/

Słowacka terra incognita


O wszystkim, co chcecie wiedzieć o Słowacji, ale boicie się zapytać. Z Andrejem Bánem, autorem książki ,,Słoń na Zemplinie. Opowieści ze Słowacji” rozmawiała Aleksandra Kozyra.


Napisał Pan, że na Słowacji zjeździł prawie wszystkie drogi. Czy są jakieś miejsca szczególnie dla Pana ważne?

Wschodnia Słowacja, która jest trzonem ,,Słonia na Zemplinie”. To właśnie tam spotykają się ze sobą różne ciekawe zjawiska. W Koszycach znajduje się największa katolicka świątynia na Słowacji, ale mieszkają tam również ewangelicy, a przed wojną na tych terenach istniała silna społeczność żydowska. Jednocześnie jest to region, gdzie dużym poparciem cieszą się partie autorytarne – w latach 90. był to Vladimír Mečiar, a przez ostatnie dwanaście lat Robert Fico i jego partia SMER*. Tereny w tzw. „trójkącie śmierci”, czyli między miejscowościami Strážske-Humenné-Vranov nad Topľou, należą do najbardziej zanieczyszczonych miejsc na świecie. W Strážskem do lat 80. produkowano groźne dla środowiska polichlorowane bifenyle,  zostały tam zakopane beczki z niebezpiecznymi substancjami, skutkiem czego gleba i woda są zostały skażone. Wschód kraju jest biedny, żaden z rządów nie podjął się wybudowania autostrady, która łączyłaby wschodnią Słowację z Bratysławą, więc nie interesują się nią inwestorzy. Problemem jest masowa emigracja do bogatszej, dzięki przemysłowi samochodowemu, zachodniej części państwa i do Europy. Wydaje mi się, że podobna sytuacja jest i w Polsce? 


Podobna, ludzie ze wschodu kraju często muszą szukać pracy w centralnej Polsce.

Na wschodzie Słowacji żyją bardzo zdolni i energiczni ludzie, którzy zarówno za czasów komunistycznej Czechosłowacji jak i dziś, często sprawowali najwyższe państwowe funkcje.  Moja podróż na wschód motywowana była też sprawą zabójstwa dziennikarza Jána Kuciaka i jego narzeczonej. Niedokończony artykuł, nad którym pracował, dotyczył  wpływów włoskiej mafii ‚Ndrangheta w tym regionie. Chodziło o przedsiębiorców Diega Vadala i Diega Rodę. Ten pierwszy siedzi dziś w więzieniu m.in. za handel narkotykami. Ale kiedy przyjechałem do Michalovic sześć dni po zabójstwie Kuciaka i rozmawiałem tam z około trzydziestoma ludźmi, powiedzieli mi coś, czego się nie spodziewałem: ,,Nie zajmuj się nimi, tak, to gangsterzy, jeden ma cztery ferrari, drugi wysłał swoją kochankę do sypialni premiera, ale oni nie stoją za zabójstwem Kuciaka”. Zapytałem więc, jeśli nie Włosi, to kto? Wtedy usłyszałem o „Hrabinie”, czyli  Ľubicy Roškovéj, byłej posłance i drugiej w hierarchii ważności osobie w rządzącej partii SMER. Opowiedzieli mi o tym jak Rošková i jej ludzie przemocą zastraszają rolników i oszukują na unijnych dotacjach. Wszystko to działo się na wschodniej Słowacji, gdzie SMER zyskuje poparcie na poziomie około 40-45%.


Nawet po publikacji kompromitujących ich artykułów?

Sądziłem, że po wyjściu na jaw tych informacji poparcie dla partii w tym regionie spadnie, ale myliłem się. Owszem, SMER przegrał tegoroczne wybory do parlamentu, ale jeśli popatrzeć na mapę Słowacji i czerwoną farbą zaznaczyć miejsca, w których wygrywali, to okaże się, że największym poparciem partia nadal cieszy się właśnie na Wschodzie.


Z czego to wynika?

