Samotność po Marquezie

 

Pamiętam, że była Wielka Sobota, 10 kwietnia 2004 roku. Tego to dnia, jak zwykle przekornie, w dzień wielkiego czuwania Jacek Kaczmarski przestał czuwać. A ja poczułem się opuszczony.

 

Tak też poczułem się w tegoroczny Wielki Czwartek, gdy dotarła do mnie wiadomość o śmierci Gabriela Garcii Marqueza. Tego, który odkrył przede mną świat Macondo, opowiedział mi sagę rodu Buendia, dzięki któremu śledziłem niezwykłą opowieść o miłości Florentino Arizy do Ferminy Dazy, ze stworzonym przez którego generałem gubiłem się w labiryncie (tym, w którym tkwił on sam, jak i w labiryncie ciągnących się po kilka stron, wielokrotnie złożonych zdań).

 

marquez1

 

Czytałem i marzyłem. Marzyłem, by spotkać Jose Arcadio Buendię, przywiązanego do kasztanowca – by choć chwilę z nim porozmawiać. Marzyłem, by zadać kilka pytań „Bardzo staremu panu z olbrzymimi skrzydłami”, którego rybacy znaleźli na brzegu morza. By zrozumieć „Nabo, Murzyna, który kazał czekać na siebie aniołom”. I Marquez mi tę szansę podarował. Nie ograniczał bowiem swojej wyobraźni, pozwalał jej dryfować w niezbadane dotąd rejony, błąkać się po nieznanych akwenach. Nie bez przyczyny najsłynniejszy ze swoich tomów opowiadań nazwał „Dwunastoma opowiadaniami tułaczymi”.

 

Ale nie tułał się Marquez bez celu. Nawet jeśli na początku opowieści nie wiadomo było, gdzie ona prowadzi, to u jej kresu była zawsze mądrość – ta rzadko spotykana, bo nienachalna, nienarzucająca się, ta, która wymaga od odbiorcy wysiłku, by ją odkryć, niepodawana na talerzu. W restauracji przesłań, którą prowadził Marquez, a w której serwował zarówno dania najwykwintniejsze, jak i te najprostsze, obowiązywała samoobsługa. Nie był przecież Marquez – mimo osobistego zaangażowania politycznego i ideologicznego – moralistą.

 

Mniej pamięta się, że był nie tylko niezrównanym prozaikiem, ale i reporterem. Jego książkę „Na fałszywych papierach w Chile” czyta się z wypiekami na twarzy. Prawda i wyobraźnia przenikały się w jego twórczości zawsze. Nawet realizm reportaży naznaczał nutą magii. A w najbardziej – zdawałoby się – wydumane z jego opowieści chciało się wierzyć jak w kronikarski zapis wydarzeń.

 

marquez2

 

Był wreszcie niezwykłym mówcą. Gdy przyjmował literacką Nagrodę Nobla, przedstawił skrótowo, lecz obrazowo, koszmarne dzieje Ameryki Łacińskiej, by dodać, jak zwykle oddając hołd i prawdzie, i imaginacji: „Śmiem twierdzić, że to właśnie ta niezwykła rzeczywistość, nie zaś tylko jej literackie wyobrażenie, zasłużyła tego roku na uwagę Szwedzkiej Akademii Literatury. Rzeczywistość ta nie jest z papieru, lecz żyje z nami, wyznaczając moment każdej z niezliczonych codziennych śmierci i podtrzymując nienasycone źródło twórczości, nieszczęsnej i pięknej, pośród której ten zbłąkany i nostalgiczny Kolumbijczyk jest jedynie kolejnym szczęśliwie wylosowanym numerem. Poeci i żebracy, wojownicy i złoczyńcy, my wszyscy – wytwory tej rozbuchanej rzeczywistości – nie musieliśmy nadużywać wyobraźni, bo największym wyzwaniem był dla nas brak konwencjonalnych środków, niezbędnych, by uwiarygodnić nasze życie. To właśnie jest, drodzy przyjaciele, sedno naszej samotności”.

 

Oprócz wszystkiego innego, Marquez uczył mnie bowiem także wyzbycia się europocentryzmu, poczucia wyższości, pogardy wobec innych, mieszkających daleko, ale też sąsiadów. W końcu to właśnie w tej przemowie ostatecznie nauczył mnie, by zbyt łatwo nie oddzielać wyobraźni i prawdy, poszukiwań i znaleziska, drogi i celu.

 

Marzył o „drugiej szansie dla Ziemi”. Swoją twórczością dał kolejną szansę ludzkości na zbliżenie się do Absolutu. Sam, jak się zdaje, był go wyjątkowo blisko.

 

A ja? Czuję się teraz jak Aureliano Buendia, dla którego „w rzeczywistości nie miała znaczenia śmierć, lecz życie, i dlatego wrażenie, jakiego doznał po ogłoszeniu wyroku, nie było strachem, lecz tęsknotą”. Żalem, że Gabriel Garcia Marquez nic już nie napisze.

 

 

Ignacy Dudkiewicz

Redaktor magazynu „Kontakt”

 

marquez3