Randez vous z naturą, czyli Rugia oczami Caspara Friedricha

Bałtyckie fale słyszały wszystko. Nieobce im heil Hitler!, tubalne pogańskie modły, pełne uczuć fińskie Maamme i wściekłe bosmańskie Ech do czorta!. Od wieków morska piana z tolerancją połyka to, co tylko ofiaruje jej człowiek. Nawet wycieki ropy naftowej i ciało brata Caspara Friedricha, który uratował młodego malarza, sam zostając pod lodem. Parę lat później samotniczy i skryty artysta wyrusza na bałtycką wyspę, Rugię. Jeszcze nie wie, że stworzy tam swoje opus magnum – jedno z najwybitniejszych dzieł epoki romantyzmu.

Dziennik pokładowy
26 lipca 2020, port Sassnitz, Rugia
54°30′59″N 13°38′28″E
wiatr: prędkość 2 węzły, kierunek południowo-wschodni

7:53, po całonocnej żegludze, w końcu wpływamy do portu. Chwilę po przybiciu do kei wznosimy tradycyjny toast ku czci Neptuna za bezpieczne dotarcie do brzegu i jemy śniadanie. Później prawie całą załogą składającą się z ośmiu osób ruszamy zwiedzać niemiecką wyspę Rugię, która słynie z zapierających dech w piersiach kredowych klifów. Słońce, w przeciwieństwie do nas, obudziło się na dobre, gdy zaczęliśmy przeciskać się pomiędzy stoiskami z kanapkami Bismarcka (chleb ze śledziem). Kierujemy się do Parku Narodowego Jasmund. Chcąc poczuć i zrozumieć inspirację, zachwyt, który czuł Friedrich, podążając tymi samymi szlakami, powoli spacerujemy śladami malarza urodzonego w Greifswaldzie – małym, przybrzeżnym, niemieckim miasteczku.

Oszaleć z natury

Rok 1818, lato. Caspar Friedrich wraz ze świeżo poślubioną ukochaną, tak samo jak nasz jacht Kikiliki dwieście lat później, dobija do brzegu. Już w trakcie studiów artystycznych w Dreźnie zafascynowany przyrodą uciekał często poza miasto, aby kontemplować naturę i malować pejzaże. Nic dziwnego, że na Rugii czuje się jak kucharz we wspaniale wyposażonej kuchni. Idealne miejsce do obnażania ludzkich bolączek, zachwytów i wątpliwości za pomocą olejnych krajobrazów.

Skały kredowe na Rugii, Caspar David Friedrich, 1818. Źródło: Wikipedia

Dotarliśmy do Parku Narodowego. Przeszliśmy już parę kilometrów. Rozciągające się wzdłuż wybrzeża klify praktycznie w każdym miejscu wydają się idealne do namalowania. Nic, tylko wyjąć sztalugę, zapalić papierosa i zabrać się do dzieła. Tak naprawdę dokładne miejsce, które przedstawia obraz Skały kredowe nigdy nie zostało znalezione. Prawdopodobnie dzieło powstało dzięki połączeniu paru szkiców, wykonanych w trakcie wakacyjnych spacerów Friedricha na wyspie. Kobieta w czerwonej sukni, łapiąca się gałęzi krzewu, chroniąc się przed upadkiem w przepaść, to żona malarza, Christiana Carolina. Czerwień ma symbolizować miłosierdzie i chrześcijańską miłość. Starszy mężczyzna na czworakach z rezygnacją odrzuca laskę i kapelusz. Spogląda w przepaść ze skraju, prawdopodobnie pragnie odkryć boską tajemnicę, skrytą pod przykrywką pięknej natury. Czyni to niepewnie, z obawą przed nieznanym. Mężczyzna w tradycyjnym niemieckim kapeluszu patrzy pewnie na horyzont. Przez niektórych utożsamiany jest z samym Casparem Friedrichem lub jego bratem, Christianem. Z ciekawością i odwagą, jak sam artysta, szuka „czegoś więcej” . W oddali widać łodzie płynące po Morzu Bałtyckim, alegorycznie podróżujące ku wieczności, do Królestwa Niebieskiego. Caspar David Friedrich pochodził z protestanckiej, konserwatywnej rodziny. Być może stąd tak dużo odniesień do poszukiwania Absolutu. Już jako nastolatek popełnił kilka głębokich tekstów chrześcijańskich. Mimo że jego ojciec był surowy, dbał o kulturalne wykształcenie potomstwa i zachęcał do obcowania z poezją i malarstwem.

