Ślepa sprawiedliwość

 

„Chciałabym, aby moja książka była traktowana jako przestroga. Nie groźba, ale właśnie ostrzeżenie.” — mówi Violetta Krasnowska, autorka książki „Będziesz siedzieć” oraz dziennikarka specjalizująca się w tematyce sądowo-kryminalnej.

 

Kiedy powstał pomysł napisania „Będziesz siedzieć”?

Niewątpliwie najsilniejszym impulsem była sprawa Tomasza Komendy, o którym nagle usłyszała cała Polska. Okazało się, że człowiek, którego wszystkie sądy uznały za winnego, z Sądem Najwyższym włącznie, jest niewinny. Spotkałam się z prokuratorem, dzięki któremu Komenda wreszcie wyszedł na wolność. Kiedy zaczął mi pokazywać „dowody” na podstawie, których Komenda został skazany, to włosy stanęły mi dęba na głowie. Zaczęłam zbierać artykuły o sprawie Komendy, wycinki z gazet i krok po kroku powstał z tego solidny materiał oraz artykuł, ukazujący ten problem. Z czasem narodził się pomysł, aby przyjrzeć się całej sprawie jeszcze głębiej i „rozebrać ją” problemowo na czynniki pierwsze. Dodam, że pomysł ten padł od osób z Wydawnictwa Czarne, za co bardzo serdecznie dziękuję.

Czytając pani książkę możemy poznać kilka historii niewinnych osób, które zostały skazane. Dlaczego akurat te przypadki niesłusznych wyroków zdecydowała się pani przedstawić w swojej książce?

Byłam niejako prowadzona przez moich rozmówców, którzy zajmują się tematyką błędów sądowych. Każda z osób, z którymi się spotkałam, była szczególnie zaangażowana emocjonalnie w jakąś jedną sprawę. Byli przekonani o niewinności skazanych osób i opowiadali w jak skandaliczny sposób były te sprawy prowadzone. I tak od jednej osoby do drugiej trafiałam na kolejne takie przypadki.

Była pani zszokowana tymi historiami?

Niesamowicie boli odkrywanie takich spraw. Nawet samo czytanie o nich jest trudne. Człowiek zaczyna się angażować emocjonalnie, myśli same ciągle wracają do tych historii. Najbardziej boli, że nic nie można z tym zrobić…

A jak to było w przypadku Tomasza Komendy?

Od początku było wiadome, że Komenda nie ma z tą sprawą nic wspólnego. Trafiono na nieporadnie wyglądającego chłopaka, który mówił nieskładnie i dał sobie wmówić różne rzeczy. Przed pojawieniem się w śledztwie postaci Komendy biegli twierdzili, że nie można na podstawie śladu zębów na ofierze stwierdzić, kto jest sprawcą. A tu nagle trafił im się chłopaczek, z niewielką niesprawnością umysłową, i nagle się okazuje, że to na pewno jest ślad jego zębów i staje się to kluczowym dowodem w sprawie. Przecież to jest paranoja!

Czy miała pani trudności w dostępie do dokumentów sądowych opisywanych spraw?

Różnie to przebiegało. Niektóre sądy pozwalały na robienie fotokopii, wtedy ślęczenie nad dokumentami przenosiło się z sądowego budynku do mojego domu. Ale inne sądy zgadzały się jedynie na dostęp do akt na miejscu. Siadałam więc w czytelni i zapoznawałam się z nimi, tom po tomie. Robienie notatek, zapisywanie kluczowych cytatów. Dzięki temu mogłam prześledzić, krok po kroku, cały przebieg danej sprawy. Zaczynałam rozumieć, dlaczego końcowy wyrok jest przez wielu uznawany za absurdalny. Chciałam jednak sama to zobaczyć i przekonać się na własne oczy. Okazywało się, że zebrane dowody a ostateczny wyrok, to często dwa zupełnie inne światy. A przecież my, jako społeczeństwo, wierzymy, że sąd zawsze właściwie ocenia zebrany materiał…

 Czy bliscy niesłusznie skazanych osób chętnie z panią rozmawiali?

W przypadku spraw, które szczęśliwie się zakończyły uniewinnieniem bliscy raczej nie chcieli do tego wracać, woleliby o tych wydarzeniach zapomnieć. Musiałam ich bardzo mocno przekonywać. Czasami się udawało, a czasami nie. I trudno się dziwić, ciężko wymagać np. od rodziców, aby usiedli i z miejsca opowiedzieli o dramacie swojego dziecka.

