Centrum Kapuścińskiego

O burzliwej sprawie zabójstwa młodego chłopaka, będącej przełomem w topnieniu reżimu Jaruzelskiego oraz trudnościach związanych z napisaniem reportażu z Cezarym Łazarewiczem, autorem nominowanej do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki książki „Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka”, rozmawia Mateusz Szopka.

 

Cezary Łazarewicz publikował m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Newsweeku” i „Wprost”.
Od 2015 roku związany jest z redakcją portalu Wirtualna Polska. (fot. Wojciech Tuchliński)

 

Dlaczego według pana sprawa Grzegorza Przemyka jest ważna?

Z historycznego punktu widzenia to przełomowe wydarzenie. Wydaje mi się, że od niego zaczęły się zmiany w żelaznym reżimie Jaruzelskiego. Ponadto zatuszowanie tej sprawy ośmieliło morderców Popiełuszki. Po sprawie Grześka mundurowi zobaczyli, że mogą być bezkarni i uznali, że morderstwo księdza też im się upiecze.

 

Czemu zdecydował się pan napisać o tym książkę?

Kiedy zacząłem przeglądać materiały i uzmysłowiłem sobie bezkarność zabójcy młodego chłopaka, zaczęła we mnie narastać złość spowodowana bezsilnością. Potęgowało ją również to, że tak właściwie pamięć o tym wydarzeniu zanikła. Pomyślałem wtedy, że jestem ostatnim kronikarzem, który może tę sprawę opisać. Można więc powiedzieć, że ta książka powstała z mojego gniewu.

 

Ile czasu zajęło panu zbieranie materiału i pisanie?

To była mrówcza praca. Same akta w głównym IPN-ie, dotyczące zacierania śladów, liczyły 83 tomy. Każdy z nich musiałem przeczytać, zastanowić się. Przypominało to szukanie złota w ścieku. Szukałem drobinek, z których mogłem tę opowieść ułożyć. Pomyślałem, że najlepiej będzie opisać sprawę tuszowania śmierci dzień po dniu. W sumie zajęło mi to trzy lata.

 

Co było najtrudniejsze w pracy nad reportażem?

Najtrudniej było dotrzeć do ludzi, którzy musieli sobie przypominać wydarzenia z tamtych lat. Niestety, nie udało mi się porozmawiać z kilkoma osobami, choć bardzo tego chciałem. Mimo upływu tylu lat, nie chcieli poruszać tego tematu. Musiały wystarczyć mi ich zeznania. To dla mnie największa strata.

Tak naprawdę najbardziej potrzebne do tego typu podczas pracy są skrupulatność i gromadzenie źródeł. Można w nich znaleźć wszystko, wystarczy tylko dokładnie przeczytać. Dla mnie nie do pomyślenia było to, że nikt nie pojechał do rodzinnej wsi głównego podejrzanego, nie porozmawiał z jego sąsiadami, znajomymi, rodziną. Do opisania tej sprawy wystarczył niezbędny warsztat dziennikarski.

 

Napisanie tak złożonego reportażu musiało być ogromnie trudne. Jak się pan czuł, kiedy ostatnia strona została skończona?

Zawsze odczuwam to tak samo: że spada ze mnie ogromny ciężar. Kiedy postanowiłem napisać właśnie na ten temat, nie do końca wiedziałem, jak się do tego zabrać. Odbierałem sygnały, że jest już przerobiony i nudny. W trakcie pisania zawsze mam wątpliwości, czy wszystko jest ciekawe i zrozumiałe. Ale to nie jest książka o zabójstwie Przemyka, tylko o mechanizmie kłamstwa. Właściwie mógłbym ją streścić w jednym zdaniu: komuniści byli tak zakłamani, bo zatuszowali ludzką śmierć. W książce jest dużo szczegółów, ponieważ uznałem, że młodzi ludzie nie są w stanie wyobrazić sobie, jaki wtedy panował nastrój – bezbronność jednostki wobec państwa. Mam nadzieję, że dzięki tym informacjom są w stanie to poczuć.

