Serialowy szach-mat

Mówi się, że szachy to sztuka kłamania, zabijania i wojny. Wszystkie te elementy „Gambit królowej” w sobie zawiera. Łączy je jednak z romantyzmem, śmiechem i nadzieją. Twórcy serialu nieustannie toczą z widzem wyrafinowaną partię szachów. A następny ruch zawsze zaskakuje.

Ostatnie tygodnie zdecydowanie nie obfitują w nadmiar serialowych premier. Pandemia mocno utrudniła pracę na planach filmowych, przez co twórcy wielu produkcji zostali zmuszeni do przełożenia daty ukazania się swoich dzieł na (przynajmniej) przyszły rok. W takich czasach tym bardziej warto zwrócić uwagę na każdy serial, któremu uda się szczęśliwie pokonać pandemiczne zawirowania i trafić na jedną z platform streamingowych. W końcu obecnie, kiedy każdy wieczór jest coraz bardziej szarawy i nijaki, nadrabianie serialowych zaległości stało się dla wielu jedną z głównych czynności w walce z monotonią. Może to brzmieć, jak zachęta do niechlujnego dokańczania prac nad serialem, aby tylko wstrzelić się w martwy filmowo okres. I pewnie takich przypadków pójścia na skróty trochę znajdziemy, ale „Gambitu królowej” zdecydowanie nie możemy zaliczyć do tego grona. Bowiem serial Scotta Franka obroniłby się swoją jakością także w „normalnych” czasach. Powiem więcej — moim zdaniem to jedna z najlepszych rzeczy, jaką Netflix uraczył nas w tym roku.

„Gambit królowej” należy do dość modnego ostatnimi czasy gatunku telewizyjnego, czyli miniserialu. Mamy do czynienia z jedną spójną opowieścią, zamkniętą w siedmiu godzinnych odcinkach. Główną bohaterką jest Beth Harmon (świetna Anya Taylor-Joy!), genialna dziewczyna, wychowana w domu dziecka, która wkrótce okazuje się być wybitną szachistką. Jej życie, przynajmniej te zawodowe, szybko staje się klasycznym american dream — od turnieju w lokalnej szkole po mistrzostwa z najlepszymi szachistami świata. Choć szachy stanowią kluczową oś serialu i to one są pasją większości bohaterów na ekranie, to znajomość zasad królewskiej gry absolutnie nie jest od widza wymagana. Nawet jeśli dla kogoś goniec kojarzy się jedynie z pracownikiem poczty, to w niczym nie przeszkadza to w odbiorze serialu i podążaniu za fabułą.

Choć serial o szachach może dla wielu brzmieć nudno i kojarzyć się z monotonnym wpatrywaniem się w szachownicę, to „Gambit królowej” jest znacznie bardziej barwną opowieścią. Beth jest bowiem kobietą o genialnym, ale i specyficznym umyśle. Jest zagubiona, męczą ją wspomnienia z dzieciństwa, miewa problemy z budowaniem bliższych relacji, a przy tym zdecydowanie nie stroni od alkoholu czy narkotyków (których działanie, swoją drogą, jest przedstawione w dość niecodzienny sposób). Beth żyje po swojemu, chciałoby się powiedzieć, ale życie to wcale nie jest takie udane, jak mogłoby się wydawać. Siłą fabuły jest jej nieoczywistość. Twórcy nie próbują zrobić z Beth ani celebrytki, ani niespełnionej artystki, co często zdarza się w podobnych serialach. „Gambit królowej” stara się być czymś innym, próbuje ukazać złożoność umysłu czołowych szachistów, nie pozbawiając ich przy tym ludzkiej strony i przyziemnych skłonności czy motywacji. Także płynący siłą rzeczy z serialu feminizm, w końcu jest to opowieść o kobiecie osiągającej sukcesy w dziedzinie zdominowanej przez mężczyzn (szczególnie w latach 60., kiedy rozgrywa się akcja serialu), nie bije po oczach banalnym przekazem spod szyldu „Ej, spójrzcie, kobiety też są inteligentne i niezależne!”, tylko ukazuje kobiecą siłę w naturalny i przemyślany sposób.


W jedną z kluczowych dla fabuły serialu postaci wcielił się polski aktor – Marcin Dorociński. Źródło: Netflix

Warto także dodać, że choć Beth stosunkowo szybko przechodzi drogę od nieśmiałej sierotki do wybitnej szachistki, to opowieść w kolejnych odcinkach absolutnie nie wytraca swojego tempa i do samego końca nie zdradza swoich wszystkich tajemnic. Ma w sobie „to coś”, co przykuwa do ekranu i każe obejrzeć całość, najlepiej w jeden lub dwa wieczory. „To coś”, co sprawia, że mimowolnie kibicujemy głównej bohaterce, nawet jeśli czasem nie rozumiemy jej decyzji. Przede wszystkim jednak „Gambit królowej” potrafi ukazać szachy, jako coś romantycznego i pociągającego, a nie chłodnego i opartego na schematycznej kalkulacji. I to jest siła tej opowieści. Z potencjalnie największej narracyjnej pułapki, czyli jak ciekawie pokazać na ekranie szachową rozgrywkę, czyni swoją główną siłę. I choćby dlatego warto po „Gambit królowej” sięgnąć. Jestem przekonany, że niejedna osoba po seansie pójdzie na strych, poszukać dawno nieużywanego i zakurzonego pudełka z szachami. Tak też zresztą było i w moim przypadku. A to chyba najlepiej świadczy o sile „Gambitu królowej”. Serialowy szach-mat.

Jako że książkowe oryginały często cieszą się znacznie mniejszą sławą niż ich filmowe adaptacje (tak, na ciebie patrzę „Zielona milo”!) lub w ogóle przepadają w odmętach kultury popularnej, to warto o nich przypominać i walczyć z tą książkową dyskryminacją. Dlatego też wypada zaznaczyć, że „Gambit królowej” został nakręcony na podstawie powieści Waltera Tevisa pod tym samym tytułem. Więc jeśli serial przypadnie wam do gustu, to zachęcam także do zapoznania się z literackim pierwowzorem. Ewentualnie w odwrotnej kolejności. Tak czy siak „Gambit królowej” jest opowieścią, z którą warto się zapoznać. Przekonacie się, że szachy są nie tylko zabójczo piękne, ale także zaraźliwe. Figury rozstawione, pora na wasz ruch.


Okładka książki Waltera Tevisa, na podstawie której powstał serial.

„Gambit królowej” (The Queen’s Gambit)

Reżyseria: Scott Frank

Produkcja: USA, 2020

Dystrybucja: Netflix

Wpisy

Student trzeciego roku dziennikarstwa i medioznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna pełnoprawny warszawiak. Fan piłki nożnej i kibic pewnej stołecznej drużyny kojarzonej z literą L w kółeczku. Miłośnik Star Wars oraz prozy Stephena Kinga.

Twój adres email nie zostanie opublikowany.