z kamerą i być niezauważalną, ale też kiedy odkładam kamerę i miałam ochotę porozmawiać z Ritą, ona takiej ochoty nie miała.

 

Czyli nie nagrywałaś żadnych rozmów z Ritą?

To dla mnie podejście reportażowe, a ja chciałam zrobić film, który opowie historię w sposób dramaturgiczny. Chciałam opowiedzieć obrazem, a nie słowem. Miałam na myśli to, że chciałam mieć z nią również kontakt koleżeński, np. fajnie byłoby razem coś zrobić, po nagraniach, po treningu. Ale na to Rita nie miała ochoty.

 

I pewnie też czasu.

To prawda.

 

Te dziewczyny przebywają większość czasu razem, nie mają wielu okazji spotykać się z bliskimi.

Średnio raz w tygodniu mogły pojechać do domu: w niedzielę. Bywało rzadziej, zwłaszcza rok przed olimpiadą. Zdarzało się, że Rita nie była w domu przez miesiąc.

 

Wtedy też zachorował na raka jej ojciec. Ten wątek jest w Twoim filmie w tle…

Trzeba uszanować ludzi i ich prywatną tragedię: to nieetyczne pchać się z kamerą, kiedy wiesz, że być może to ich ostatnie wspólne chwile. Nie umiałabym tego i nie chciałabym tego zrobić: to kwestia tego, ile zrobię dla filmu, a ile dla bohatera. I zawsze wybieram bohatera, bo film jest czymś wtórnym i można powiedzieć – bardziej egoistycznym. A przy dokumencie trzeba zawsze pamiętać, że to jest film o kimś: to jest czyjeś życie, a nie plan filmowy. Rita żyje swoim życiem, a ja w tym życiu chcę uczestniczyć jak najmniej inwazyjnie.

 

Fotos z filmu „Over the limit”

 

Zanim zaczęłaś pracę nad filmem „Over the limit” byłaś w Rosji?

Raz, kilka lat wcześniej. Po pierwszym roku nauki w Łodzi pojechałam z trzema koleżankami z roku na warsztaty ze szkoły moskiewskiej VGIK do Rostowa nad Donem. Byłyśmy tam przez miesiąc, robiłyśmy krótkie filmy i jeden z nich, który zrobiłam z Klarą Kochańską, nie został na koniec warsztatów zaprezentowany. Z powodu cenzury. Bardzo mnie to zbulwersowało, więc poszłam do dyrektora szkoły. Powiedział mi, że film nie został puszczony z powodu… złego dźwięku. – Przecież wiem, że dźwięk był dobry. Proszę powiedzieć szczerze, dlaczego podjęto taką decyzję? – odpowiedziałam. Nic z tej rozmowy nie wynikło. Później podeszło do mnie kilka osób i poprosiło, żebym przeprosiła dyrektora, bo nie można tak rozmawiać z tak ważnymi osobami. Mówili też, że to może być dla nas niebezpieczne, bo my jeszcze będziemy kilka dni w Moskwie. Załatwiono nam mieszkanie na kilka dni w polskiej ambasadzie w zamkniętym ośrodku, żeby było bezpieczniej.

 

O czym był film?

Właśnie o niczym wielkim: o tym, że dziewczyna z Rosji szuka przez internet chłopaka, bo chciałaby wyjechać do Włoch i rozpocząć tam życie… Najwidoczniej złe było to, że ktoś chce wyjechać z Rosji. A mnie oburzyło, że w szkole filmowej w Moskwie w XXI w. studenci są cenzurowani. Mam w sobie naturalną wrodzoną potrzebę walki o wolność. Jak czegoś nie rozumiem, nie mam jakiejś ogłady czy może mądrości, żeby czegoś nie zrobić: po prostu idę i rozmawiam. Tak samo dzieje się, jak widzę przemoc na ulicy. Nie jestem wielkiej postury, a zdarza mi się podejść do dresiarzy i powiedzieć, żeby nie bili kobiety.

 

Nie miałaś więc najlepszych wspomnień z Rosji.

