/

Sinobrody Mistrz i Mściwa Małgorzata

Kiedy wpadliśmy na pomysł stworzenia cyklu „W kształcie książek”, od razu miałem w głowie jeden tytuł, o którym za chwilę. Jednak jak zachęcić tych z Was, którzy go nie przeczytali, do sięgnięcia po niego? Jak tym, którzy mają tę lekturę za sobą, namówić do powrotu do niej i delektowaniu się każdym kolejnym zdaniem? W końcu, jak przejść poza chęć inteligenckiego zapozowania przed Czytelniczkami i Czytelnikami i nie podmienić literatury pięknej na coś rozwijającego w czysto intelektualnej formie? No nic, spróbujmy.

Mój długoletni, przepełniony miłością i uczuciem, związek z literaturą, jest pełen paradoksów. Zaczął się w zasadzie jeszcze przed moim przyjściem na świat. Według legendy przekazywanej przez moją mamę, w którą z dziecinną naiwnością od lat wierzę, mój ojciec oświadczał się jej kwestiami Wacława z „Zemsty”. Pozostaje zastanowić się, czy było to pomocne, czy wręcz przeciwnie. W końcu jak nie zaśmiać się w twarz komuś, kto na kolanach przed Wami mówi: „Widzieć Ciebie jedną chwilę / Potem spędzić godzin tyle / Bez Twych oczu, Twego głosu / I mam chwalić hojność losu?!” No nic, dziękuję mamo, za powstrzymanie się od śmiechu i przyjęcie oświadczyn. I żeby nie było, mój ojciec, w przeciwieństwie do mamy, nie był wielkim fanem literatury. Nie stąd wziął się cały pomysł. Zagrał Wacława w szkole średniej, więc naukę tekstu oświadczyn, nawet popartą próbami i premierą, miał z głowy. Ale gdzie tu paradoks, od którego zacząłem? Nienawidzę romantyzmu. Epoki, nie romantycznych gestów, chociaż na te też nieczęsto się zdobywam. O jego zgubnym wpływie na mentalność naszego narodu mógłbym debatować godzinami, ale to przy innej okazji. Jednak koniec końców, oto jesteśmy z moją siostrą – nie tyle ukształtowani przez Fredrę i jego Klarę i Wacława, co dosłownie z ich pomocą stworzeni. Pięknie dziękuję, panie hrabio.

Chwila minęła, po oświadczynach przyszedł ślub, później pojawiła się moja siostra, aż w końcu na świat wystrzelił mały Bananek. Jak już napisałem, za sprawą mamy literatura była w naszym domu od zawsze, więc nie jest niczym dziwnym, że oboje z siostrą zawsze sporo czytaliśmy. Miałem też to szczęście, że moja rodzicielka nie potrzebowała specjalnych akcji z serii „Poczytaj mi mamo”, żeby co noc usiąść przy moim łóżku i zaprosić mnie do świata bajek. Świata ukrytego w wielkiej pięknie ilustrowanej księdze baśni w twardej czerwonej oprawie. Nie wiem co się z nią stało, nie widziałem jej dobre kilkanaście lat, ale po zamknięciu oczu jestem w stanie przypomnieć sobie, jak wyglądała. Z tym że w świat baśni też nie wszedłem zbyt normalnie. Tak uwielbiałem to wieczorne czytanie, że ważniejsza od samej treści, była dla mnie jego długość. A która bajka okazała się być najdłuższą z całego wielkiego zbioru? Ta o Sinobrodym. Męczyłem mamę, więc czytała mi ją co kilka nocy. Bajkę o zwyrolu (może bajkę w tym przypadku powinienem wziąć w cudzysłów?), który wieszał kolejne żony na haku w zamkniętym pokoju i zrobiłby to z kolejną, gdyby nie uratowali jej jej bracia. Wiecie co jest najlepsze? Wspomniałem już o pięknych ilustracjach w mojej księdze baśni. Z malunków przy Sinobrodym też nie zrezygnowali. Doskonale pamiętam jeden – ilustracja sceny, w której nowa żona Sinobrodego pod jego nieobecność w zamku otwiera te jedne jedyne drzwi, których otwierać nie mogła. Klucz wyjęty z zamka jest pofarbowany na czerwono, a za uchylonymi drzwiami widać wianuszek ex-żon Sinobrodego nabitych karkami na haki. Jak teraz o tym myślę, nie wiem nawet jaki miał być morał tej historii. W każdym razie, miłość małego Kubusia do literatury sprawiała, że długość historii była ważniejsza od strachu, ale następnym horrorem, po który sięgnąłem, było dopiero „Liżąc ostrze” Jakuba Ćwieka. A, żeby nie było, Sinobrody nie tyle ukształtował mnie, co moje podejście do książek – czytanie ponad wszystko. Jednak moja prawdziwa literacka miłość odnalazła mnie w liceum i chociaż szybko zejdziemy z tematu bajek, to pozostaniemy przy szukaniu w życiu tego, co niezwykłe.

