/

Ropa czy rota?

Nowy Folder - #BananowaNiedziela


Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz – pisała Konopnicka. – Ale zalać bak w sumie może – dodają mieszkańcy Polski zachodniej. – Unia jest zabawką w ręku diablicy Merkel – piszą bywalcy prawicowej strony Internetu. – Najlepsza chemia z Niemiec – krzyczą na to tekturowe reklamy obwoźnych sprzedawców. – Żądamy reparacji za II wojnę światową! – populizują politycy. A Niemcy z Azjatami opanowali polski rynek samochodów. Mamy więc problem z naszymi zachodnimi sąsiadami czy nie?


Obiecałem sobie, że w 2019 r. będę ograniczał pisanie o bieżących idiotyzmach z Wiejskiej i postaram się głębiej zanurzyć w cebulowej zupie polskości. A wiadomość o handlowych podróżach Polaków za zachodnią miedzę skłoniła mnie do kilku pytań. Co Polacy myślą o Niemcach? Skąd ta niechęć? Dlaczego politycy z taką łatwością ją wykorzystują? I na koniec, jaki w tym wszystkim sens? O ile jakikolwiek stereotyp może mieć jakikolwiek sens…


Pytania pierwsze i trzecie niejako się łączą. Jeżeli rząd wyciągnął kartę reparacji, która według sondaży okazała się przynajmniej damą pik w rządowej talii, spora część Polaków czuje wobec Niemców, eufemistycznie rzecz ujmując, lekką odrazę. Z dziecinną naiwnością twierdzę, że jakiś procent rodaków orientuje się w polityce zagranicznej. Ten procent był zatem gotów poświęcić kolejną część naszej, i tak już ostro zszarganej, reputacji, by pomarzyć o niemieckich miliardach (w sumie ciekawy idiom do słownika polit-języka).


Ale nie tylko wyższymi ideami anty-germanie żyją. Były już akcje kupowania tylko polskich produktów, tylko w polskich sklepach: według części internautów miał to być protest przeciwko „sprzedaniu” Polski w niemieckie ręce. Nie mam nic przeciwko kupowaniu dobrych polskich produktów w dobrych cenach, wręcz to popieram! Jednak bycie hiperpatriotycznym konsumentem odpuszczam: kupiłem kiedyś, nota bene w niemieckiej sieci z RTV i AGD, kabel AUX z dumnym napisem „Polski produkt”. Był droższy od japońskich odpowiedników, a działał całe dwa dni… Doskonale rozumiem więc mieszkańców Słubic, Szczecina czy Zgorzelca, którzy tankując ropę wolą zostawić pieniądze w Niemczech i zapłacić prawie 50 groszy mniej za litr. Zresztą, gdzie byśmy byli bez Niemców? Co roku import i eksport na linii Polska-Niemcy to ćwierć naszej gospodarki!


Oczywiście, zostaje jeszcze historia: długa, trudna i mocno przepracowana. Było oblężenie Niemczy, Grunwald, zabory, była w końcu II wojna światowa i wszystko, co działo się po drodze. I to jest, najprawdopodobniej, odpowiedź na pytanie „dlaczego?”. Ale nie wińmy dzieci za grzechy rodziców: pewnie nie pozostało na świecie wielu nazistów biorących udział w II wojnie światowej, a już na pewno nie ma ich teraz w Reichstagu. Niechęć, czy wręcz nienawiść, do Niemców za przeszłość jest więc po prostu idiotyzmem. Podobnie jak niechęć Litwinów do nas za Żeligowskiego, bo wszystko działa w dwie strony. Widziałem ostatnio na S7 patriotę w samochodzie z naklejką „śmierć wrogom ojczyzny”, obok której przykleił przekreśloną niemiecką flagę, okrążaną przez unijne gwiazdy. To wszystko na bagażniku volkswagena, rzecz jasna. I tu zaryzykuję stwierdzenie, że jeżeli ktokolwiek może zaliczać się do grona „wrogów ojczyzny”, są to raczej przedstawiciele właśnie tego szabelkowo-autodestrukcyjnego podejścia do polityki.


Za czasów poprzedniej koalicji, zarzucano Donaldowi Tuskowi, że płaszczy się przed Angelą Merkel. – Gdzie w tym wszystkim nasz narodowy, beckowski honor? – zdawali się pytać. Sorry, państwo patrioci, taki mamy klimat (tak, wciąż twierdzę, że pani Bieńkowska nie powiedziała niczego złego)… Im szybciej opuścimy świat baśni i legend, tym lepiej, a im szybciej bez głupich uprzedzeń podamy rękę przez Odrę, tym szybciej nas z powrotem przez tę Odrę ku zachodowi wyciągną. Nie jesteśmy potęgą regionu i nie stać nas na odcięcie się od wszystkich otaczających nas państw, jak chcą niektórzy. Na razie jesteśmy tylko mistrzami orania własnego pola, choć plonów nie widać.


Pisałem niedawno, że politycy uwielbiają sportowe metafory, więc takową zakończę. Każda drużyna w NBA, która chce walczyć o tytuł, musi mieć tak zwanych zadaniowców – zawodników, którzy wchodząc na parkiet, grają dla drużyny, a nie własnych statystyk. Jasne, że myśląc o mistrzach z Chicago Bulls, każdy widzi Jordana, Pippena albo Rodmana. Ale każdy, kto wie coś o koszykówce, pamięta też o Stevie Kerrze i jego pewnych rzutach zza łuku. Zostawmy więc w spokoju unijne BIG 3 z Niemcami w roli Jordana i postarajmy się być europejskim Stevem Kerrem. Koniec końców zadaniowcy dostają takie same mistrzowskie pierścienie.