Sokołowsko – miejscowość zakrapiana czarną polewką

[spider_facebook id=”2″]

 

Miejscowość, która gości uczestników festiwalu Hommage à Kieślowski, zachwyca od wieków. Historia perły Gór Suchych sięga piętnastego stulecia. O Sokołowsku (Görbersdorfie) wspominają niemieccy kronikarze i liczni kuracjusze, którzy odwiedzają ulokowane w malowniczej okolicy sanatoria już od połowy XIX wieku.

 

Początkowo Sokołowsko było jedną z wielu wsi Dolnego Śląska. Mieszkańcy zajmowali się wyrębem lasu, garbarstwem oraz – jak wszyscy rasowi górale – pasterstwem. Traf chciał, że przebiegał tamtędy szlak handlowy ze wschodu do Wrocławia. Miejscowi rozbójnicy postanowili to wykorzystać i z powodzeniem prowadzili działalność w pobliżu traktu wiodącego dzisiaj do Andrzejówki. Ziemiami tymi władał wtedy książę Bolko Świdnicki, który zdecydował się wybudować basztę i pozostawić drużynę, mającą ochraniać regularnie łupionych kupców. Strażnica nie przetrwała jednak próby czasu, a bez handlarzy wieś zaczęła tracić na znaczeniu.

 

Impas trwał do połowy XIX w., do czasów Hermanna Brehmera i jego burzliwej miłości z Heleną von Colomb, młodszą siostrą Marii. Rzeczona Maria von Colomb w 1848 r. poważnie zachorowała. Bogata z domu arystokratka zabiegała o diagnozę medyków francuskich, niemieckich i austriackich. Wszyscy wydali na nią wyrok – rak żołądka. W końcu arystokratka trafiła do sanatorium Vincenza Priessnitza nieopodal miasteczka Jesionik (obecnie Czechy).

 

Ten medyk samouk był pionierem hydroterapii. Dlatego do rozkwitającego ośrodka Priessnitza w weekendy przyjeżdżali studenci z Wrocławia. W ten sposób młody, przystojny Brehmer trafił na trochę zezowatą siostrę leczącej się Marii, Helenę. Drwiny kolegów miał za nic. Wzajemna miłość kwitła, jednak Maria nie chciała się zgodzić żeby biedny student medycyny wziął za żonę jej bogatą krewną. Odrzucony chłopak poprzysiągł sobie, że założy własny ośrodek i będzie odnosił co najmniej takie sukcesy, jak Priessnitz.

 

Tymczasem Maria von Colomb wyzdrowiała. Okazało się, że cierpiała jedynie na wrzody żołądka. Arystokratka dostrzegła okazję do zarobku i również postanowiła leczyć. W tym celu objechała cały Dolny Śląsk. Chciała znaleźć najlepsze miejsce na ośrodek leczniczy. Wybór padł na otoczony lasami Görbersdorf, dziś znany jako Sokołowsko. Kupiła tam ziemię i rozpoczęła działalność. Nie była jednak najlepszym gospodarzem i szybko zbankrutowała. Z powodu długów została aresztowana. Nie miała pojęcia, że przez lata jej młodsza siostra korespondowała ze studentem, któremu bezwzględna arystokratka podała kiedyś czarną polewkę.

 

W międzyczasie nieopierzony student uzyskał dyplom i stał się ekspertem od chorób płuc. Brehmer odkrył, że gruźlicę można wyleczyć. A trzeba pamiętać, że w tym czasie suchoty były chorobą niezwykle groźną i powszechną. Tylko 30 proc. zarażonych wracało do zdrowia. Kiedy starsza z sióstr von Colomb siedziała jeszcze w więzieniu, zdolny medyk wykupił jej posiadłość za psie pieniądze. Tak zaczęła się złota era Görbersdorfu. Herman Brehmer otworzył tu pierwsze w Europie sanatorium chorób płuc. Autorskie metody leczenia bazowały na czterech elementach: wczesnym wykryciu choroby, odpowiednim dotlenieniu organizmu, hydroterapii i godziwym wyżywieniu. Fantastycznym pomysłem okazały się również… koniaki węgierskie. Podawane dla poprawy krążenia oczywiście. A co najważniejsze – metody Brehmera były skuteczne.

 

soko 3

Kiedy wieści o sukcesie Brehmera rozniosły się po Europie, do miejscowości zaczęli się zjeżdżać wszyscy bogacze ze Starego Kontynentu. Na leczenie w Sokołowsku nie było stać m.in. Franza Kafki. Brehmer stworzył skuteczne, ale ekskluzywne uzdrowisko, szybko się wzbogacił i bez pytania o zgodę Marii von Colomb poślubił jej siostrę. A mnożące się pieniądze inwestował w kolejne sanatoria: Biały dom, Grunwald czy Różanka – wszystkie te budynki to zasługa Hermana Brehmera.

 

Nikogo nie powinno więc dziwić, że kiedy lekarz, który tchnął w tę miejscowość życie, obchodził urodziny i wychodził na balkon, by w tyradach szkalować pruski rząd, zewsząd schodzili się okoliczni mieszkańcy. Wyciągali beczki piwa, a nawet budowali wielką bramę z napisem „Heil Brehmer”. A potem, gdy już wszyscy leżeli pijani w krzakach, radosne okrzyki nie schodziły im z ust.

 

Jakub Szczepański

 

Twój adres email nie zostanie opublikowany.