Sporo rzeczy można Rosjanom na przestrzeni wieków zarzucić, ale jedno muszą im oddać nawet największe rusofoby – w kwestii sztuki od zawsze są w światowej czołówce, jeżeli nie na samym topie. Nawet ci, dla których obcowanie z literaturą odbywało się jedynie w szkolnych ławkach pewnie przyznają, że Dostojewski w gronie autorów lektur szkolnych zdecydowanie się wybija. Ale nie on jest rosyjskim twórcą, który wpłynął na mnie najbardziej. Moja kochana polonistka, Ewa Asztalos, zawsze rozpływała się nad „Mistrzem i Małgorzatą” Michaiła Bułhakowa. Jako że jest jednym z moich autorytetów, kiedy siadałem do tej książki po raz pierwszy, moje nadzieje już dawno po wystrzeleniu przez sufit krążyły wokół orbity. Często jest tak, że w takich przypadkach upadek tych nadziei jest jeszcze szybszy od ich lotu. Ale nie tym razem. Kto zna „Fausta” Goethego, już przy motcie może się spodziewać, w jaką tematykę wkraczamy. „Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro”. No, panie Bułhakow, zaczynamy wyścig po moją uwagę od szybkiego wyjścia z linii startowej. Na początku nie zwalniamy. Fabuła przyspiesza i zwalnia, od niespiesznej rozmowy na Patriarszych Prudów powielkie show w teatrze Variete i od nieznośnego upału w pałacu Piłata po diabelski bal u Wolanda. Płyniemy razem z historią, a raczej historiami – tą rosyjską i rzymską. Śmiejemy się, płaczemy, zamyślamy i wybudzamy. Czekamy, aż w końcu pojawi nam się ten tytułowy Mistrz, a potem czekamy jeszcze dłużej na pojawienie się tej tytułowej Małgorzaty. Na wypadek, gdyby ten tekst trafił do kogoś, kto z dziełem Bułhakowa się nie zetknął, nie chcę zdradzić nic z fabuły. Musicie uwierzyć mi na słowo, że Wasze życie po „Mistrzu i Małgorzacie” już nie będzie takie samo, a żadna pozycja z literatury pięknej już nie będzie recenzenckimi pięcioma gwiazdkami, bo ideał może być tylko jeden.

Czego nauczył mnie „Mistrz i Małgorzata”? Żeby przynajmniej od czasu do czasu porzucić zdrowy rozsądek i chłodne kalkulacje (które kocham ponad wszystko) i szukać w życiu tego, co nieoczywiste, ponadnaturalne i niespotykane. Żeby dać sobie chwilę na ucieczkę i dostrzegać magię wokół nas. Po żadną książkę nie sięgam tak często, jak po tę, i o żadną nie dbam tak starannie jak po egzemplarz „Mistrza i Małgorzaty”, który dostałem od Ewy Asztalos na zakończenie liceum. A że od paradoksu zacząłem na nim też skończę. Wiecie po którym fragmencie uświadomiłem sobie, że trzymam w ręku arcydzieło? Po najbardziej romantycznej scenie całej powieści, kiedy Mistrz opowiada Iwanowi Bezdomnemu w psychiatryku o swoim pierwszym spotkaniu z Małgorzatą. Przytoczę ją Wam w całości jako zachętę, bo nikt jak Bułhakow nie udowodnił, że o miłości nie trzeba pisać cukierkowym flamastrem. Ja tymczasem się żegnam. Chyba z tego wszystkiego po raz tysięczny przeczytam Bułhakowa.