Czytając „Będziesz siedzieć” uderza też to, że często drogą do wywalczenia wolności są pieniądze. Bez świetnych prawników i bogatych bliskich trudno jest walczyć o udowodnienie niewinności.

W mojej książce jest właśnie historia takiego studenta, który powiedział wprost, że gdyby nie pieniądze jego bogatego taty, to do tej pory siedziałby w więzieniu. Ale ważna jest też sama wola walki skazanego, który walczy aż do samego uniewinnienia. Często też kluczowym czynnikiem w takich sprawach jest po prostu szczęście.

Z pani książki płynie pewnego rodzaju przesłanie, że każdy z nas mógłby się znaleźć na miejscu niesłusznie skazanych.

Chciałabym, aby ta książka była traktowana jako przestroga. Nie groźba, ale właśnie ostrzeżenie. Przez zwykły przypadek i brak czujności także i my moglibyśmy się znaleźć w takiej sytuacji.

Wydaje nam się, że sprawa szybko się wyjaśni, bo jesteśmy przecież niewinni.

Zgadza się, wierzymy w sprawiedliwość. Lecz państwowym instytucjom, niezależnie czy mówimy o policji, prokuraturze czy sądzie, bardzo zależy na szybkim zakończeniu sprawy. Szczególnie na początkowym etapie śledztwa jest duży nacisk na szybkie znalezienie sprawcy. Wstępne przesłuchania, na których kilka niewinnie skazanych osób rzekomo przyznało się do winy, nie są nawet nagrywane. A kiedy człowiek znajdzie się na ławie oskarżonych, to już bardzo trudno się z takiej sytuacji wydostać.

Dlaczego policja na etapie śledztwa pomija oczywiste wątki, część świadków czy sprzeczne dowody?

Zajrzałam ostatnio z ciekawości do oficjalnych statystyk policyjnych. Wykrywalność zabójstw w całej Polsce wynosi 97,7%. A w niektórych województwach jest to nawet 100%. Mocno mnie te statystyki zaniepokoiły. Bo czy takie liczby są w ogóle możliwe? Nie mamy żadnej pewności, w ilu z tych spraw skazano niewinną osobę. Bardzo rzadko zdarza się, aby takie śledztwo, po uniewinnieniu oskarżonego, zostało wznowione, jeszcze raz szukano sprawcy. Bo jeśli po latach okazuje się, że oskarżony był niesłusznie skazany, to kto jest winny? To jest już nieważne, w statystykach sprawca pozostaje wykryty, wszystko się zgadza. A przecież czekają kolejne sprawy do rozwiązania.

Co można zrobić, aby niesłuszne wyroki się nie pojawiały?

Kiedyś na stronie Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka widniało jako motto zdanie powiedziane przez prof. Łętowską: „Żeby instytucje mogły prawidłowo pracować, to muszą mieć prawo do popełniania błędów”. I za to miała odpowiadać Klinika Prawa „Niewinność”. Miała wskazywać błędy, a te miałyby być naprawiane. Problem polega na tym, że instytucje państwowe nie chcą w ten sposób funkcjonować i przyznawać się do błędów. Często jedynym ratunkiem jest grupa zapaleńców z wspomnianej już Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Oni jednak pracują za własne środki, nie mają żadnych uprawnień śledczych, nie mogą przeprowadzić żadnych badań DNA czy przejrzeć domniemanych dowodów. Pozostaje im jedynie czytanie sądowych akt i pisanie listów do sądu z prośbą o zwrócenie uwaga na wskazane nieprawidłowości.

Stworzenie takich klinik jak „Niewinność” wiązałoby się z pozytywnymi skutkami.

A jednak wciąż ich nie ma. Politycy wychodzą z założenia, że błędy muszą się czasem zdarzać i jest to normalna sprawa, nic wielkiego. A każdy taki „błąd’ to zniszczone ludzkie życie. Często przez naprawdę absurdalny wyrok. Mówi się, że błędy lekarzy kryje ziemia. Tak samo błędy sędziów zapełniają więzienia. 

A co my, zwykli ludzie, moglibyśmy zrobić?

Wydaje mi się, że jedynym wyjściem byłaby presja na instytucje państwowe ze strony całego społeczeństwa. Zmuszenie polityków i ministra sprawiedliwości do zmian. Niejako wymuszenie powołania Komisji ds. Niewinności, o co apeluje także Adam Bodnar, czyli Rzecznik Praw Obywatelskich. Bowiem nie ma reakcji ze strony „systemu”, a błędy się pojawiają. A ciągle nic się w tej sprawie nie zmienia. Komu by przeszkadzało powołanie takich komisji, do których pokrzywdzony mógłby się zwrócić ze swoją sprawą?