To doświadczenie miało duży wpływ na powstanie „Over the Limit”, bo wyobraziłam sobie, że skoro w szkole filmowej panuje taka atmosfera, to co dopiero muszą przeżywać gimnastyczki. Rosja mnie zainteresowała. Być może to mnie zachęciło, żeby tam wrócić i coś nakręcić.

 

Jak film został odebrany przez Ritę?

Chciałam być przy tym, kiedy pierwszy raz go obejrzy, więc zaprosiłam ją do Polski, do montażowni, w której film powstawał. Gdy weszłam do pokoju po projekcji, Rita była we łzach. Przytuliła mnie i podziękowała za film.

 

A Irina? Była z niego zadowolona?

Pani Irinie nie spodobało się, że nie ocenzurowałam jej przekleństw. Poza tym, co zaskakujące, nie miała uwag. Zaskakująco dojrzale podeszła do tego, jak została pokazana w filmie i doceniła moją pracę. Myślę, że wynika to z faktu, że doskonale wie, kim jest i nie zważa na opinie innych.

 

Cały czas zastanawiam się, jak wyglądało zdobywanie zgody od Iriny. Niewiele osób w naszym wieku prawie trzy lata spędziłyby na zdobywaniu zgody…

Wytrwałość i wiara w swoje przeczucia to też cecha mojej osobowości. Kiedy ludzie napotykają pierwsze przeciwieństwo, biorą je za znak, że to się nie uda, przestają wierzyć w pomysł. Mnie zniechęciłoby, jeśli film powstawałby bardzo szybko: miałabym poczucie, że to nie jest wyzwanie, że to może zrobić każdy. Ciekawiej jest podjąć temat niedostępny, nieosiągalny, wtedy stawka się zwiększa. Bardzo wierzyłam, że pokazując środowisko gimnastyczne, zrobię dobry film. Wiedziałam, że pani Irina jest gotową postacią do filmu. Od razu spodobała mi się też Rita – jako gimnastyczka i osoba. Zaczęłam marzyć o tym filmie, wyobrażać go sobie w głowie.

 

Fotos z filmu „Over the limit”

 

Jak szukałaś kontaktu do Iriny?

Próbowałam w każdy sposób odnaleźć jakąś ścieżkę do niej: byłam tym wprost opętana. Pytałam wszystkich znajomych, czy mogą mi pomóc do niej dotrzeć. Pani Irina jest żoną oligarchy, więc stwierdziłam, że na pewno ma jakieś koneksje polityczne. Napisałam nawet na Facebooku, czy ktoś zna może Putina.

 

I jaki był odzew?

Ktoś wskazał mi jakąś drogę. Dzwoniłam też po klubach sportowych w Polsce, pytając, czy nie mają trenerek, które mogą ją znać. Nie chodziło mi o skontaktowanie się z nią, bo to akurat nie było dla mnie aż tak trudne, ale nakłonienie jej do współpracy.

 

Jak wyglądało Twoje pierwsze spotkanie z Iriną?

Po prostu pojechałam do Rosji na zawody. Znalazłam budynek, w którym się odbywały, znalazłam otwarte drzwi i w ten nielegalny sposób weszłam. Pomyślałam, że nie mogę wyglądać jak zagubiona osoba, która nie wie, co tam robi: musiałam pokazać, że jestem tu, bo mogę tu być, bo mam akredytację i jestem jakąś ważną trenerką. Kiedy porozmawiałam z panią Iriną, szybko odpowiedziała, że nie jest możliwe, bym zrobiła film. Próbowałam więc dalej: trzeba być odważnym i nieustępliwym. Jeśli nie masz złych intencji, to można czasem nawet skłamać. Ja skłamałam wchodząc do ośrodka treningowego „Nowogorsk”: powiedziałam uzbrojonemu żołnierzowi przy wejściu, że jestem umówiona z panią Iriną. Dzięki temu on wykonał jakiś telefon, po kwadransie spisał moje nazwisko i wpuścił do środka. W relacji z bohaterem nigdy nie wolno kłamać, ale jak chce się przedrzeć przez zasieki, czasem trzeba coś wymyślić.

 

Co zdecydowało, że Irina wyraziła zgodę na udział w filmie?

Myślę, że moja nieustępliwość oraz to, że film zdobył koproducentów zagranicznych. To mogło ją przekonać, że pojawi się prestiż.