Na pięknych rozległych równinach, wzdłuż kredowych klifów, Caspar David Friedrich przechadzał się, marząc wśród wiekowych, rozłożystych dębów. Jego rodzina często narzekała na jego skrytość i samotniczy tryb życia. Czasami zatracał się bez reszty w rozmyślaniach, dręczyły go ambiwalentne uczucia. Jego przyjaciel, Gotthilf Heinrich von Schubert, na temat pełnego przeciwności charakteru Friedricha w rozmowach z przyjaciółmi zauważał:

Obserwujący go rybacy lękali się często o jego życie; brali go za jednego z tych szaleńców, co rozmyślnie szukają śmierci, wspinając się na wierzchołki nadmorskich stromizn i ich – wychodzące głęboko w morze – koronkowe cyple. W czasie burzy, kiedy białe pióropusze fal waliły o brzeg nie ruszał się stamtąd i przemoczony, mimo deszczu, z dziką radością przyglądał się spektaklowi, którego widok sycił oczy.

Zgubiony dla świata

Wędrowiec nad morzem mgły, Caspar David Friedrich, 1818. Źródło: Wikipedia

Jest taka pieśń niemieckiego neoromantycznego kompozytora Gustava Mahlera Ich bin der Welt abhanden gekommen. Tytuł oznacza Jestem zgubiony dla świata. Kiedy spaceruję w tak pięknym miejscu, niemalże słychać ten utwór. Zaczynam przez chwilę rozumieć zarówno Mahlera, jak i Friedricha z jego obrazem Wędrowiec. Biorę „rozwód ze światem”. Mówi o tym jeden z dwóch starszych mężczyzn z lekką demencją w ostatniej scenie filmu Jarmusha Kawa i papierosy z 2004 roku. Pije w trakcie przerwy swoje cup of joy i wraz ze swoim fella udaje, że kawa to szampan. Rozmawia o zatraceniu się w naturze. Widoki od razu kojarzą mi się z tą sceną.

Przy komponowaniu płótna Wędrowca Friedrich z pewnością nie kierował się szkiełkiem i okiem mędrca, nie odtwarzał tego, co widzi. Za pomocą pędzla przenosił swoje uczucia wywołane tym, co dawała mu jego percepcja. Co ciekawe, po raz pierwszy w historii ktoś umieścił człowieka w centrum, na dodatek tyłem, a krajobraz stanowi jedynie tło. Bohater jest nikły, wątły w kontraście do okrutnej, a zarazem pięknej przyrody. Jakie emocje malują się na jego twarzy? Na co patrzy? Można się jedynie domyślać.

Swoim zamiłowaniem do natury Friedrich przypomina odrobinę Williama Turnera, jednak ten skupiał się na gwałtownych burzach, sztormach, jego obrazy były dynamiczne w przeciwieństwie do Friedricha. Różnica wynikała zapewne z temperamentu. Friedrich potrafił go ujarzmić, Turner nie do końca. Na krytykę rodziny, która marudziła na jego skrytość i tajemniczość, któregoś razu odpowiedział:

Aby móc patrzeć na naturę i zrozumieć ją, muszę się zatracić w tym, co mnie otacza, zespolić z chmurami i skałami, dzięki czemu mogę być tym, czym jestem. Do mych rozmów z naturą potrzeba samotności.

Krajobrazy Rugii, fot. Mateusz Skiba

Prace Friedricha przyniosły mu uznanie szczególnie na początku kariery. Jego rówieśnik, rzeźbiarz David d’Angers, mówił o nim, że odkrył tragedię krajobrazu. Jednak wszystko zmieniło się wraz z niezbyt przychylną opinią krytyków. Jego popularność wśród odbiorców zmalała do tego stopnia, że malarz umarł w zapomnieniu, a jego kontemplacyjne dzieła zostały uznane za twory minionej epoki.