Chodzi o „mentalność klanową”. SMER bardzo dobrze opanował wszystkie większe i mniejsze urzędy i instytucje państwowe na terenie kraju. Urzędnicy mianowani przez sejm, lojalnie głosowali na partię, dzięki której dostali pracę, a wraz z nimi całe ich rodziny. Drugą wielką grupą wyborców SMER-u są policjanci, których w pięcioipółmilionowej Słowacji jest aż dwadzieścia pięć tysięcy, a którzy za rządów tej partii stali się jedną z najbardziej uprzywilejowanych grup zawodowych na Słowacji. Minister spraw wewnętrznych Robert Kaliňák, odchodząc zarządził premię czterysta euro dla wszystkich funkcjonariuszy policji. Żaden minister zdrowia nie rozdał lekarzom po czterysta euro…Trzecia grupa wyborców SMER-u, to emeryci, którzy w dotkniętej emigracją wschodniej Słowacji stanowią silną grupę – młodzi mężczyźni często pracują w fabrykach na Zachodzie, a kobiety są opiekunkami w Austrii i Niemczech.


Jaka była reakcja Słowaków na książkę, która bynajmniej nie jest dla nich przyjemna i często ujawnia niewygodne fakty?

Nie chciałbym, żeby to zabrzmiało nieskromnie, ale książka miała duży odzew. W tej chwili wydawnictwo Absynt przygotowuje już czwarty dodruk słowackiej wersji ,,Słonia…”, który utrzymuje się na czwartym/piątym miejscu pod względem sprzedaży na liście około stu książek reporterskich wydanych dotychczas przez Absynt. W recenzjach czytelników często powtarza się zdanie, że książka przyprawia o „śmiech przez łzy”, bo splatają się w niej części smutne i poważne z tymi śmiesznymi czy wręcz absurdalnymi. Ludzie pytają, czy naprawdę żyjemy w takim kraju.

Marcowe spotkanie autorskie z Andrejem Banem w kawiarni Wrzenie Świata
Źródło: Szczepan Kulpa, Książkowe Klimaty

„Słoń na Zemplinie” to zdaje się pierwsza wydana książka reporterska o Słowacji na Słowacji. Skąd ten niedobór reportaży?

To pytanie, na które nie potrafię znaleźć odpowiedzi. W Czechosłowacji jeszcze w okresie komunizmu, w latach 60., gdy doszło do odwilży, wydawane były reportaże i książki reporterskie. Pisali je komunistyczni reformiści i wtedy ta reporterska tradycja była jeszcze żywa na terenie Słowacji. Ale ja sam nie wiem, dlaczego dzisiaj, już w niepodległym państwie, nie pisze się reportaży.


A dlaczego Pan dopiero po trzydziestu latach pracy zdecydował się na wydanie swoich reporterskich doświadczeń?

Po pierwsze, dwadzieścia pięć lat poświęciłem na podróżowanie do krajów objętych konfliktami wojennymi. Założyłem organizację humanitarną „Člověk v ohrození” [pol. Człowiek w niebezpieczeństwie] i cierpiałem na chorobę, która polega na byciu ślepym na to, co najbliższe. Ale nie jest też prawdą, że wcale się Słowacją nie interesowałem. W 1999 roku wydałem książkę fotograficzną „Iné Slovensko”. Wtedy myślałem, że nie chcę już więcej zajmować się Słowacją. Ale w 2015 roku Filip Ostrowski i Juraj Koudela założyli Wydawnictwo Absynt i zaczęli wydawać świetne książki polskich reporterów. W przeszłości czytałem Ryszarda Kapuścińskiego, którego bardzo cenię za literacki styl i język. Świetnie łączy historyczne fakty z opisem swojego punktu widzenia, chociaż wiem, że w Polsce jest legendą trochę kontrowersyjną, właśnie ze względu na łączenie fikcji i faktów. Pierwszą książką wydaną przez Absynt były „Oczy zasypane piaskiem” Pawła Smoleńskiego o konflikcie izraelsko-palestyńskim Potem zaczęli publikować Jagielskiego, Hugo-Badera i innych, a ja w rozmowach z Filipem i Jurajem stwierdziłem, że dobrze by było wydać też książkę o Słowacji.


