Śmiech przez łzy

Nowy Folder - Wanna z kolumnadą

 

Można się zdenerwować. Nie na autora. Z autorem.

Wanna z kolumnadą

Gdy Tomasz Gamdzyk, naczelnik warszawskiego Wydziału Estetyki Przestrzeni Publicznej, traci wiarę w sens swojej pracy, spogląda na cytat z Czesława Miłosza, który kazał powiesić w swoim biurze: w warunkach wolnorynkowych dyktat gustu większości prowadzi do dominacji rzeczy miernych i tandetnych. Właśnie o tym jest „Wanna z kolumnadą” Filipa Springera – o polskim braku poczucia estetyki, budowlanym chaosie i reklamowej samowolce. W skrócie: o naszym bezguściu.

 

Jest śmiesznie i strasznie zarazem. Śmiesznie, bo poziom groteski i absurdu przekracza czasem najśmielsze oczekiwania, jak w przypadku łódzkiego stawu w Parku Ocalałych nad Łódką, który zasila woda z miejskiego wodociągu – czyli mówiąc wprost: woda, która płynie w Łodzi z kranów. Strasznie, bo zanim zaczęto zapełniać zbiorniki kranówką, zlikwidowano tam osiemnaście rzek, rzeczek i strumieni, liczących w sumie sto dwadzieścia sześć kilometrów. A podobne grzechy mają na sumieniu włodarze i mieszkańcy większości polskich miast.

 

Zabijanie lub zapominanie rzek to jedna strona medalu – coś, co ludzie odebrali. Często bezpowrotnie. Znacznie więcej jest jednak tego, co zostało do przestrzeni miejskiej dodane. Wszechobecne banery, billboardy, neony, płachty reklamowe. Gdy w 2010 roku zainteresowano się nośnikami reklamowymi na ulicy Jana Pawła II w Warszawie, okazało się, że tylko dziesięć procent z nich należało do firm zrzeszonych w Izbie Gospodarczej Reklamy Zewnętrznej. Reszta to anonimowa i niekontrolowana samowolka, czyli zazwyczaj nielegalny gwałt na przestrzeni publicznej. Chociaż słowo gwałt może być tutaj odczytywane jako nadużycie. W końcu w badaniu przeprowadzonym przez IGRZ w 2008 roku 74% mieszkańców stolicy przyznało, że reklamy na ulicach są dla nich cennym źródłem informacji, a 67% lubiło je oglądać. Przeszkadzały zaledwie co dziesiątemu warszawiakowi, a aż 65% stwierdziło, że dzięki nim stolica Polski jest jaśniejsza, bardziej kolorowa i przypomina prawdziwie europejskie miasto. Wydaje się zatem, że znacznie większy od Warszawy Paryż nie jest prawdziwie europejski, ponieważ jest w nim dziesięciokrotnie mniej tablic reklamowych niż w arcyeuropejskiej stolicy Polski.

 

O ile w przypadku billboardów czy płacht reklamowych można jeszcze zrzucać winę na nieuczciwych reklamodawców, zachłannych właścicieli kamienic zgłaszających fałszywe remonty, by można było zasłonić zabytkowe elewacje czy kontrowersyjną przedsiębiorczość prywaciarzy, o tyle tzw. pasteloza lub pstrokacizna – czyli choroba trawiąca polskie osiedla – to zasługa samych mieszkańców. Jak pisze Springer: (…) między innymi dlatego kolorami modernistów, którzy wymyślili wielkie bloki, była biel i szarość. Uważali, że wielkie domy dominują w przestrzeni na tyle, że dodawanie do nich silnych akcentów kolorystycznych byłoby już wizualnym barbarzyństwem. Wielka elewacja miała być jedynie tłem dla życia osiedla, a nie jego głównym elementem. Rozumieli to w większości projektanci polskich blokowisk, zapomnieli ci, którym przyszło te osiedla modernizować. Chciałoby się powiedzieć, że pasteloza to zasługa demokratyczna. Ale wypada nazwać ją raczej karykaturą demokracji i zwycięstwem małomiasteczkowej mentalności. Najlepiej świadczą o tym historie takie jak ta z Lublińca. Magdalena Tokarska, architekt z katowickiej pracowni, opracowała z mężem za darmo projekt modernizacji dwóch bloków na osiedlu, na którym mieszkają jej rodzice. Gdy jeden z budynków pomalowano na jasnobeżowo, mieszkańcy drugiego zaprotestowali: Domagają się więcej koloru, tłumaczą, że nie tak to sobie wyobrażali. Niektórzy mówią wprost, że nie chcą, by ludzie z tych bardziej kolorowych bloków się z nich śmiali. Stanęło na ciemnej zieleni, która gryzie się na elewacji z odcieniami pomarańczowego.

 

Można się śmiać, można i płakać. Główny problem, który porusza Springer polega jednak na tym, że wszelkie kwestie dotyczące przestrzeni publicznej nie poruszają ludzi, a w związku z tym nie interesują polityków. (…) musisz pamiętać, że ten temat grzeje tylko grupkę ludzi i kilku dziennikarzy. Robią trochę szumu od czasu do czasu, coś tam się w internecie pojawi, ale po kilku tygodniach ich zapał gaśnie. A właściciele tych reklam patrzą na problem w zupełnie innej skali. Dla nich te protesty to tylko czkawka – mówi mu jeden z rozmówców. A dotyczy to nie tylko reklam, lecz także wspomnianych rzek, pstrokacizny czy innych wątków poruszanych w książce: strzeżonych osiedli i wszechobecnych płotów; niby-rajskich podmiejskich osiedli bloków z widokiem na bloki lub domków jednorodzinnych budowanych w szczerym polu; braku przestrzeni umożliwiającej sąsiedzkie kontakty, co sprzyja alienacji i atomizacji nawet wewnątrz mikrospołeczności; samowoli budowlanej, a przede wszystkim estetycznej właścicieli dużego kapitału, jak miało to miejsce w przypadku hotelu Gołębiewski w Karpaczu czy pełnej tandetnego przepychu Venezii w podwarszawskich Michałowicach.

 

Paradoks „Wanny z kolumnadą” polega na tym, że, wbrew zalewającej czytelnika lawinie irytujących faktów, czyta się ją bardzo dobrze. Każdy rozdział różni się od pozostałych nie tylko treścią, lecz także formą. Od dziennikarskiego śledztwa, przez odwołujące się do medycznej terminologii diagnozowanie choroby toczącej przestrzeń publiczną, po rzeczną gawędę, w której trzeźwe, reporterskie spojrzenie przeplata się z opowieścią urastającą niemal do rangi mitu. A jednak zdenerwowałem się podczas lektury w moim pastelowym bloku stojącym na pastelowym osiedlu. Miłosz odpowiedział dlaczego, Springer – na co. A ja wciąż nie wiem, co dalej, bo nie chce mi się wierzyć, że problem rozwiążą dodatkowe lekcje plastyki.

 

 

Bartosz Wróblewski

 

 

Filip Springer

„Wanna z kolumnadą”

Wydawnictwo Czarne