Na początku XX wieku nastąpił renesans popularności sztuki Friedricha. W Berlinie została zorganizowana wystawa trzydziestu dwóch jego obrazów, później docenili go ekspresjoniści. W latach 40. inspirowali się nim surrealiści i egzystencjaliści. Wraz z ideologią nazistowską na chwilę gwałtownie wzrosło zainteresowanie jego dorobkiem, po czym gwałtownie spadło przez negatywne skojarzenia z niemieckim nacjonalizmem. Dopiero w latach 70. został uznany za międzynarodowego klasyka malarstwa romantycznego.

Kraina kanapek Bismarcka

Wracając do  Rugii, warto wspomnieć, że niegdyś tę największą wyspę Pomorza, zamieszkiwało zachodniosłowiańskie plemię Ranów. Niestety, w 1168 roku z rozkazu duńskiego króla ostatnie w Europie pogańskie sankturium, poświęcone Świętowitowi zostało spalone. Zniknęło z przylądka Arkon raz na zawsze. Wcześniej wyspa przez kilka lat  była pod zwierzchnictwem Bolesława Krzywoustego, następnie po 8-letniej krucjacie pod władaniem duńskim, później szwedzkim, zaś na początku XIX wieku znalazła się w granicach Prus, później Niemiec. Próżno jednak szukać tych wielokulturowych śladów. Oprócz jednego – kanapek Bismarckhering, które stały się znakiem rozpoznawczym wyspy i północnych Niemiec. Podobno kanclerz Prus, Otto Bismack, w 1871 roku otrzymał beczułkę marynowanych śledzi według receptury lokalnego kupca, Johanna Wiechmanna. Przysłane ze Stralsundu ryby tak bardzo przypadły niemieckiemu politykowi do gustu, że pozwolił handlarzowi reklamować produkt swoim imieniem. Przypisuje się Bismarckowi stwierdzenie: Gdyby śledzie były równie drogie jak kawior, ludzie bardziej by je cenili. Obecnie nadmorska przystań na Rugi pełna jest stoisk uginających się pod ciężarem tego przysmaku.

Po lewej: klify Rugii, fot. Mateusz Skiba 
Po prawej: kanapka Bismarcka, fot. Ola Dobieszewska

Wieczorem natrafiliśmy na ciekawy koncert w porcie. Zespół miał bardzo zróżnicowany repertuar. Od coverów utworów Milesa Davisa po niemiecką wersję Pszczółki Mai, ostrych metalowych piosenek czy Boba Marleya. Rozkoszowaliśmy się muzyką, sącząc kieliszek nalewki z rokitnika zwyczajnego, potańczyliśmy. Z tego kwaskowatego, pomarańczowego owocu na Rugii robione jest niemal wszystko. Od dżemów po herbatki i kosmetyki. Jednak to, co najbardziej urzeka na tej niemieckiej wyspie, to z pewnością dzika, nieujarzmiona natura, dzięki której, nawet siedząc cicho, parafrazując słowa Gotthilfa Heinricha von Schuberta, odnosi się wrażenie, że każdy mięsień jest napędzany ogromną energią. Warto wybrać się na Rugię, odkryć swoje joie de vivre i ruszyć dalej, na pełne morze.


Bibliografia:
magazyn Wielcy Malarze
www.życiorysy.info
W objęcich samotności, blog: www.laminerva.pl


Tematem miesiąca nowego działu Teczka z Historią są historie przywiezione z wakacyjnych podróży.

Obrazek wyróżniający: Wędrowiec nad morzem mgły, Caspar David Friedrich, 1818. Źródło: Wikipedia

Wpisy

Studentka finansów i dziennikarstwa na UW. Szefowa działu Książka w NMS Magiel. Beatnik, wagabunda i dekadentka w jednym. W życiu chce jak Blaise Cendrars "Podróżować przez książki, ludzi, kraje". Kocha stary rock, jazz, kino nieme i tańce latino.