Rżnij, Walenty!


Wprawdzie tytułowe hasło nie dotyczy bezpośrednio Walentynek, ale tego dnia znajduje szczególne zastosowanie. Jeśli wierzyć Leszkowi Mazanowi, hasło liczy sobie jakieś 150 lat i zostało ukute przez proboszcza Kościoła Mariackiego, kiedy podczas pasterki organista imieniem Walenty, znużony rodzinną wieczerzą wigilijną, miał przysnąć na chórze. Wzburzony proboszcz obudził go od ołtarza okrzykiem „No, co się dzieje? Rżnij, Walenty, ‘Bóg się rodzi’!”. Zawołanie szybko stało się niezwykle popularne w Krakowie i poza Krakowem – a Walenty na trwałe wszedł do panteonu muzyków polskich (obok między innymi Żorżyka, gitarzysty basowego z piosenki Młynarskiego, bohatera przedwojennego szlagieru „Rafałek, zagraj kawałek” czy Maćka, co „umarł i leży na desce”).


Przypomnienie tego wigilijnego hasła na Walentynki wydaje się naturalne, wszak chodzi o Walentego. Nie wdając się w szczegóły, kim Walenty był i jaki jest jego udział w promowaniu Dnia Zakochanych, okolice 14 lutego charakteryzują się pojawieniem w telewizorze stężonej dawki melodramatu i komedii romantycznej. To jeden z tych niewielu okresów w roku, kiedy panowie zgadzają się pójść do kina lub obejrzeć wspólnie w telewizji coś innego niż przygody Rambo numer sto kilkadziesiąt któryś (swoją drogą, kto pamięta plakat z siwiuteńkim jak gołąbek Stallone jako „Rocky 35” w „Spokojnie, to tylko awaria!”?) czy „Gwiezdne wojny” 85 i ¾, przełkną słodkie wino i zakąszą czekoladką w kształcie serca w czerwonym sreberku.


Zestaw gwarantowany obejmuje więc perypetie pary, która w normalnym życiu rozeszłaby się ze trzy razy, zanim człowiek zdecydował się na włączenie telewizora, ale na ekranie trwa w niedobranym związku, próbując jeszcze raz doprowadzić go do happy endu. Albo historię ludzi z problemami komunikacyjnymi: oto on widzi ją w towarzystwie innego mężczyzny i jest przekonany, że ona jest nie dla niego, choć za godzinę-półtorej okaże się, że to był jej brat. Gorzej, kiedy to ona zobaczy go w towarzystwie innej i nawet jeśli szybko wyjaśni się, że to siostra, szwagierka lub matka chrzestna, pretensji będzie tyle, że wystarczy na trzy sequele i jeszcze serial na platformie VOD. A przecież – niby – wystarczyło zapytać.


Przesadzam? Niekoniecznie. Przejrzyjcie kilka najpopularniejszych komedii romantycznych minionej dekady, a sami się przekonacie. Są jeszcze filmy autotematyczne – Walentynki tu i tam, a na tle różnych miejsc te same historie – a to chłopak dla żartu zostaje walentynką jakiejś nieznajomej i już nie ma odwrotu do końca życia, a to dziewczyna czeka na wymarzoną walentynkę od tego jednego jedynego, ale ten jeden jedyny okazuje się albo niedomyślnym frajerem, albo wyuzdanym nicponiem, na szczęście w ostatniej chwili znajdzie się ten właściwy Mr. Right co osuszy łzy, weźmie na ręce i przeniesie na drugą stronę tęczy


I kto by pomyślał, że jeszcze jakiś czas temu, w czasach rozbuchanego Kodeksu Haysa, takie filmy nazywano komediami erotycznymi! Erotyki było w nich tyle, co kot napłakał, wszystko rozgrywało się w dialogach, chyba że akcja przenosiła się na plażę, po której hasały dziewczęta w kostiumach kąpielowych, ale chociaż nazwa gatunku była obiecująca. Od kiedy jednak Skandynawowie namieszali z cenzurą i pośrednio doprowadzili do upadku Kodeksu Haysa, uchylając ekranową furtkę bardziej cielesnej erotyce, określenie „film erotyczny” zaczęło znaczyć mniej więcej tyle co dziś „soft-porno”, a tamte komedie przemianowano na „romantyczne”.


No i siedzi sobie człowiek przed telewizorem, łyka te słodkie historie, przełykając słodką ślinę i szukając ręką pilota. Bo przy odrobinie szczęścia, surfując po kanałach uda się trafić na jakieś „Krwawe walentynki”, gdzie też będzie czerwono, ale już wcale  nie słodko. I tym momencie pojawia się drugi człon tytułowego hasła: „Rżnij!” (koniecznie z wykrzyknikiem).


Ale nie trzeba iść aż w takie skrajności. Wszak 14 luty to rocznica zdarzenia, które przeszło do historii jako Masakra w dniu Świętego Walentego, czyli krwawa rozprawa Ala Capone z konkurencją. Do zdarzenia doszło w 1929 roku w Chicago: czterej ludzie Capone rozstrzelali w publicznym garażu siedmiu gangsterów z północnej strony miasta. Sprawa stała się głośna nie tylko dlatego, że oznaczała przejęcie kontroli nad całym miastem przez Ala Capone, ale przede wszystkim dlatego, że wstrząśnięta opinia publiczna wymusiła na władzy intensyfikację zmagań ze zorganizowaną przestępczością w USA. Walentynkowa masakra znalazła swoje miejsce w kinie, począwszy od „Człowieka z blizną” Howarda Hawksa, poprzez „Masakrę w dniu Świętego Walentego” Rogera Cormana po „Nietykalnych” Briana DePalmy. A także – co zakrawa, zdawałoby się, na paradoks – w „Pół żartem, pół serio” Billy’ego Wildera. Gdyby bowiem Joe (Tony Curtis) i Jerry (Jack Lemmon) nie byli świadkami gangsterskich porachunków w garażu (owego 14 lutego), nigdy nie zdecydowaliby się na przebranie się za kobiety, Josephine i Daphne, nie spotkaliby Sugar (Marylin Monroe), a w rezultacie świat nie dowiedziałby się, że nie warto przejmować się faktem, iż „Nikt nie jest doskonały!”.