I zdecydował się Pan napisać ,,Słonia…”

Miałem mnóstwo zapisków, notatek, całych zeszytów o Słowacji ze swojej pracy. W 2017 roku zdecydowaliśmy, że przygotuję książkę o Słowacji, która będzie swego rodzaju road-movie, podróżą w czasie i przestrzeni,  zbiorem odrębnych opowieści o miejscach, do których wracam po czasie. Styl, w którym napisałem „Słonia” jest w dużym stopniu ironiczny i krytyczny, ale to dlatego, że mi zależy – kocham ten kraj i ludzi. W książce sam siebie pytam: Co jest ciekawego w kraju, w którym nie ma żadnych konfliktów wojennych, który nie został zniszczony przez tsunami, czy inne katastrofy?  To paradoksalne, że łatwiej pisze się o Iraku, Afganistanie, Kosowie, niż o kraju, w którym pozornie nic się nie dzieje. A Słowacja ma przecież w sobie tyle rozmaitych sprzeczności wartych opisania.


Czy podróże do krajów dotkniętych wojennymi kryzysami wpłynęły na Pana spojrzenie na Słowację?

Świetne pytanie, bo ja właśnie staram się wyjaśnić moim współobywatelom, że żyją w szczęśliwym kraju. Nie trzeba jechać do Syrii czy Iraku, wystarczy wybrać się Bośni albo Kosowa, żeby usłyszeć podziw dla Czechosłowacji. Za to, że potrafiliśmy się podzielić bez wojny. Mimo tego, że w kraju mamy do czynienia ze skorumpowanymi politykami i mafią, myślę, że żyjemy w jednej z najszczęśliwszych części świata. Słowacy powinni być dumni z tego, że ich kraj jest tak rozwinięty. A nie są. Nie da się tego im wytłumaczyć, kiedy nie mają tego osobistego doświadczenia, a ja nie mogę zabrać do samochodu połowy narodu i pokazać im Kosowa czy zabrać dwóch milionów ludzi na grecko-turecką granicę. Staram się zrozumieć to niezadowolenie ludzi z rzeczywistości, które popycha część Słowaków w ramiona ekstremistycznych polityków. Bez doświadczeń przebywania w strefach wojny, nie potrafią sobie wyobrazić znacznie gorszych sytuacji.


Książka w dużej mierze dotyczy politycznych i społecznych problemów Słowacji,  a co może w niej zainteresować polskiego czytelnika?

Gdy pytam, co Polacy wiedzą o Słowacji, często słyszę odpowiedź „Prawie nic”. To dla nich terra incognita za Tatrami, gdzie są faszyści i liberalna prezydent Zuzanna Čaputová i kraj, który jako jedyny z Grupy Wyszehradzkiej wprowadził walutę euro. Mówią też o pięknej przyrodzie. Gdybym był Polakiem, to po przeczytaniu tej książki, wyruszyłbym w podróż do tych mniej znanych miejsc, które opisuję w „Słoniu”… W Słowackim Nowym Mieście przy węgierskiej granicy można znaleźć postaci rodem z filmów Quentina Tarantino, takie jak opisany przeze mnie przedsiębiorca-przestępca Mikulaš Vareha, pewny, że wkrótce dostanie pozwolenie na tytułowego słonia. 

Andrej Ban odpowiada na pytania polskich czytelników ,,Słonia na Zemplinie”
Źródło: Szczepan Kulpa, Książkowe Klimaty

Pisze Pan, że do Słowacji przyjeżdżają urlopować niemieckojęzyczni emeryci, i to oni korzystają z walorów kraju, a nie Słowacy. Czy to znaczy, że Słowacja się ,,wyprzedaje”?

Nie chodzi o sprzedaż, ale o coś, przynajmniej dla mnie, szokującego. Okazało się, że „Słoń na Zemplinie” pokazał Słowakom ich własny kraj jako coś nieznanego. Nasi obywatele letnie wakacje spędzają na chorwackich plażach, a w zimie, jeśli ich stać, wyjeżdżają na narty do Austrii. Teraz na szczęście, coś zaczyna się zmieniać i młodzi ludzie zaczynają na nowo odkrywać Słowację. W książce umieszczona jest mapa, którą można się posłużyć przy planowaniu podróży. Słowacja ma ogromny, ale niestety niewykorzystany potencjał, jeśli chodzi o walory przyrodnicze i zabytki historyczne. Przypomina Austrię – także mamy góry, termy, zabytkowe poniemieckie miasta, tyle że nasi sąsiedzi żyją z turystów. Myślę, że błędem było postawienie na uprzemysłowienie kraju w okresie przemian gospodarczych, a nie na rozwój turystyki.