 

Te wyjazdy na spotkania z Iriną były nie tylko czasochłonne, ale też kosztowne…

Na początku sama za nie płaciłam.

 

A nie jest tak, że producent na wstępnym etapie pracy nad filmem może opłacić reżyserowi wyjazdy?

Jak jesteś debiutantem, to chyba o to trudno. Ale podróżowanie nie jest na szczęście dziś drogie. Miałam oszczędności z nagród za wcześniejsze, krótkometrażowe filmy, które zrealizowałam. Albo ze stypendiów studenckich. Bilet do Rosji, kupiony z wyprzedzeniem, nie jest aż tak drogi. A noclegów szukałam na couchsurfingu.

 

Czyli korzystałaś ze wszystkiego, z czego młodzi ludzie korzystają na co dzień. Każdy, kto będzie to czytał, powinien wziąć się do pracy, a nie narzekać.

Oczywiście! To nie jest tak, że ktoś mi coś dał. To był mój pomysł, który wymyśliłam siedząc na kanapie w wynajmowanym pokoju w Łodzi, kiedy byłam jeszcze studentką. Za swoje pieniądze kupiłam bilety i poprosiłam Adama, który był moim współlokatorem, by pojechał ze mną. Trzeba mieć jakąś umiejętność organizacyjną: zorientować się u kogo można mieszkać, jak załatwić wizę i zrobić to wszystko z wyprzedzeniem. Ale przede wszystkim – trzeba uwierzyć w projekt.

 

Fot. Archiwum prywatne

 

Sport Cię zahartował? Siedem lat trenowałaś gimnastykę artystyczną.

Nie wierzę, że ważne rzeczy nie powstają ot, tak, że dobrą rzecz można zrobić szybko. Podobnie nie da się szybko wypracować relacji międzyludzkiej. Wszystko, co wartościowe, wymaga czasu: trzeba mieć w sobie pokorę.

 

Czy w Polsce, na najwyższym poziomie gimnastyki artystycznej, też panuje taki reżim, jak u Iriny?

W żadnym wypadku. Taką postać można byłoby jeszcze znaleźć ewentualnie na Ukrainie. Tam też jest trenerka, która ma niezłą charyzmę. Ale jak pojechałbyś na zawody międzynarodowe, to zobaczyłbyś, że wszyscy są wpatrzeni w Rosjanki: one są boginiami. Zresztą, potrzebowałam czegoś, co będzie dla mnie wyzwaniem i czymś nieznanym. Bo zrobienie dokumentu o czymś, co dobrze znam, byłoby nudne. Mnie ciekawi film, kiedy wiem, że praca przy nim mnie wzbogaci.

 

Nad jakim projektem obecnie pracujesz?

Chciałabym zadebiutować fabularnie. Czy będzie trudniej? Nie wiem. Okaże się, jak już ten film zrobię, wtedy będę mogła porównać. Na razie jestem na samym początku, nie zaczęłam jeszcze szukać współpracowników. Nikt nie czytał jeszcze tego, co napisałam.

 

Zdradzisz o czym ten film będzie?

Nie. Pomysły się często zmieniają, więc wolę na razie nic nie mówić.

 

Czego więc mogę Ci życzyć?

Żebym zrobiła dobry film. To jest tylko ważne.

 

Niekoniecznie nagród?

Nagrody są mniej ważne. Ważne jest, żeby zrobić dobry film i jakoś przeżyć po prostu (śmiech)

 

 

***

Marta Prus – rocznik 1987. Absolwentka historii sztuki na UW oraz Wydziału Reżyserii w PWSFTViT w Łodzi. Ukończyła kurs dokumentalny w Mistrzowskiej Szkole Reżyserii Andrzeja Wajdy. Zadebiutowała w 2010 r. filmem krótkometrażowym „Vakha i Magomed”. Siedem lat później odbyła się premiera jej pełnometrażowego dokumentu „Over the limit”, który zdobył uznanie krytyki na całym świecie. Magazyn Variety umieścił ją na prestiżowej liście 10 Europeans to Watch 2018 – 10 europejskich twórców, których karierę warto śledzić.