Amerykańskie bombowce i gruźlica

 

Niemców już tu nie było, kiedy przyjechali Rosjanie. Doskonale to pamiętam. Było ich pięciu. Wjechali łazikiem, na dachu mieli ustawiony karabin maszynowy.

 

kieslowski-w-sokolowsku-1973-4-000005-kopia

W Sokołowsku na planie „Prześwietlenia”, 1973 r. Krzysztof Kieślowski wrócił do miejscowości po latach i zrealizował film o przebywających w niej ludziach zmagających się – jak niegdyś ojciec – z chorobą płuc, fot. archiwum rodzinne Krzysztofa Kieślowskiego

 

A rozmawialiście już z…? – uśmiechamy się. Domyślamy się, jakie nazwisko zaraz usłyszymy. Pada zawsze, ilekroć pytamy o kogoś, kto może opowiedzieć nam historię Sokołowska.

 

Jak byliście już u Bruna Matusiewicza, to nie wiem, do kogo by jeszcze można…

 

Leżeli w „Grunwaldzie” i stękali z bólu

 

Mieszka tu od urodzenia, czyli od 18 maja 1933 roku. Z dumą informuje, że tego samego dnia i miesiąca przyszedł na świat Jan Paweł II. Nie dodaje, że to było 13 lat wcześniej i 342 km stąd – w Wadowicach. – Ale nigdy go nie spotkałem – mówi Bruno Matusiewicz, jakby wymiana uprzejmości z Karolem Wojtyłą, zanim ten został papieżem, a nawet i potem, była dla niego czymś oczywistym.

 

Bruno Matusiewicz: – W czasie II wojny światowej chodziłem do szkoły. Niemieckiej. Życie toczyło się tu normalnie. W roku 1944 widziałem tylko raz wysoko nad Sokołowskiem około 80 bombowców amerykańskich. Leciały, a potem wracały na Zachód.

 

Działania wojenne miejscowość ominęły, ale dosięgła je związana z nimi zawierucha. Do początku maja 1945 roku w ówczesnym Görbersdorfie (nazwa Sokołowska do zakończenia II wojny światowej) stacjonowało wojsko niemieckie. Przyjmowano tu rannych z frontu, którzy potrzebowali tymczasowej opieki.

 

Bruno Matusiewicz: – Niemców już tu nie było, kiedy przyjechali Rosjanie. Doskonale to pamiętam. Było ich pięciu. Wjechali łazikiem, na dachu mieli ustawiony karabin maszynowy. Przywieźli tu około 200 chorych – wszyscy zatruli się paliwem lotniczym. Leżeli w „Grunwaldzie” i stękali z bólu. Około 80 Rosjan zmarło. Pochowali ich na cmentarzu niemieckim. Polacy w porozumieniu z Rosjanami ich potem ekshumowali. Nie wiem, kiedy to było.

 

Gdy po półtora roku Rosjanie opuścili Sokołowsko, zjawili się inspektorzy organizujący przesiedlenia mieszkającej tu ludności niemieckiej. Większość wyjechała. Zostali fachowcy, m.in. znający się na kanalizacji.

 

Bruno Matusiewicz: – Pierwszymi kuracjuszami nieniemieckimi i nierosyjskimi byli Żydzi z obozu koncentracyjnego w Mieroszowie.

 

Nie było nawet piekarni

 

– O, z panem Moskwą moglibyście porozmawiać!

 

Władysław Moskwa, rocznik 1925 (nic nie mówi o Janie Pawle II ani żadnej innej słynnej postaci, z którą łączy go dzień i miesiąc urodzenia) o Sokołowsku usłyszał w Mieroszowie. – To było miejsce dla inwalidów wojennych. Po II wojnie przebywali tu głównie Żydzi. Urządzili sobie szwalnie. Pracę w Sokołowsku zacząłem 3 marca 1948 roku. Od tego czasu Żydzi byli tu przez rok. Potem Związek Inwalidów upadł i powstała Służba Zdrowia. To było ok. 1950 roku – wspomina.