Przez te trzydzieści lat reporterskiej pracy zjeździł pan cały kraj.  Jak zmieniała się Słowacja?

Na pewno na lepsze. Byłem jednym z przeciwników rozpadu Czechosłowacji, miałem więcej przyjaciół w Czechach i całe lata 90. pracowałem dla tamtejszych mediów. W niepodległej Słowacji przeszkadzał mi fakt, że do władzy dostali się ludzie tacy jak Vladimír Mečiar, którzy prywatyzowali Słowację dla siebie. Ale jednocześnie po sześciu latach rządów jego partii, narodziły się siła i opór społeczeństwa obywatelskiego. Nie mogliśmy już zrzucić z siebie odpowiedzialności i wymawiać się na Czechów albo Węgrów. Musieliśmy sami zakończyć tę haniebną i niebezpieczną erę. Inne kraje jak Republika Czeska nie mają za sobą takich doświadczeń i to na Słowacji właśnie, mniej więcej od roku 1998, kształtowało się stosunkowo silne społeczeństwo obywatelskie. Myślę, że Słowacja zrobiła duży krok naprzód, zmodernizowała się. Ale ta książka pokazuje regiony, w których czas się zatrzymał.  Bratysława jest jedną z dziesięciu najbogatszych aglomeracji Unii Europejskiej, ale miasteczka na wschodzie należą do tych najuboższych.


Czy ma Pan w planach kolejne reportaże o ojczyźnie, czy może zmęczył się Pan już tematem Słowacji?

Czuję się zmęczony, ale byłem już taki przy tworzeniu pierwszej, fotograficznej książki. Pracuję dla Dennika N,  szefowie redakcji powiedzieli mi, że cieszą się, że wydaję książki dla Absyntu, ale kiedy napiszę coś dla nich.  Kiedy w 2016 roku lider neofaszystowskiego ruchu ĽSNS – Marian Kotleba** dostał się do Parlamentu, ze znajomymi założyliśmy organizację „Zapomniana Słowacja”. Organizowaliśmy dyskusje właśnie w tych regionach, w których kotlebowcy uzyskali największe poparcie. W ciągu czterech lat braliśmy udział w czterdziestu czterech spotkaniach w dwudziestu jeden  miastach, od zachodu po wschód Słowacji. Większość tych dyskusji została nagrana i spisana przez wolontariuszy. Może więc w przyszłym roku przygotuję książkę o tych czterech latach pracy „Zapomnianej Słowacji”? Jak to się mówi: nigdy nie mów nigdy.


Andrej Bán – urodzony w 1964 roku słowacki reporter, fotograf, publicysta. Założyciel organizacji humanitarnej „Člověk v ohrození”, nagradzany za fotoreportaże z krajów dotkniętych kryzysami wojennymi. W 2018 roku wydał pierwszy książkowy zbiór reportaży o Słowacji ,,Słoń na Zemplinie. Opowieści ze Słowacji”.


*SMER – sociálna demokracia  (pol. Kierunek – Socjalna Demokracja) – słowacka partia polityczna o profilu socjaldemokratycznym, nazywana również partią lewicy narodowej. Przewodniczącym ugrupowania od czasu jego powstania jest Robert Fico, który przestał pełnić funkcję premiera po głośnym zabójstwie dziennikarza Jána Kuciaka w 2018 roku.

**Marian Kotleba – słowacki polityk i parlamentarzysta, przewodniczący ĽSNS (Partii Ludowej Nasza Słowacja). Odwołuje się do tradycji faszystowskiego rządu ks. Josefa Tisy. W 2009 roku zatrzymany pod zarzutem propagowania faszyzmu. W mediach międzynarodowych określany jako neofaszysta.

Wpisy

Człowiek z Cieszyna w Warszawie, studentka dziennikarstwa i bohemistyki. Cierpi na chroniczny czasobrak, ale na przeczytanie kolejnego reportażu i sport zawsze czas znajdzie. Zakochana w Czechach i uzależniona od poznawania nowych ludzi.

Twój adres email nie zostanie opublikowany.