 

Czy uważa pan, że morderców Grzegorza osądzono sprawiedliwie?

Wymiarowi sprawiedliwości z całą pewnością nie udało się wskazać sprawców, a tym bardziej ich ukarać. Chociaż mniej więcej wiemy, kto bił chłopaka. Władze PRL zatuszowały tę sprawę, a III RP nie była w stanie sprawiedliwie jej osądzić. Właśnie to tak szokowało ludzi. Problemem były postawa państwa, partii, MSW, które stało murem za szeregowym funkcjonariuszem. Również profesorowie, biegli, tysiące osób zostało wykorzystane do tego, aby tę śmierć sfałszować. Wymiar sprawiedliwości okazał się bezradny wobec kłamstw partii. Sąd wobec zeznań, których nie udało się wcześniej wydobyć, również nie mógł nic zrobić. Myślę, że prokuratura była w stanie ukarać winnych na początku lat 90., łamiąc solidarność funkcjonariuszy milicji, ale tego nie zrobiła. To jest plama w historii wolnej Polski, którą trudno będzie wymazać. Nie znajdziemy też na świecie drugiego, podobnego przypadku, gdzie organy państwowe próbują wymazać zbrodnię szeregowego.

 

Czy można powiedzieć, że „Żeby nie było śladów” to przekrój mechanizmów władzy w PRL-u?

Kiedy zaczynałem pisać, myślałem, że będzie to książka historyczna. Kiedy kończyłem zrozumiałem, że to opowieść o wiecznych mechanizmach władzy. Dziś stosuje się podobne mechanizmy. Wystarczy spojrzeć na propagandę w TVP i programach, które przejął PiS – występują w nich zbieżności z tym, co robiono podczas stanu wojennego. Z tą różnicą, że dziś mamy jeszcze inne media

 

„Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka” otrzymało nagrodę „Książki Historyczne Roku” w kategorii „Najlepsza książka popularnonaukowa poświęcona historii Polski w XX wieku”.

 

Kim dla pana jest dziś Grzegorz Przemyk?

Zawsze był dla mnie mitem – musiałem zmagać się z nim podczas pisania książki. Nigdy nie poznałem Przemyka, ale za to wkroczyłem w atmosferę krążącą wokół jego śmierci. Ona mnie ukształtowała. Kiedy został zamordowany, miałem 17 lat. Jego zabójstwo było najbardziej wstrząsającym faktem z mojej młodości… Ciągle o tym rozmawialiśmy. Nie mogliśmy uwierzyć, że milicjanci biją człowieka, ten umiera, a cała sprawa zostaje zamieciona pod dywan!

Pamiętam, w czerwcu 1983 roku przyjechałem do Warszawy. Miasto buzowało wtedy tą sprawą – przypominała niegojącą się ranę, którą społeczeństwo będzie pamiętać. Chciałem zobaczyć grób Przemyka na Cmentarzu Powązkowskim. Jak tylko wszedłem na jego teren, miałem wrażenie, że zebrały się tłumy. Zapytałem księdza, gdzie znajdę grób chłopaka. Ten myślał, że jestem z klasy Przemyka. Byłem z tego bardzo dumny i nawet nie odpowiedziałem, że się pomylił.

 

Za jeden ze swoich tekstów, został pan nominowany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich do tytułu „Hieny Roku”…

Przyznano mi tę nominację za mój artykuł o Rajmundzie Kaczyńskim, ojcu Lecha i Jarosława Kaczyńskich. Zarzucili mi nieetyczność i przekroczenie granicy prywatności. Tak bliskie PiS środowisko z SDP zemściło się na mnie i dało sygnał innym, by nie zajmować się przeszłością Kaczyńskich. Próbowali odebrać mi w ten sposób wiarygodności. Nigdy z tym krzywdzącym werdyktem się nie pogodziłem.