„– Niosła obrzydliwe, niepokojąco żółte kwiaty. Diabli wiedzą, jak się te kwiaty nazywają, ale są to pierwsze kwiaty, jakie się wiosną pokazują w Moskwie. Te kwiaty rysowały się bardzo wyraziście na tle jej czarnego płaszcza. Niosła żółte kwiaty! To niedobry kolor!
Skręciła z Twerskiej w zaułek i wtedy się obejrzała. No, Twerską chyba pan zna? Szły Twerską tysiące ludzi, ale zaręczam panu, że ona zobaczyła tylko mnie jednego i popatrzyła na mnie nie to, żeby z lękiem, ale jakoś tak boleśnie. Wstrząsnęła mną nie tyle jej uroda, ile niezwykła, niesłychana samotność malująca się w tych oczach. Posłuszny owemu żółtemu znakowi losu ja również skręciłem w zaułek i ruszyłem jej śladem. Szliśmy bez słowa tym smutnym, krzywym zaułkiem, ja po jednej jego stronie, ona po drugiej. I proszę sobie wyobrazić, że prócz nas nie było w zaułku żywej duszy. Męczyłem się, ponieważ wydało mi się, że muszę z nią pomówić, i bałem się, że nie powiem ani słowa, a ona tymczasem odejdzie i nigdy już jej więcej nie zobaczę. I proszę sobie wyobrazić, że to właśnie ona, odezwała się nieoczekiwanie:
– Podobają się panu moje kwiaty?
Dokładnie pamiętam dźwięk jej głosu, taki dosyć niski, ale załamujący się niekiedy, i chociaż to głupie, wydało mi się, że żółte, brudne mury uliczki powtarzają echem jej słowa. Spiesznie przeszedłem na tę stronę, po której szła ona, podszedłem do niej i odpowiedziałem:
– Nie.
Popatrzyła na mnie zdziwiona, a ja nagle i najzupełniej nieoczekiwanie zrozumiałem, że przez całe życie kochałem tę właśnie kobietę! To ci dopiero, co? Na pewno powie pan, że jestem niespełna rozumu?
– Niczego takiego nie mówię i nie powiem – gorąco sprzeciwił się Iwan i dodał: – Błagam, niech pan mówi dalej!
Gość ciągnął:
– Tak, popatrzyła na mnie zdziwiona, a potem zapytała:
– Czy pan w ogóle nie lubi kwiatów?
Wydało mi się, że w jej głosie była jakaś wrogość. Szedłem obok niej, starałem się iść w nogę i, ku memu zdziwieniu, zgoła nie czułem zmieszania.
– Lubię kwiaty, ale nie takie – powiedziałem.
– A jakie?
– Lubię róże.
Natychmiast pożałowałem swoich słów, bo ona uśmiechnęła się przepraszająco i cisnęła swoje kwiaty do rynsztoka. Zmieszałem się nieco, ale jednak je podniosłem i podałem jej, ale ona z uśmiechem odsunęła kwiaty, więc musiałem nieść je sam.
Szliśmy tak w milczeniu przez czas pewien, dopóki nie wzięła kwiatów z moich rąk i nie rzuciła ich na jezdnię. Potem wsunęła w moją dłoń swoją dłoń w czarnej rękawiczce z szerokim mankietem i poszliśmy dalej razem.
– Niech pan mówi dalej – powiedział Iwan – i proszę, niech pan nie pomija żadnych szczegółów!
– Dalej? – zapytał gość. – No cóż, tego, co było potem, mógłby się pan sam domyślić. – Prawym rękawem wytarł nagle nieoczekiwaną łzę i mówił dalej: – Miłość napadła na nas tak, jak napada w zaułku wyrastający spod ziemi morderca, i poraziła nas oboje od razu. Tak właśnie razi grom albo nóż bandyty! Ona zresztą utrzymywała później, że to nie było tak, że musieliśmy się kochać już od dawna, jeszcze się nie znając i zanim się jeszcze spotkaliśmy, i że ona żyła z innym mężczyzną… a ja, tam, wtedy… z tą, no, jakże jej…
– Z kim? – zapytał Bezdomny.
– Z tą, no… z tą, no… – odparł gość i pstryknął palcami.
– To pan był żonaty?
– No tak, przecież właśnie w tej sprawie pstrykam… Z tą… Z Warią… Z Manią… nie, z Warią… taka sukienka w paski, muzeum… Zresztą, nie pamiętam.
No więc ona mówiła, że wyszła tego dnia z bukietem żółtych kwiatów właśnie po to, bym ją wreszcie odnalazł, i gdyby tak się nie stało, otrułaby się, bo jej życie było pozbawione sensu. Tak, miłość poraziła nas w jednej chwili. Wiedziałem o tym jeszcze tego samego dnia, po godzinie, gdyśmy znaleźli się, sami nie wiedząc jak i kiedy, na nadrzecznym bulwarze pod murami Kremla.
Rozmawialiśmy ze sobą, tak jakbyśmy się rozstali dopiero wczoraj, jakbyśmy się znali od wielu lat. Umówiliśmy się, że się spotkamy nazajutrz w tym samym miejscu, nad brzegiem Moskwy, i spotkaliśmy się tam. Przyświecało nam majowe słońce. I niebawem ta kobieta potajemnie stała się moją żoną. Przychodziła do mnie co dzień w południe, ale czekać na nią zaczynałem już od rana.