 

Wtedy połączono wszystkie sanatoria. Do Sokołowska zaczęli przyjeżdżać Polacy. Mieli się tu leczyć z rozpowszechniającej się w szaleńczym tempie gruźlicy.

 

W 1951 roku do miejscowości trafiła rodzina Kieślowskich. Zmagający się z suchotami Roman (ur. 1910), jego żona Barbara (ur. 1914) i dzieci: Krzysztof (ur. 1941) i Maria Ewa (ur. 1944).

 

kieslo4

Lata 50., Sokołowsko, Krzysztof Kieślowski z mamą i siostrą,
fot. archiwum rodzinne Krzysztofa Kieślowskiego

 

Władysław Moskwa: – Kieślowska została kierowniczką magazynów żywnościowych. Poszedłem do niej z kolegą. Zaczęliśmy z nią rozmawiać o pracy. Była bieda, nie było samochodów. Żeby kupić chleb, trzeba było iść 5 kilometrów do Mieroszowa. Tu nie było nawet piekarni. Zdarzało się, że remont jednego domu kończył się rozbiórką drugiego. W ten sposób zniszczono 15 domów.

 

Jeszcze na początku lat 50., do 1952, a może 1953 roku z gruźlicą walczono w Sokołowsku operacyjnie. Zabiegi odbywały się w „Grunwaldzie”. Zespołem kierował lekarz z Wrocławia, asystowała ekipa z Sokołowska.

 

Papierkowa robota w niedzielę      

 

– A jak chcecie coś wiedzieć o szkole, to idźcie do dyrektora Przybyły.

 

Wiesław Przybyła w latach 1952–1984 najpierw pełnił funkcję kierownika szkoły, a potem jej dyrektora. Surowy, wymagający, nie tolerował ściągania. Gdyby wysyłał dzisiaj CV, mógłby tam wpisać: zdolności menedżerskie. – Kiedy rozpocząłem pracę, były tylko cztery klasy, a nauczycielem byłem sam, jeden. Żeby móc tę naukę jakoś zorganizować, dzieci przychodziły do szkoły o różnych porach. Rano lekcje rozpoczynały dzieci z trzeciej i czwartej klasy, na godzinę jedenastą przychodziła klasa pierwsza i druga – opowiada.

 

W czerwonym budynku przy ulicy Szkolnej do dyspozycji były trzy sale lekcyjne, na dole znajdowała się świetlica, a u góry – sala gimnastyczna. Była nawet stołówka (z wejściem od podwórka), ale nie wydawano w niej obiadów. Kiedy w 1956 roku szkołę przemianowano na siedmioklasową, pojawiły się w niej gorące posiłki.

 

Wiesław Przybyła: – Prowadziłem jeszcze zajęcia w szkole wieczorowej. Chodzili do niej milicjanci i ludzie z aparatu partyjnego z Wrocławia i Wałbrzycha. Ojciec Kieślowskiego, który był inżynierem budownictwa, uczył w niej razem ze mną w piątej klasie matematyki, a w szóstej fizyki. Basia Kieślowska uczyła polskiego. Pracowałem sześć dni w tygodniu, a w niedzielę musiałem zabierać się do papierkowej roboty, bo sekretarek wtedy nie było. 

 

Do Sokołowska przyjeżdżali wprawdzie kuracjusze i ludzie chętni do pracy, ale miejscowości daleko było do stabilizacji.

 

„W ciągu pierwszych dziesięciu lat po wojnie ludzie nie mogli tu wytrzymać. Zmieniło się 15 dyrektorów, a w 1956 roku nie było już nawet lekarzy – zostało kilku na kilkanaście sanatoriów i kilkuset chorych. Kto mógł, ten stąd uciekał, sytuacja niemal biblijna, Sokołowsko przypominało Wieżę Babel, ludziom pomieszały się języki, w żaden sposób nie mogli się ze sobą porozumieć” – pisała Maria Mankiewicz w „Kobiecie i Życiu” w 1977 roku.