A jakie rozwiązania, w tej dziedzinie, obowiązują w innych państwach?

Najlepszym przykładem jest USA, gdzie tego typu pomocne kliniki mają prawo np. do badania DNA, co doprowadza tam do wielu uniewinnień. Zresztą u nas starano się wzorować właśnie na klinikach amerykańskich, ale tym polskim nie przyznano takich uprawnień. Nie chodzi o możliwość składania różnych odwołań czy kasacji, ale o pozwolenie na badanie zebranych materiałów. Drugi problem polega na tym, że u nas nikt nie ponosi odpowiedzialności za skazanie niewinnej osoby.

W książce bardzo delikatnie porusza pani temat zamieszania wokół sądownictwa, które trwa w Polsce już od kilku lat. Nie chciała pani mieszać dwóch oddzielnych problemów?

Student, którego historię poznajemy w książce, sam opowiedział mi, że brał udział w protestach w obronie niezawisłości sądów. Mnie nawet przez myśl nie przeszło, aby go o to zapytać. A on stał dzień w dzień pod Sądem Najwyższym i z chęcią wyjaśnił mi, dlaczego wziął udział w tych protestach. Kiedy był skazywany przez sędziów w niższych instancjach, to zawsze wierzył, że w wyższej instancji uda się to nieporozumienie naprostować. To była jego jedyna nadzieja, że inni sędziowie rzetelnie spojrzą na materiał dowody i zmienią błędną decyzję. I tak też się działo. A teraz to wszytko zostało wywrócone do góry nogami, także personalnie. Osoby, których nie obchodziła prawda i bezpodstawnie go skazywały mogłyby teraz zająć kierownicze stanowiska w wyższych instancjach. Mówił, że to dopiero byłoby jego zdaniem szaleństwo. I jest to wypowiedź człowieka, który został niewinnie skazany!

Czy teraz, po premierze książki, ludzie piszą do pani z prośbami o nagłośnienie także ich spraw?

Na razie się z takimi reakcjami nie spotkałam, być może jest jeszcze za wcześnie. Zresztą trudno oczekiwać, żebym ja jedna pochyliła się skrupulatnie nad wieloma sprawami. Niewiele też mogę w praktyce z nimi zrobić. Bardziej chciałabym wywołać debatę wśród społeczeństwa na ten temat, aby rządzący poczuli presję i potrzebę zmian.

Czy po latach nieskutecznych odwołań niesłusznie skazani zaczynają się godzić ze swoim losem i cierpliwie czekają na koniec pobyty w więzieniu?

Raczej zupełnie odwrotnie. Ci ludzie ciągle walczą, ponieważ mają poczucie niesprawiedliwości, nie mogą się pogodzić z wyrokiem. O tym mówił też Komenda na przesłuchaniu, pierwszym po 18 latach więzienia. Jak mógłby się przyznać do czegoś, czego nie zrobił? Trudno sobie w takiej sytuacji powiedzieć „no trudno, stało się”.

Trudno też naprawić zmarnowane życie sądowym odszkodowaniem.

Tak, życie takie osoby już na zawsze pozostanie „złamane”. Przez co te osoby musiały przejść w więzieniu, jak student, który był kilkukrotnie podpalany, to tylko oni wiedzą. A jeszcze potem prokuratura potrafi walczyć o obniżenie odszkodowania. Niesłusznie skazany słyszy „siedział pan tylko dwa lata, cóż to jest. Nie jest to warte wielkich pieniędzy”. Czasami państwo przyzna takiej osobie rentę, tak jak Komendzie. Ale nikt się tymi ludźmi nie interesuje, o ich historiach się szybko zapomina. Na ich miejsce pojawiają się kolejni. Krąg pozostaje zamknięty.

 

Violetta Krasnowska — dziennikarka specjalizująca się w tematyce sądowo-kryminalnej oraz problematyce praworządności w Polsce. Laureatka nagrody głównej II Edycji Ogólnopolskiego Konkursu dla Dziennikarzy Publicystów Prawnych oraz Nagrody Wolności Słowa przyznawaną przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich (2006). Dwukrotnie nominowana do Nagrody Grand Press. Związana z tygodnikiem „Polityka”, publikowała także m.in. we „Wproście”, w „Newsweeku” i „Forbesie”.

Wpisy

Student drugiego roku dziennikarstwa i medioznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Od niedawna pełnoprawny warszawiak. Fan piłki nożnej i kibic pewnej stołecznej drużyny kojarzonej z literą L w kółeczku. Miłośnik Star Wars oraz prozy Stephena Kinga.