Proszę porównać mój rzetelny tekst z artykułami ukazującymi się w prawicowej prasie, które odzierają z godności przeciwników politycznych. Przy pisaniu tekstu o ojcu Kaczyńskich wszystkie informacje wielokrotnie sprawdziłem. Zresztą nikt nie zarzuci mi nieprawdy. Z tekstu wynikało, że Rajmund Kaczyński był człowiekiem ułożonym z PRL, a nawet był odznaczany przez władzę, co nie jest niczym nagannym, ale uderza w mit niepokornej rodziny, który kreuje środowisko Jarosława Kaczyńskiego.

 

Co w takim razie wyznacza granice etyki dziennikarskiej?

Przyzwoitość, którą ma się w sobie. Mi zawsze towarzyszy myśl, żeby niepotrzebnie nie krzywdzić ludzi. Nie ujawniać rzeczy, które mogłyby ich skompromitować z czystej złośliwości lub chęci atencji. Przy pisaniu tekstów staram się po prostu nie niszczyć innych.

 

Przestrzegał pan tych zasad w swoim artykule o księżach-gejach?

Pewnie. Nie ujawniłem danych żadnego z moich rozmówców. Wszyscy byli czynnymi księżmi, a jeden z nich był diecezjalnym pełnomocnikiem do spraw młodzieży. Ten tekst mógł powstać tylko dzięki prowokacji dziennikarskiej, którą przeprowadziłem. Moi rozmówcy najbardziej bali się ujawnienia, ale już na samym początku rozmowy zapewniałem ich, że pozostaną anonimowi. Chciałem opisać zjawisko, które jest tabu, a nie dekonspirować księży-gejów.

 

Napisał pan parę świetnych tekstów śledczych. Jaka jest kondycja dziennikarstwa śledczego w Polsce?

Dzisiaj wydawcy rezygnują ze wszystkiego, co jest drogie, a teksty śledcze i reportaże są najbardziej kosztownymi formami dziennikarskimi. Ten gatunek jest jeszcze uprawiany, ale powoli umiera. Bo nad tekstem śledczym trzeba długo pracować. Ostatnio Iwona Szpala i Małgorzata Zubik opublikowały ważny artykuł opisujący kulisy reprywatyzacji w Warszawie. Widać było, że pracowały nad tym latami. Efekt był piorunujący. Ale redakcja Gazety Wyborczej stworzyła im warunki do pracy.

W tygodnikach nad tekstem pracuje się od poniedziałku do piątku, to za mało by coś sensownego wygrzebać. Dlatego śledcze teksty coraz częściej powstają z podrzucanych przez służby albo agencje PR kwitów. W ten sposób załatwiają oni swoje interesy. Nie twierdzę, że nie powinno się z takich materiałów korzystać, ale powinno się je weryfikować, a z tym jest różnie.

 

Dziś, 17 maja, jest premiera pańskiej najnowszej książki „Tu mówi Polska. Reportaże z Pomorza”. Jaka historia stoi za tym zbiorem?

Teksty te pisałem w latach 90 i na początku XXI wieku dla „Gazety Wyborczej”, „Polityki” i „Przekroju”. Odnalazłem je po latach i okazało się, że układają się one w spójną całość. To jest widziana z mojej perspektywy historia przemian, z którą mierzyłem się ćwierć wieku temu.

 

 

Przeczytaj także naszą recenzję książki „Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka”.

 

Please Enter Your Facebook App ID. Required for FB Comments. Click here for FB Comments Settings page

Zobacz też:
Od pomysłu do premiery, czyli jak powstaje film

Od pomysłu do premiery, czyli jak powstaje film

Przebieg produkcji filmowej na przykładzie dokumentu „15 stron świata”
Nobel ma w sobie coś z kobiety

Nobel ma w sobie coś z kobiety

O Swietłanie Aleksijewicz, Nagrodzie Nobla i Białorusi pisze Alesia Ptushka...
Prof. Wolny-Zmorzyński: Aleksijewicz dopuściła do głosu każdego pokrzywdzonego

Prof. Wolny-Zmorzyński: Aleksijewicz dopuściła do głosu każdego pokrzywdzonego

Wywiad Agnieszki Kapeli

Name required

Website