Sex Education, czyli kulturowy wybuch supernowej

Kolorowe banery, reklamujące kolejny sezon serialu „Sex Education”, które wykwitły przed tygodniem, nie pasują do krajobrazu jeszcze bardziej, niż uporczywy brak śniegu za oknem. Są jaskrawe, nie tylko dosłownie – na tle wiat i przystanków, ale także w krajobrazie społecznym. W którym na porządku dziennym są plakietki, z różnymi „wolnymi strefami”, i to najczęściej niestety nie od dymu, a jakakolwiek edukacja w tym (ćśś) zakresie wzbudza rumieńce paniki. Gdyby wziąć pod uwagę już sam wpływ na otoczenie, serialowi należy się duży plus. Ale tych plusów jest znacznie więcej. 

Dla tych co nie widzieli i nie znają (a koniecznie powinni nadrobić) – serial Netflixa opowiada historię nie do końca dopasowanego społecznie nastolatka Otisa (Asa Butterfield), który mieszka w małym miasteczku Moordale wraz ze swoją mamą Jean (Gillian Anderson). Nie są jednak typową rodziną. „Otis posprzątaj, »przeprowadzam dzisiaj warsztaty waginalne «” – może usłyszeć na co dzień. Ich dom to kolekcja wszelkiego rodzaju dziwacznych diagramów, książek i rzeźb. Jean Milburn jest psycholożką i terapeutką seksualną, często nie mogącą się powstrzymać od analizowania życia swojego syna, co naturalnie wzbudza wiele konfliktów. Jak się jednak okazuje Otis przejmuje od swojej matki dar i za namową orientującej się we wszystkim, nieco wyobcowanej rebel girl Maeve (Emma Mackey), zaczyna udzielać swoim rówieśnikom porad seksualnych. To widzieliśmy w pierwszym sezonie. Co dzieje się dalej?

Fani mają powody do zadowolenia. Oprócz postaci, które pokochaliśmy już w pierwszym sezonie, na scenę wkracza kilka nowych twarzy, które wnoszą kolejne wątki i stawiają bohaterów w nowym świetle emocjonalnym. Nie przestaje zadziwiać fakt jaką różnorodność udało się zawrzeć i z jaką lekkością snuta jest opowieść. Nie ma się poczucia, że coś jest wplecione na siłę – dla „politycznej poprawności.” Serial jest skonstruowany tak, że można odnaleźć ułamek siebie w wielu postaciach – tak wiele mamy tu cech charakteru. Tak jak w pierwszej odsłonie, poruszone jest całe spektrum problemów z jakimi muszą mierzyć się nastolatkowie, ale nie tylko… Osoby w ich otoczeniu – nauczyciele i rodzice, mają również, zdawałoby się zupełnie „nastoletnie”, problemy. Takie jak przeżycie rozstania, nieumiejętność wyrażania emocji, presja sukcesu… Problemy te nie są pokazane kliszowo, wszystko ma bardzo świeży, porywający charakter. 

I choć wątki fabularne w większości są udane, jeden dramatycznie rozczarowuje chyba większość fanów… Również kilku uproszczeń zapewne dało się uniknąć, ale nie o to chodzi. To jest serial, który (i nie mogę tego bardziej podkreślić) parę spraw naprawdę mądrze tłumaczy. I robi to bardziej profesjonalnie niż wszystkie szkolne lekcje WDŻ-etu razem wzięte. Intymność pokazana jest jako aspekt ludzkiego zdrowia, jednocześnie nie będąc czymś bez czego nie można być szczęśliwym. Bo choć „Sex Education” jest serialem o nastolatkach, jest jednocześnie opowieścią niezwykle wrażliwą, w dobrym stylu i z poczuciem humoru. Czasem jest przerysowanie i karykaturalnie. Ale tak właśnie ma być!

To co zwykle odróżnia profesjonalną produkcję, od amatorskiego dzieła to dopracowanie. Tu na każdy element zwrócono uwagę. Od malowniczych zdjęć – ukazujących nam miasteczko i okoliczne krajobrazy (w większości zlokalizowane w Walii) po dopracowane wnętrza, kolorowe tła, z szczegółowo zaprojektowaną scenografią. Wszystko to sprawia wrażenie bardzo naturalnego. Gra aktorska nie jest wyjątkiem. Postacie są dobrze „napisane”. Udało się stworzyć bardzo wielu zapadających w pamięć bohaterów, i to wcale nie jedynie pierwszo- czy drugoplanowych, ale wręcz „trzecioplanowych”. 

Jeszcze wyraźniej niż w pierwszym sezonie, podkreślone są wątki feministyczne. To jest ten rodzaj serialu, który krzyczy – „dziewczyny też rządzą”, ale nie robi tego prosto w twarz. Scenarzystka i twórczyni serialu Laurie Nunn wspomniała pół żartem pół serio, że musiała dodać wątek przyjaźni Aimee (Aimee Lou Wood) i Maeve kiedy zarzucono jej (kobiecie w końcu!), że w scenariuszu za mało wyeksponowane są wątki feministyczne. W drugim sezonie sceny z bohaterkami są zdecydowanym atutem – sprawiają wrażenie bardzo naturalnych, są na czasie i wręcz ciągną całą fabułę do góry. Jednocześnie nie jest to wymuskane, wciśnięte na siłę, ociekające słodyczą girl power, a bardziej racjonalne stwierdzenie: „mimo, że my kobiety często się nie znosimy, to coś niezaprzeczalnie nas łączy!” Szczególnie silną postacią w tym aspekcie jest Maeve, a jej fascynacja twórczością Sylvii Plath czy Virginii Woolf, może posłużyć jako inspiracja do poszerzenia swojej biblioteczki. 

Netflix jedynie obkleił plakatami „całą” Warszawę, ale na tle naszej wojenki o edukację seksualną to jak wybuch supernowej. Kiedy rzucimy okiem, jak wygląda jedyny biały baner reklamujący serial (kolor zwykle zarezerwowany dla polskich komedii), zauważymy, że coś się nie zgadza…. Nie jest to typowy przekrój naszej polskiej debaty. Można śmiało powiedzieć – czapki z głów. Przede wszystkim dlatego, że brakuje nam takich seriali. Brakuje nam tej otwartości. I brakuje nam myśli przewodniej, wypisanej tak zwyczajnie na plakacie – „brak normy to norma”. Pozostaje mieć nadzieję, że terapeutyczne moce Jean Milburn, prędzej czy później, dotrą też do nas.

„Sex Education”, 2 sezon, Netflix, 2019

(ilustracje – mat. dystrybucja)