 

Obraz nędzy i rozpaczy

 

– Za dyrektora Domina to… On już teraz schorowany, wyprowadzili się z żoną do Wrocławia.

 

Stanisław Domin ma na sobie koszulę w drobną kratkę (układają się w nią żółte, niebieskie, brązowe, szare i białe paski). Zaprasza do ogrodu, do stolika nakrytego obrusem z wymalowanymi ptakami. Mieszka jeszcze wówczas w Sokołowsku. Trafił tu w 1956 roku jako 26-latek. – Byłem wtedy początkującym lekarzem. Kiedy rektor wręczył mi dwutygodniową delegację do Sokołowska, pracowałem we wrocławskiej Akademii Medycznej. Zamieszkaliśmy w sanatorium „Waryński” i komisarycznie zarządzaliśmy zakładem – wspomina.

 

Po czternastu dniach ze skierowanych do miejscowości lekarzy został tylko on. I zaczął rządzić. Miał czternaście sanatoriów i sto domów pracowniczych, a prawie wszystkie wymagały natychmiastowego remontu. Brakowało lekarzy i pielęgniarek oraz pracowników fizycznych. Personel medyczny wolał robić karierę w dużych miastach, robotnicy wyjeżdżali do pracy do kopalni w Wałbrzychu, gdzie zarabiali cztery razy więcej niż w Sokołowsku. – Obraz nędzy i rozpaczy – kwituje Domin. – Mimo ogromnych trudności udało nam się to wszystko jakoś zorganizować. W rezultacie okazało się, że byliśmy jednym z najlepiej prosperujących zakładów leczniczych w Polsce – dodaje.

 

Pożegnanie i pamięć

 

Blaskiem Sokołowska nie nacieszyli się Kieślowscy. Krzysztof, który w 1955 skończył podstawówkę (do szóstej i siódmej klasy chodził w Mieroszowie, poprzednie lata upłynęły mu na wędrówce po mających uchronić przed gruźlicą górskich prewentoriach), po nieudanych edukacyjnych przygodach we Wrocławiu (szkoła pożarnicza) i Wałbrzychu (wieczorowe liceum), wyjechał ostatecznie z Dolnego Śląska w 1957 roku. Miał się uczyć w Liceum Technik Teatralnych w Warszawie. Z Sokołowska wyjechała też Barbara Kieślowska. Nie chciała zostać tam sama: 22 lutego 1960 roku zmarł ojciec przyszłego reżysera. „Tę miejscowość z mojego dzieciństwa pamiętam najlepiej” – powiedział Kieślowski o Sokołowsku po latach w swojej „Autobiografii” spisanej przez Danutę Stok.

 

biblioteka-publiczna-w-sokolowsku-fot-a-kapela

Wiele miejsc przypomina dzisiaj w Sokołowsku o Krzysztofie Kieślowskim. Pamiątkowa tablica znajduje się m.in. na budynku biblioteki, fot. Agnieszka Kapela

 

 

 

Agnieszka Kapela

 

 

Tekst nie powstałby bez pomocy i życzliwości wielu osób w Sokołowsku oraz wsparcia byłych i obecnych członków redakcji „Nowego Folderu”, którzy podzielili się ze mną zebranym na miejscu materiałem. To efekt wspólnej, często bardzo żmudnej pracy, któremu ja nadałam taką a nie inną formę. Bardzo dziękuję wszystkim, dzięki którym mogłam ten tekst napisać. 

 

Tekst został opublikowany w trzecim numerze gazety festiwalowej przygotowanej na
5. Sokołowsko Festiwal Filmowy Hommage à Kieślowski (4–6 września 2015)