/

Scena polityczna

Nowy Folder - #BananowaNiedziela


Lubimy czasem ukryć się przed rzeczywistością w kolorowych obrazkach lecących w telewizji. Uciec do historii, do których niekiedy możemy się odnieść, ale bezpośrednio w nich nie uczestniczymy. Telewizja zajmuje nam czas, zdarza się, że i myśli, czasem staje się tematem rozmów, ale to już wyznacznik najlepszych produkcji. Ukraińcy postanowili pójść krok dalej, wymieszać fikcję z rzeczywistością i przedstawicielowi czwartej władzy powierzyć też władzę drugą.


Wybory prezydenckie na Ukrainie już za nieco ponad 30 dni. Tymczasem w sondażach prowadzi komik i producent telewizyjny Wołodymyr Zełenski, twórca i gwiazda serialu telewizyjnego „Sługa narodu”, wyprzedza obecnego prezydenta Poroszenkę i byłą premier Tymoszenko. Fakt, że znana z małego ekranu osoba może przejąć władzę, opierając się na popularności i trącających populizmem hasłach nie dziwi, ale Trump na wizji głównie krzyczał „You’refired!”, a nie grał prezydenta w serialu.


Fabuła „Sługi narodu” wygląda mniej więcej następująco: nauczyciel narzeka na patologię polityków, zostaje nagrany przez ucznia, filmik obiega kraj, a pan Hołoborodko zostaje prezydentem, który, oczywiście, zamienia Ukrainę w krainę mlekiem i miodem płynącą. W fikcyjnym świecie sitkomu to nic trudnego, więc Zełenski pomyślał, że w realnym świecie też nie może być zbyt trudno. Jego kampania opiera się na pomysłach, które grana przez niego postać wprowadziła w życie w serialu, a dodatkowo obiecuje zakończyć wojnę z Rosją. Jaki ma plan? Po prostu porozmawiać z Putinem. Podobnie, jak pokazują sondaże, pomyślała spora część Ukraińców, bo aktor notuje 19-20% poparcia i wygrywa w drugiej turze zarówno z Poroszenką, jak i z Tymoszenko. Przy 44 kandydatach, wynik naprawdę imponujący.


A może nasi wschodni sąsiedzi mają rację? Jeżeli śniadaniówki zapraszają aktorów grających kucharzy do rozmów o jedzeniu, a serialowych policjantów do dyskusji na temat bezpieczeństwa na ulicach, to dlaczego nie wybrać sobie aktorów do politycznego teatru? Krzysztof Kowalewski grał kiedyś ordynatora w miernym sitkomie: o ile przyjemniej byłoby słuchać o braku pieniędzy na służbę zdrowia z jego ust? Piotra Fronczewskiego damy na ministra edukacji, pamiętając „Akademię Pana Kleksa”. Chociaż może lepiej ministerstwo spraw zagranicznych za „Konsula”? Ministerstwami Finansów, Infrastruktury oraz Inwestycji i Rozwoju podzielą się panowie Olbrychski, Pszoniak i Seweryn: „Ziemia obiecana” pokazała, że wiedzą jak robić interesy. O prawnikach było przez ostatnie lata tyle seriali, że z listą kandydatek i kandydatów na przejęcie schedy po Ziobrze nie będzie problemów. Na ministra edukacji da się kogoś z tefałenowskiej „Szkoły” – Polacy kochają tę sztukę przez wielkie „sz”. Ewentualnie Marek Kondrat za „Dzień świra”. A zostając przy dziełach Marka Koterskiego, Cezary Pazura po „Nic śmiesznego” ma doświadczenie w robieniu filmów, więc na ministra kultury pasuje idealnie.


Oczywiście ten gabinet politycznych Avengersów musi mieć swojego Tony’ego Starka. W tym przypadku muszę nieco zerwać z „fikcyjną rzeczywistością”, bo jedyna odpowiednia osoba gra człowieka, który na fotel premiera się nie wybiera. Bo po co obejmować niższe stanowisko? Ale kiedy ojczyzna w potrzebie, trzeba się poświęcić: Robercie Górski, wybory idą, zwołuj swoich ministrów!