Oczekiwanie to wyrażało się w ten sposób, że przestawiałem przedmioty na biurku. Na dziesięć minut przed jej przyjściem siadałem przy okienku i nasłuchiwałem, kiedy stuknie rachityczna furtka. I jak to się dziwnie składa – zanim ją spotkałem, bardzo niewiele osób przychodziło na nasze podwórko, można powiedzieć, że nikt tam nie przychodził, teraz zaś wydawało mi się, że całe miasto podąża na nasze podwórze.
Ona przechodziła przez furtkę tylko raz, ale nie skłamię, jeśli powiem, że zanim weszła, serce zaczynało mi walić przynajmniej z dziesięć razy. A potem, kiedy zbliżała się godzina, o której ona miała przyjść, kiedy wskazówki zegara zbiegały się na dwunastej, serce w ogóle już nie przestawało łomotać, dopóki ona, nawet nie stuknąwszy furtką, niemal bezgłośnie, nie zjawiała się, dopóki nie zobaczyłem za okienkiem jej pantofli z czarnymi kokardkami z zamszu, ściągniętymi przy pomocy stalowych sprzączek.
Niekiedy swawoliła zatrzymując się koło drugiego okienka i stukając w szybę czubkiem bucika. W tejże chwili dopadałem okna, ale pantofelek znikał, znikał czarny jedwab przesłaniający światło, i biegłem, by jej otworzyć drzwi.
Nikt nie wiedział o naszym związku, ręczę panu za to, chociaż to się nigdy nie zdarza. Nie wiedział o nim jej mąż, nie wiedzieli także znajomi. W starym domku, w którym wynajmowałem moją suterenę, wiedziano, oczywiście, że przychodzi do mnie jakaś kobieta, ale nikt nie znał jej imienia.
– A kim ona była? – zapytał Iwan, niezmiernie zaciekawiony tą romansową historią.
Gość uczynił gest, który miał znaczyć, że nie wyjawi tego nikomu, i kontynuował swoją opowieść.
Iwan dowiedział się więc, że mistrz i nieznajoma tak się pokochali, że stali się nierozłączni. Iwan dokładnie już sobie wyobrażał owe dwa pokoje w suterenie domku, w których z powodu płotu i bzów zawsze panował półmrok. Widział podniszczone, niegdyś wykwintne niskie, biurko, na biurku dzwoniący co pół godziny zegar i książki, książki od malowanej podłogi aż po zakopcony sufit i piec.
Iwan dowiedział się, że przybysz i jego potajemna żona już w pierwszych dniach trwania ich związku doszli do wniosku, że wtedy na rogu Twerskiej i owego zaułka, zetknął ich ze sobą sam los i że są stworzeni dla siebie.
Iwan dowiedział się także, jak spędzali dnie zakochani. Ona przychodziła, natychmiast wkładała fartuch i w wąskim korytarzyku, gdzie był zlew, którego obecność tam z taką dumą podkreślał nieszczęsny chory, zapalała na drewnianym stole prymus i przygotowywała śniadanie, które zjadali następnie przy nakrytym owalnym stole w pierwszym pokoju. Kiedy zrywały się majowe burze, a tuż za oślepłymi okienkami z szumem płynęła ku ściekowi woda, grożąc zalaniem ich ostatniej przystani, zakochani rozpalali w piecu i piekli sobie w popielniku kartofle.
Z kartofli buchała para, czarne łupiny ziemniaczane brudziły palce. W suterenie rozlegały się śmiechy, a drzewa w ogródku po przejściu ulewy gubiły złamane przez wiatr gałązki i białe kiście.
Kiedy skończył się okres burz i nadeszło skwarne lato, w wazonie pojawiły się od dawna wyczekiwane i ulubione przez nich oboje róże. Ten, który nazwał się mistrzem, gorączkowo pracował nad swą powieścią i owa powieść pochłonęła również nieznajomą.
– Przyznam, że chwilami zaczynałem już być o to zazdrosny – szeptał do Iwana nocny gość, przybyły z zalanego księżycowym światłem balkonu.
Zanurzywszy we włosach szczupłe palce o ostrych paznokciach, czytała w nieskończoność to, co już napisał, a przeczytawszy zaczynała szyć tę właśnie czapeczkę. Niekiedy siedziała w kucki obok najniższych półek albo stała obok najwyższych i wycierała ściereczką setki zakurzonych grzbietów. Wróżyła mu sławę, ponaglała go i właśnie wtedy zaczęła go nazywać mistrzem. Nie mogła się doczekać przyobiecanych ostatnich słów o piątym procuratorze Judei, śpiewnie, głośno powtarzała poszczególne zdania, które jej się spodobały, i mówiła, że w tej powieści jest całe jej życie.”

Wpisy

Liberalny pozytywista stale walczący z tkwiącymi w nim pokładami romantyzmu. Feminista. Miłośnik polityki, muzyki i NBA (od lat wierny fan Boston Celtics). Entuzjasta badań medioznawczych i socjologicznych. Redaktor naczelny magazynu Nowy Folder i autor rubryki felietonowej #BananowaNiedziela. Laureat Nagrody "Nadzieja mediów" 2019.

Twój adres email nie zostanie opublikowany.